Czy warto jeść mięso

niedziela, lutego 23, 2020

Czy warto jeść mięso


Dzień dobry Kochani. 

Jak widzicie, staram się jak mogę i choć nic nie będę już obiecywać, bo czasami z przyczyn niezależnych, po prostu nie daję rady bywać częściej, to jednak mam jakieś tam wewnętrzne postanowienia i mam nadzieję, że uda mi się ich dotrzymać.

O tym jak przestałam jeść mięso 

Od chyba półtora roku nie jadam mięsa...w ogóle, nic a nic. Może powinnam jeszcze dodać, że odstawiłam mięso ssaków, bo jadam ryby, choć też niezbyt często . Jak się okazało sporo z Was , też rozważa taką decyzję i zadajecie mi pytania. W związku z tym, postaram się odpowiedzieć na te najczęściej się powtarzające.

Zaczęło się od wędliny, no kurczę, kolokwialnie mówiąc: nie wchodziła mi, była paskudna i każda smakowała tak samo. Przez pewien czas kupowałam pasztetową, Kindziuka i krakowską- przynajmniej smakowało inaczej niż szynka. Jestem z tego pokolenia, które pamięta jeszcze smak pysznego chleba, baleronu i ogórka kiszonego, w związku z tym, chyba trudniej było mi zaakceptować dzisiejszy smak wędlin. Tak więc w pierwszej kolejności całkowicie wyeliminowałam wędliny. Czasami jeszcze robiłam swoje, piekłam boczek, schab, robiłam wędliny suszone a'la szynka parmeńska, ale coraz częściej zastępował je nabiał. Obiady już od dłuższego czasu w przeważającej mierze były bezmięsne. Mięso jadałam może raz w tygodniu, tak więc decyzja o całkowitym zaprzestaniu nie stanowiła dla mnie większego problemu. O względach czysto psychicznych, i o tym, że czułam się jak hipokryta, nie chcę tutaj  pisać, ale nie ukrywam, że od długiego czasu, stanowiło to dla mnie ogromny problem i spędzało sen z powiek, tak więc myślę, że organizm podążając za moim tokiem myślenia, zbuntował się i powiedział dosyć.
Nie przygotowywałam się do tego w żaden sposób, nie czytałam, nawet nie wiem jak nazywa się osoba , która nie je mięsa , a je ryby..strasznie to skomplikowana nazwa i jakoś nie zapamiętałam.
Pytacie czy nastąpiły jakieś widoczne zmiany? Nie miałam pojęcia czego się spodziewać, więc nie oczekiwałam żadnych zmian. Pojechaliśmy na Mazury pod namioty i tam doszłam do wniosku, że to koniec. To tam nastąpiło pożegnanie, w każdej knajpie jadłam tatara, którego kiedyś uwielbiałam, a po powrocie już nie tknęłam mięsa.

Zalety wyeliminowania mięsa z diety 

Migrena

Na początku nie działo się zupełnie nic, ale po pewnym czasie ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie pamiętam kiedy już miałam migrenę. Nie wiem czy Wam o tym kiedyś pisałam, ale potworne migreny miałam od dziecka, potrafiłam nie ruszać się z łóżka, pół dnia spędzić z głową w klozecie, a każde mrugnięcie oczami powodowało przeszywający ból. Minęło...całkowicie. Nie wiem co to znaczy migrena od półtora roku i to jest chyba najcudowniejsza rzecz jaka mnie spotkała, a życie jest od razu piękniejsze. Zdarza się bardzo rzadko, że pobolewa ( bo boli to za duże słowo) mnie głowa, ale i to mija błyskawicznie.

Cellulit

Kolejnym ogromnym zaskoczeniem było zdecydowane cofnięcie się cellulitu na udach. 
Nie znoszę go całym sercem. Sam proces starzenia, nie jest dla mnie absolutnie, w żaden sposób przerażający. Mogę mieć zmarszczki, siwe włosy i wszystko co jest związane z wiekiem w który nieuchronnie wkraczam, ale cellulit jest be, cellulit to obrzydlistwo, które od zawsze wywoływało we mnie niesmak, a które nie chciało mnie ominąć i zaczęło paskudnie zagnieżdżać się na moich ( skądinąd niczego sobie jeszcze:) nogach. Nie było tragedii, ale zdecydowanie się już zaczynała. Zrezygnowałam całkowicie z szortów tudzież krótkich spódnic. A teraz jest zdecydowanie mniejszy i mam nadzieję, że któregoś dnia zniknie całkowicie ( pewnie jak będę tak pomarszczona, że nie da się go już zobaczyć) Jeśli chodzi o inne nawyki, w tym wypijanie hektolitrów kawy słodzonej dwie łyżeczki, to wszystko pozostało tak jak było, a jedyną zmianą jest niejedzenie mięsa, czyli znaczy, że musi, że od tego. 

 

Senność

Bardzo ważną kwestią jest jeszcze samopoczucie, które uległo zdecydowanej poprawie. Czuję się mniej zmęczona, mam zdecydowanie więcej energii i nie łapię regeneracyjnych drzemek w czasie reklam telewizyjnych, co było nieustającym powodem kpin w moim domu. Wcześniej miałam takie dni, że nie mogłam wręcz zapanować nad sennością, oczy zamykały mi się same, a w pracy snułam się jak cień. Dzisiaj to wszystko minęło. Od półtora roku, chyba nigdy nie usnęłam w ciągu dnia.

Zaskórniaki

Szczerze mówiąc nawet nie wiem jak to nazwać, tak samo jak nie wiem do dnia dzisiejszego co to było. Otóż na prawym policzku, dokładnie w tych samych 4 miejscach, raz na jakiś czas, pokazywały się takie krostki, nie krostki ...wybrzuszenia, sama nie wiem jak to nazwać. To coś siedziało pod skórą, było małą górką i nijak nie dało się nic z tym zrobić, nawet wycisnąć, wyglądało trochę jak bąbel po ugryzieniu komara. Cholerstwo nawiedzało mnie zdecydowanie częściej w miesiącach zimowych, po czym znikało na jakiś czas, by wyleźć dokładnie w tych samych miejscach i swędzieć. Ponieważ moja twarz wyglądała jakby czołg po niej przejechał, więc udałam się o dziwo , sama z siebie, do dermatologa. Pani dermatolog, powiedziała, że grzyb i żebym dziób "nizoralem" smarowała. Z deczka zdziwiona kupiłam ten szampon i nakładałam ( maści jeszcze wtedy nie było)...nic nie pomogło. Miałam to dziwne coś, w różnych odstępach czasu przez parę lat, aż do pamiętnego lata, kiedy ostatni raz mnie nawiedziło. Nie wiem co to było, nie wiem czy zniknęło dlatego, że nie jem mięsa ,czy jest to po prostu zbieg okoliczności, ale fakt pozostaje faktem, że odkąd nie jem mięsa, nie wróciło to już nigdy i oby tak zostało.

Wzdęcia

Ogólnie nie mogę narzekać na swoją wagę. Przy wzroście 168cm, ważę obecnie 58 kg, więc nie ma tragedii, ale...pomimo braku tłuszczu na brzuchu, czasami wyglądałam jakbym była w 5 miesiącu ciąży. Raz nawet przerażona Magda, w obawie że zostanę drugą najstarszą matką w Polsce, kupiła mi test ciążowy :). Dzisiaj nie czuję tego dziwnego uczucia rozpychania w brzuchu, ani nie wyglądam na ciężarną.

 Badania krwi

Ponieważ po odstawieniu mięsa nie spodziewałam się niczego dobrego i bardziej miało to dla mnie   znaczenie, jeśli chodzi o względy humanitarne, niż zdrowotne, więc po pół roku postanowiłam zrobić badania krwi, spodziewając się najgorszego i tutaj również przeżyłam miłe zaskoczenie, bo moje wyniki okazały się rewelacyjne, wręcz książkowe. A w momencie kiedy usłyszałam, że "w tym wieku" to bardzo dziwne, że nie mam żadnych odchyleń, to naprawdę się zdziwiłam. Co prawda nie wiem czy było to wynikiem niejedzenia mięsa, gdyż wcześniejsze badania robiłam chyba przed operacją. Być może brak spożycia mięsa , nie miał na to wpływu, w każdym bądź razie, wyniki są bardzo dobre.  


Wady niejedzenia mięsa

Szczerze mówiąc nie zauważyłam, żeby były jakiekolwiek. Spodziewałam się najgorszego, a tymczasem wyszły z tego same pozytywy. Jedyna rzecz, która jest trudna do zniesienia to smród. Moje dzieci dalej jedzą mięso i często gotują typowo mięsne obiady. W zależności od potrawy, ale czasem autentycznie mnie mdli. Smród, szczególnie gotowanego mięsa, jest trudny do wytrzymania. Kiedy postanowiłam zrezygnować z mięsa, myślałam ,że pewnie jedynym momentem, kiedy będzie mi trudno wytrzymać, będzie grill i ten wspaniały zapach. W najśmielszych snach , nie sądziłam, że kiedyś powiem...Jessuuuuu...jak cuchnie.

Podsumowanie

Założeniem tego posta, nie było absolutnie przekonywanie kogokolwiek do tego, żeby nie jeść mięsa. Szanuję ludzkie wybory i uważam, że do tego typu decyzji trzeba samemu dojrzeć i na nic się zda przekonywanie kogokolwiek. Nie zamierzam wkraczać w polemikę słowną i debatować, czy człowiek jest mięsożercą czy nie, czy mózg wykształcił się dlatego, że ludzie jedli mięso czy nie ( mam nadzieję jedynie, że mój nie zdąży do końca  zaniknąć, nim dokonam żywota), nie zamierzam opowiadać o degradacji środowiska i emisji gazów cieplarnianych..o tym wszystkim poczytacie na innych stronach w internecie. Odpowiedziałam i wydaje mi się, że bardzo obiektywnie, na najczęściej powtarzające się pytanie. Spodziewałam się pogorszenia stanu zdrowia, zaniku mięśni ( co w mojej sytuacji byłoby katastrofą), a tymczasem zostałam mile zaskoczona, zdecydowanie lepszym samopoczuciem. Obecnie jestem na etapie dopracowywania jadłospisu, tak aby dostarczać do organizmu, wszelkie niezbędne składniki.
Pozdrawiam Was cieplutko i mam nadzieję, że do usłyszenia wkrótce.


Problemy z kominkiem

środa, lutego 12, 2020

Problemy z kominkiem

Witajcie, witajcie. Tak, to znowu ja. Jakie to piękne uczucie jak człowiek rano wstaje i za chwilę już jest widno. Powiem Wam uczciwie, że choć zawsze powtarzam, że lubię wszystkie pory roku, to jakoś ten okres najmniej do mnie przemawia. Po prostu chyba już za długo. A do tego nie mieszkam niestety w górach, więc okres zimowy to dla mnie, przez ostatnie lata jedynie czas szarości za oknem, braku słońca i ponurych dni. Ponieważ cały zeszły tydzień rozbierałam i chowałam wszystkie ozdoby i dekoracje świąteczne, w związku z tym, w tym tygodniu chciałam powolutku dekorować dom, już tak wiosennie. Nie, nie do świąt Wielkanocnych się jeszcze nie szykuję, ale chciałam wprowadzić wiosenne akcenty...jakieś gałązki, zielone listki, hiacynty i narcyzy w doniczkach. 

Dymiący kominek

Od jakiegoś czasu nie korzystamy z kominka, coś się stało dziwnego i na górze czuć dymem, więc doszłam do wniosku, że może jeszcze przed tym, nim w domu zawita wiosna, zakończę wszystkie zimowe sprawy, tym bardziej,że drewna sporo mi zalega i z pewnością jest jeszcze ten czas, kiedy przy kominku można spędzić cudowne wieczory po pracy. Ale wracając do kominka, to wszystko co możliwe, wszystko do czego można było się dostać i co można było zobaczyć, zostało sprawdzone pod względem szczelności i nigdzie nie widać. 

 Wspomnienia

Mój mózg jest z deczka pokręcony, jeśli się czegoś boję ( a wiecie jaka ze mnie panikara ), to nauczyłam się to wypierać i totalnie o tym nie myśleć. A boję się rzeczy na których się nie znam , a które stanowią potencjalne zagrożenie...gaz, prąd, samochody... Pamiętam mój pierwszy raz:). Dosyć długo nie miałam prawka i nie odczuwałam potrzeby posiadania, dokąd to nie przeprowadziłam się na moje zadupie, gdzie autobusy do stolicy jeździły parę razy dziennie i nie miałam jak dojeżdżać do pracy. Wtedy prawko zrobiłam na gwałt i...się zaczęło. Autko fajne było, dokąd jeździł Misiek , który na wszystkim się znał i potrafił zrobić, a przynajmniej wiedział czy to groźne czy nie, choć jemu też do końca nie dowierzałam. Kiedyś jechaliśmy nad morze...mówię:
- Śmierdzi coś
- Kochanie, nic nie śmierdzi, 
- A właśnie ,że śmierdzi...
- Powtarzam Ci,że nic nie śmierdzi, jesteś przewrażliwiona.

No więc siedzę i rozkminiam...śmierdzi czy nie śmierdzi, no przecież czuję,że śmierdzi, więc idiotkę ze mnie robi. Kiedyś zjadłam przez niego śmierdzącego kurczaka, który to też ponoć nie śmierdział i byłam ciężko chora przez dwa tygodnie. Śmierdzi jak nic, to on ma jakieś przytępione zmysły.
Nie dam sie, myślę , bo zaraz życie stracimy i uparcie powtarzam: 

- Śmierdzi...musisz czuć! 
- Cholera jasna, uspokój się nic nie śmierdzi. Tobie wiecznie coś śmierdzi- warknął już nieźle wkurzony.
- Stój !!!!!  Pali się !!! - wrzeszczę w panice, patrząc na wydobywające się spod maski malutkie płomyczki.
Wdepnął gwałtownie w hamulec, wylądowaliśmy z pyskami na szybie, Magda stoczyła się pod siedzenie, bo kto tam kiedyś słyszał o pasach z tyłu! 
- Czyś Ty kuźwa do końca zgłupiała!!!!???- najwyraźniej płomyczków dalej nie widział, tylko wystraszył się mojego wrzasku.

Miałam to w poważaniu, wyskoczyłam z samochodu , wyciągnęłam Magdę i dzida w pole... usiadłam przerażona na glebie,w bardzo bezpiecznej odległości.  Misiek najwyraźniej płomyczki dojrzał, bo otwierał maskę. Wrzeszczę coby to gówno zostawił i się ewakuował, a skąd...ugasił..nie wiem co się tam jarało, już nawet nie pamiętam, w każdym razie 3 godziny zajęło mu przekonanie mnie,żebym do auta ponownie chciała wejść. Nad morze dojechałam w potwornym stresie, trzymając na kolanach gaśnicę.
Później przyszedł czas na moje autko, które wydawało wiecznie jakieś dziwne, niezidentyfikowane odgłosy, więc cały czas dzwoniłam do Marcina, że coś piszczy, brzęczy, trze...że dziwnie, że tak chyba nie powinno być...w każdym razie Misiek cierpliwością się wykazywał..przez jakiś czas. Później miał dosyć, co jakby niespecjalnie mnie dziwiło, no ale cóż mogłam zrobić, jak na prawku gadałam przez cały czas i w dziwne odgłosy się nie wsłuchiwałam, więc nie wiedziałam czy to normalne czy nie. Sama czułam się już jak idiotka, więc żeby nie siać niepotrzebnej paniki,wpadłam na pomysł i  zaczęłam słuchać radia na cały regulator, przestałam się stresować, bo nie słyszałam już nic i w końcu mogłam w pełni korzystać z wszystkich przywilejów, które daje posiadanie samochodu. Misiek też był szczęśliwy. Po jakimś czasie pojechałam z jakąś błahostką na warsztat i...okazało się ,że cudem dojechałam, bo koła były totalnie wyłamane i sterczały na zewnątrz pod dziwnym kątem. Warsztat kolegi Miśka, więc Misiek zjawił się natychmiast i obydwoje z mordą na mnie, że jak tak można, że jestem nieodpowiedzialna, że zabić się mogłam, że przecież to musiało walić już od tygodni i jak mogłam nawet nie słyszeć!!! 
- Ano mogłam! Radia słucham! Nic nie słyszę oprócz muzyki! Jak dzwoniłam to źle, jak przestałam też źle! Więc się zdecyduj!
No i tak to właśnie ze mną jest. Jak czegoś się boję, to spycham to gdzieś daleko, tak żeby nie widzieć, nie słyszeć i nie myśleć o tym. 

Teraźniejszość 

Ale wracając do kominka...Jak wiecie dom już był , a my zmienialiśmy w nim wszystko. Tam gdzie był komin, powstała dolna łazienka, a w miejscu w którym była wyczystka jest teraz szafa. Pytam się Miśka czy te paskudne drzwiczki muszą tu być? Misiek myślał, myślał i doszedł do wniosku ,że nie , że komin mamy wysoki , więc nie ma takiej potrzeby, bo i tak wszystko się wypali. Więc drzwiczki zamurowaliśmy, moje poczucie estetyki, zostało udobruchane i na lata o tym zapomniałam. Raz na jakiś czas, szczególnie w okresie zimowym, kiedy to domy w naszych wioskach zapalały się od płonących kominów, nachodziła mnie refleksja,że chyba cholera jednak ten komin powinno się czyścić...no ale przeca Misiek powiedział, że wysoki....strażak powiedział, żeby obierki od ziemniaków spalać raz na jakiś czas, a Misiek żeby proszek taki , co płomień niebieski daje i wszystko miało być ok...jakimś cudem było, przez całe 23 lata. W miarę upływu lat, myśl co jakiś czas uparcie powracała, a ja uparcie ją ignorowałam, aż do teraz...myślę, może to od komina jednak, może jednak obierki mu nie pomagają. Misiek okiem specjalisty oblukał i stwierdził...raczej nie...ale ja odkąd to z Miśkiem się rozwiodłam, to taka ufna już nie jestem...Poza tym w razie pożaru tudzież innych wypadków losowych już nie będzie tego naprawiał i nas ratował, bo go tu nie ma, a ja jedyne co umiem , to się ewakuować, więc rozporządzenie domowego dyktatora zostało wydane "Szukamy wyczystki". Szafa łazienkowa została rozebrana i opróżniona...w całym domu zrobił się chlew nieziemski, bo szafa bardzo pojemna, mieści obrusy, lekarstwa, odkurzacze, mopy i wiadra, ściereczki, ręczniki, suszarki i tysiące innych pierdół.Wszystko zostało porozrzucane po różnych pokojach. Drzwi i części od szafy w holu, obrusy i ścierki w salonie, lekarstwa w biurze ( bo psy mam wszystkożerne, więc w otwartych pomieszczeniach zostawiać nie można). Wyczystka została odszukana, dosyć szybko, jako,że orientacyjne położenie znałam. Piotruś ( to ten od Nurki), wlazł na dach i końcówką od siekiery zaczął komin przeczyszczać, tak żeby na początku zobaczyć czy bez problemu do dołu się przebijemy. I owszem...przebiliśmy się, my i cztery wiadra sadzy...MASAKRA. Przerażenie mnie ogarnęło, bo chyba te obierki jakby nie do końca działały. Co prawda, uważam że jak na 23lata, to chyba jakiejś tragedii nie ma, ale i tak mogło się zajarać chyba...i nie wiem ,czy tam nie paliło się już parokrotnie , a ja nawet o tym nie wiedziałam. I tego boję się najbardziej, bo...ciąg na dole był całkiem niezły, a na górze śmierdziało, więc tak sobie wydumałam, że może ten komin się jarał, gdzieś pękł i dlatego cuchnie dymem, bo tamtędy się wydobywa. I obym się myliła, bo jak tak jest, to kaplica. W każdym razie, po przeczyszczeniu siekierą ściemniło się na dworze i oczywiście nic więcej nie dało rady zrobić, syf masakryczny, na szczęście właściwie tylko w dolnej łazience, więc z grubsza został ogarnięty, doszłam do wniosku,że jakoś ten tydzień przeżyję. Kolejny krok, to zakupienie szczoty kominiarskiej i dokładne wyczyszczenie ścianek komina. Przyszedł kolejny weekend..i polegliśmy, wszyscy chorzy, wydobrzeliśmy jako tako w kolejną niedzielę, która ku mojej rozpaczy pracująca nie jest, więc nie było gdzie szczotki kupić. Kolejny tydzień...syf,a ja zaczynam cierpieć, umieram w brudzie, moja dusza wyje z rozpaczy, od razu mam zły humor. Ja wiem,że normalnym ludziom , ciężko jest to zrozumieć...ale ja próbowałam być normalna, naprawdę próbowałam nie raz , ale nie umiem, nie potrafię, nic i nikt nie jest w stanie tego zmienić, chronicznie nie cierpię bałaganu. Aż w końcu wczoraj, ze szczotą którą Piotruś kupił , wlazł na dach i zaczął czyścić komin. Siekiera...to był pryszcz i nikt nie spodziewał się tego co teraz nastąpi. Wtedy leciało to właściwie bezpośrednio pod tą wyczystkę, takim partiami, a teraz....spadał pył , jak po wybuchu wulkanu...wszystko unosiło się w powietrzu, jak czarny, radioaktywny obłok, który opanował cały dom...do tego, zafascynowani łazienką,nie zdążyliśmy zamknąć drzwiczek od kominka. Pył jest wszędzie...w całym domu, oblepił ściany w łazience, meble, podłogi są czarne. Czy ja naprawdę narzekałam kiedyś na szlifowanie gipsów??!! To było chociaż białe , więc sprawiało czystsze wrażenie, nie mazało się przy odkurzaniu szczotą i nie zostawiało tłustych, czarnych śladów. Nie ma jak tego sprzątnąć, bo ledwo machnę szczotką, unosi się i osiada w innym miejscu, odkurzacz, nawet budowlany, nie daje rady, każdą najmniejszą rzecz, każdy duperel w całym domu trzeba umyć, uprać, i pewnie jeszcze przyjdzie ściany w niektórych pomieszczeniach malować. Koszmar...a na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że w momencie budowy domu, mieliśmy tylko po 26 lat, a wiedzy z internetu nie dało się posiąść, bo po prostu go nie było....Tak więc zamiast wiosny w domu, mam urwanie glowy i kolejny problem, z którym przyszło nam się zmierzyć i modlę się, żeby chociaż to było to i żeby po rozpaleniu kominka, okazało się,że już nigdzie nie śmierdzi. Trzymajcie kciuki Kochani, a ja idę dalej bawić się w kominiarza.
Co należy zabrać do Petry.

wtorek, grudnia 10, 2019

Co należy zabrać do Petry.



zwiedzanie, siq
Kochani, ja wiem, że nie tego się spodziewaliście i czekacie na typowo świąteczny post z mnóstwem zdjęć i choinką... i obiecuję, że napiszę taki i mam nadzieję, że zdążę przed świętami. Wiem, że jestem nieobowiązkowa i niesystematyczna i nie chcę już Was tutaj zanudzać dlaczego tak się dzieje, ale naprawdę z tym czasem to u mnie krucho, nawet bardzo krucho. Ale cały czas jestem i staram się naprawić blog do końca. Najgorszy problem mam obecnie z komentarzami, nie mam jak na nie odpisywać, mogę jedynie z telefonu, a tam giną wśród setek innych maili i spamu. Ale w końcu ogarnę całość. Poza tym, pozostając w temacie świąt, to u mnie jeszcze niewiele się dzieje. W tym roku postawiłam na naturę, więc suszę plastry pomarańczy i nawlekam je na nitki, podpiekam mocno pierniczki, żeby były bardziej brązowe, kapusta na pierogi już prawie gotowa, piernik sobie dojrzewa...a z ozdobami, to jeszcze czekam, więc jak tylko zacznę dekorować dom, to wrzucę post. Dzisiaj będzie dużo zdjęć. A ponieważ mija równo rok od naszej wizyty w Jordanii, chciałam skończyć to co kiedyś zaczęłam, bo może ktoś będzie jechał w tym samym co ja okresie, więc chciałam powiedzieć Wam...

Dlaczego zwiedzając Petrę, trzeba obowiązkowo zaopatrzyć się w dużą ilość jedzenia i hektolitry wody...

Petra jest piękna, Petra wywołuje ogromne wrażenie na człowieku, majestat budowli powala...o tym wszystkim, poczytacie w internecie , więc niekoniecznie będę powtarzać te informacje, przynajmniej nie dzisiaj. Oprócz tych wspaniałości, które można wyczytać, Petra ma też swoją mroczną stronę o której nie mówi nikt.
Ponieważ jak wiecie planuję wszystko bardzo dokładnie, więc wyczytałam również ,że należy wykupić Jordan Pass  i wtedy są znaczne zniżki , a koniem można pojechać za darmo. Weszliśmy do Petry bodajże o 7 rano, na zwiedzanie przeznaczyliśmy dwa dni. Prawie przy samym wejściu konie... powoli wsiadają ludzie, że my nie pojedziemy, to wiedzieliśmy już w domu. Dla mnie to oczywiste, nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie, żebym jechała czymkolwiek co nie posiada silnika , no chyba ,ze w siodle bo moja osoba , choć może nie jakaś wątła specjalnie, bo ważąca 53 kg, to jednak dla konia chyba zbytnim obciążenie nie jest, ale te wozy, te bryczki, no to ważą już swoje. Pan K. z pewnością zdania mego nie podzielał, ale wiecie...miłość, moja dyktatura i te sprawy, nie pozostawiały wątpliwości.
Chyba najgorszą rzeczą jaką mój facet mógłby wymyślić na romantyczną randkę, byłaby przejażdżka dorożką :) by się zdziwił:) Idziemy, mijają nas kolejne bryczki, patrzę na drogę, oprócz jednego podjazdu, dosyć dobra, więc powoli się uspokajam, bryczki, choć często przeciążone jadą powoli, spokojnie...ludzie dopiero weszli, więc chcą podziwiać siq. Uspokajam się, patrzę i cieszę się chwilą. Plecak po brzegi wypchany jedzeniem, bo przecież wyjdziemy wieczorem, taszczy na plecach Pan K. , więc ja mogę sobie spokojnie pozwolić na robienie zdjęć. Kończy się siq i wychodzimy na plac przed Skarbcem.


 Cudny jest, ogrom przytłacza, po prostu coś niesamowitego, ale jak zwykle odbiegam od tematu...więc robię zdjęcia i ...podchodzi do mnie pies...chudy pies.
 Myślę...może to też jakaś taka dziwna rasa, (już kiedyś w Chorwacji karmiłam wszystkie koty, bo myślałam,że one jakieś zabiedzone, a one po prostu tak wyglądały, jakieś chudsze niż te nasze dachowce..), ...spokojnie, przestań panikować i doszukiwać się rzeczy, których nie ma ...rozglądam się szukając właściciela, na wszelki wypadek, gdyby go jednak nie było, wyciągam z plecaka kanapkę, zjada z apetytem.
ceny
 Mówię do Pana K, żeby się spytał miejscowych, co  obok stoją, czy to nie ich, a ich...a jakże. Powiem Wam, że Panu K. też nie do końca dowierzam, bo nigdy nie wiem czy on nie kłamie, żeby mnie nie denerwować, ale ponieważ gostek zagwizdał , więc doszłam do wniosku, że chyba jego, krzyknęłam tylko,że może karmić powinien lepiej, a nie na turystów liczyć i uspokojona odeszłam...piesek został. Wielbłądy, osiołki...to nie dla mnie,szkoda mi tych zwierząt szalenie, bryczki już tam na szczęście nie dojeżdżają, bo za wąsko. Idę dalej...kolejny pies..podchodzi niepewnie..oddaję kolejną kanapkę. Myślę ...spokojnie, to taka "ichnia" rasa...są tylko rude i czarne i wszystkie tak samo chude...pewnie jakieś jordańskie a'la charty. Za chwilę kolejny i kolejny....śniadania już dawno nie ma, Pan K patrzy zaniepokojony, mówię, że mamy jeszcze czekoladki, to jakoś damy radę, a te psy nie wiadomo kiedy jadły i kiedy znowu coś zjedzą. Słońce co raz wyżej, zaczyna się upał ( przypominam, że mamy połowę grudnia ). W koło ani grama wody...nic..oprócz naszego obiadu, w psich pyskach znika nasza woda do picia, no bo przecież jak się tak najadły to muszą popić, my nie musimy...damy radę, choć ja nie ukrywam, że ledwo, bo bez picia nigdzie się nie ruszam. Turyści chodzą, wydają pieniądze na chińskie pamiątki i skorupy, oczywiście, że wszystkie oryginalne z III wieku:) za niebotyczne kwoty, ale jakoś nie widzę nikogo, kto by dał jeść psu. Siadamy, podchodzi kolejny pies...bardzo, bardzo chudy pies...wypija nam 3/4 litra wody, chce mi się płakać.
petra by night
 Po piciu, dostaje jedzenie i znów pije...
gory, ceny, jordan pass
Przez cały dzień , zjedliśmy tylko parę sucharów i po batoniku..za to psy, miały nie lada wyżerkę. Jest grudzień, nie wyobrażam sobie jak te zwierzęta radzą sobie w lato...
Wychodzimy z Petry...bryczki pędzą jak szalone, byleby zrobić jak najwięcej kursów, zarobić te miliony monet, zabrać jak największą liczbę ludzi, a ludzie chętni ....zmęczeni....
To nie dla mnie, ja jestem totalnie nieprzystosowana do życia...nie mogę na to patrzeć.

psy, gory, cenyWyszliśmy i popędziliśmy biegiem do restauracji na obiad. Ok. 19 zjedliśmy praktycznie pierwszy posiłek tego dnia.
Wieczorem znów pokonujemy siq. Idziemy obejrzeć Petrę nocą (wejście pomimo wykupionego jordan pass płatne) Idziemy oświetloną przez świece aleją, wchodzimy pomiędzy skały, płomienie pięknie migocą i odbijają się od skał...niestety...ludzie chcą poczuć urok dawnych lat, a potem oświetlają drogę latarkami z komórek!
petra by night, widok, gory
 No to gdzie sens, gdzie logika? Wychodzimy na plac przed skarbiec, brakuje miejsca na matach, ludzie cisną się gdzieś z tyłu, przepychają i nagle słyszę skowyczenie psa, ktoś po ciemku nadepnął jakiemuś biedakowi na łapkę...Biedak mnie jakimś cudem  wśród tłumu ludzi zobaczył i rozpoznał, więc całe przedstawienie siedział koło mnie, zjadł kolację i popijał herbatą, którą dostaliśmy, a ja trzymałam jego ogon, który zakręcał cały czas w stronę świecy. Jeśli chodzi o Petrę by night mam mieszane uczucia, z jednej strony płomienie świec, dają niesamowity urok, z drugiej ludzie, którzy nie są w stanie powstrzymać się przed błyskaniem , japończyk który walił fleszem po oczach i właził prawie na głowę biednemu beduinowi zawodzącemu dość smętnie na fujarce ...sama nie wiem, jak dla mnie komercja pochłonęła cały urok i czy jest to warte dodatkowo płatnych 100zl od osoby oceńcie sami.

Petra- dzień drugi

i znów wyruszyliśmy skoro świt, tym razem mieliśmy obejrzeć Petrę z góry. Czekały nas piękne widoki, ogromna przestrzeń i cudowne góry. Nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego, kupiliśmy psom mnóstwo sucharów ( są takie w Jordanii, nawet nie wiem jak się nazywają, mają przeróżne smaki i kształty, a ja się w nich po prostu zakochałam) lekkie, więc łatwo zabrać , no i nie zzielenieją w upał...karmy dla psów żadnej nie widziałam.. Ja miałam suchary, ale Pan K. na grzbiecie po górach taszczył wodę w butelkach. Ciężko mi nawet powiedzieć ile litrów tego było, ale dużo....bardzo dużo. Miłość dodaje skrzydeł :) Oprócz tego balastu, trzeba było jeszcze zabrać kubeczki jednorazowe,żeby psy miały z czego pić. Skręciliśmy z głównego szlaku w góry, jest takie miejsce nieoznaczone, zaraz przed budką , po lewej stronie od wejścia...nie dajcie się naciągaczom, chcą dużo pieniędzy i mówią Wam,że się zgubicie bez przewodnika. Pomylić się można tylko na samym początku, ale o tym kiedyś napiszę w poście o Jordanii:) No więc wspinamy się ...z tą moją wspinaczką , to różnie bywa...chęć zobaczenia wszystkiego jest tak silna, że ignoruję mój potworny lęk wysokości...ale dużą część trasy...pokonuję na tyłku, pełzając na brzuchu, bądź też chodzę na czworaka:)
gory, widok z gory na skarbiec
Gwiazdą insta, gdzie to panny na słynnym dywaniku się prężą, z pewnością nigdy nie zostanę....ale....byłam...dopełzałam na brzeg urwiska i widziałam to samo. Ba...nawet zdjęcia mam, a że nie wyglądam tak zwiewnie i eterycznie , no to trudno:)
gory, skarbiec, psy, biedne psy
Ja w każdym razie, podziwiałam góry i widoki z góry, a nie oko aparatu :).
Na pierwsze psiaki natknęliśmy się na skalnej półce, malutkie trzy sztuki piszczące i głodne...o mało zawału nie dostałam , jak widziałam jak balansują na krawędzi urwiska, wycałowane, nakarmione i napojone, z pełnymi brzuszkami poszły spać.
gory, skarbiec
 Idziemy dalej...skowyt straszny roznosi się po górach, więc ja, znana wszystkim panikara, jestem przerażona i snuję mroczne wizje. Z daleka widzimy maleńkie pieski, które piszczą okropnie za odchodzącymi ludźmi, Przyspieszamy i w końcu udaje nam się do nich dotrzeć , kolejne szczeniaczki, sześć czarno białych kuleczek piszczy z głodu...


te psie matki są mądre, bardzo mądre. Umieszczają swoje dzieci na trasie ludzi...zawsze jest szansa, że ktoś da jeść. Ale ludzie z reguły nic nie mają, albo po prostu nie dają, tylko całują , przytulają, robią zdjęcia i idą dalej. Stawiamy plecak, zapowiada się na dłuższą wizytę. Zaczynamy od picia, na skalnej półce jest niemiłosiernie ciepło...piją z małych kubeczków, przeskakują, są naprawdę urocze. Później jedzą, piją ,znowu jedzą i piją.

psy,
Potem głaskanie, wskakiwanie na kolana i zapada cisza....kładą się, zwijają w kłębuszki i idą spać.Wieczorem przyjdzie matka, jak udało jej się wyżebrać coś na dole , to istnieje szansa, że będzie miała mleko...
gory, skarbiec, jordan pass,ceny
Już jest cicho, żaden skowyt nie odbija się od górskich ścian. Z żalem odchodzimy.
Cały dzień natykamy się na kolejne psiaki, wszystkim dajemy jeść i pić. Wychodzimy z Petry wieczorem, upojeni cudnymi widokami, zmęczeni wspinaczką, z lekkimi plecakami i jeszcze lżejszym sercem. I właśnie dlatego o tym piszę
milosc, love, gory
Jeśli ktokolwiek wybiera się do Petry, to błagam...weźcie ze sobą trochę jedzenia, ale przede wszystkim duży zapas wody. To woda jest im potwornie potrzebna, jest gorąco, bardzo gorąco...a tam góry, skały, żwir i piach. Psiaki, są umieszczone niedaleko jeziorka ,taka trochę większa kałuża i myślę, że w porze letniej może całkowicie wysychać ,zresztą służy z pewnością starszym psom, szczeniaki mogą liczyć tylko na matkę, która pewnie wraca, po wyjściu ostatnich ludzi..
Petra jest ogromna, a znaleźliśmy jedyne źródło wody i to wysoko w górach. Nikomu ta jedna butelka wody nie zrobi większej różnicy, a tym biednym zwierzętom , być może uratuje życie.
Pozdrawiam Was cieplutko i mam nadzieję,że do usłyszenia niebawem.
Niech się wszystko odnowi, odmieni....o jesieni, jesieni,jesieni

poniedziałek, października 28, 2019

Niech się wszystko odnowi, odmieni....o jesieni, jesieni,jesieni


O tym, jak po raz nie wiem który, moje serce przegrało z rozumem.

 

Numer jeden

Łapa-pies Ludojad

Łapa..jest z nami od przeszło dwóch lat.  Kiedy zapadła decyzja, pojechałyśmy po psa. Kto był kiedyś w schronisku, wie jak ściskający za serce jest to widok.
Stała dwa metry od nas, z wytrzeszczonymi oczami, zębami które jakoś w paszczy jej się nie mieściły i sterczały w rożne strony na zewnątrz, z podkulonym ogonem, ujadała paskudnym , skrzeczącym głosem...co się do niej odezwałam, odskakiwała krok do tyłu, nie przestając ujadać. 
Ze schroniska wzięłyśmy ją dlatego, bo była tak strasznie brzydka, wystraszona i dzika, że nie miała szans na adopcję...siedziała i siedziała, koledzy odchodzili, znajdowali domy, a o nią nawet nikt nie spytał, nikt nie chciał. No to my chciałyśmy. Chociaż nawet właścicielka schroniska proponowała, żebyśmy wzięły innego psa, Łapa pojechała z nami.
Łapa, która podobno jest taka dzika, tylko dlatego, że matka ją tak uczyła. Ciężko jakoś w to uwierzyć, nauka nauką, ale Łapka, pomimo upływu czasu, boi się własnego cienia i absolutnie nie jest to przenośnia. Łapka , na którą nawet nie krzyczę jak nasika na dywan, żeby się nie stresowała, Łapka, która kuli się, kiedy wyciągam rękę od góry,  żeby ją pogłaskać, Łapka, która ma dopiero 5 lat, a wyglądała starzej niż 17-letni Plaster...Łapka, która zachowuje się tak jakby była bita przez człowieka i to niejednokrotnie. Ta sama Łapka , zdobywała się na heroiczny wyczyn, kiedy przychodzili goście i przezwyciężając własny strach, wychodziła z kącika , gdzie ma posłanie i kładła się zawsze koło Plastra, żeby w razie potrzeby zasłonić go własnym ciałem i bronić niepełnosprawnego przyjaciela.
 Był piękny majowy dzień, jakieś dwa tygodnie po przyjeździe Łapki do domu. Pieliłam z tyłu w ogrodzie, kiedy usłyszałam potworny skowyt i jeszcze głośniejszy krzyk Magdy. Rzuciłam się biegiem i oczom moim ukazał się masakryczny widok. Łapka leżała na pomoście, nogę miała pomiędzy deskami i wyszarpywała ją z całej siły potwornie przy tym piszcząc, nad Łapą stała, a właściwie podskakiwała Madzia i piszczała jeszcze głośniej niż suka.
- Mamuś, noga jej wpadła, ona gryzie i nie da się dotknąć. Boziu , wyrwie zaraz tę łapę .
Wyciągam ręce, żeby pomóc jej wyjąć tylną łapę z pomiędzy desek, pies zaczął gryźć mnie niemiłosiernie. Raz , drugi, trzeci...nie wytrzymuję z bólu, zabieram rękę. Magda nie wiedzieć czemu stoi i piszczy nad nami okropnie. Przekrzykując jazgot psa i pisk Madzi, wrzeszczę ,żeby koc jakiś przyniosła. Madzia dalej skacze i piszczy, więc wrzeszczę żeby ten koc kuźwa mi doniosła, jednocześnie próbując uwolnić psią łapę , co jest rzeczą nieomalże niewykonalną, bo pies gryzie mnie w panice bez przerwy. Dziecku memu jakimś cudem udało się w końcu oderwać nogi od podłoża i pobiegła do domu, cały czas krzycząc. Pies wyje i szczeka, Magda piszczy i biega po domu, z górnego okna dochodzi do mnie kolejny krzyk....Boże Mamo !!!! Mamo co się dzieje ??? Mamo błagam odezwij się !!! Do chóru pisków i wrzasków dołączyła Nurka. Łzy lecą mi z bólu , ręka pali żywym ogniem, ale wiem ,że jeśli przestanę to psina wyrwie sobie nogę ze stawu, więc zaciskając zęby próbuję dalej. Muszę jakoś odciągnąć jej uwagę od tylnej nogi, bo inaczej jej nie uwolnię. W akcie desperacji zaciskam lewą dłoń w pięść i wkładam psu do rozdziawionego pyska, gryzie potwornie, ale to daje mi czas na zajęcie się tylną nogą, krew leci mi już z obu rąk , Magda biega chyba w kółko , bo koca dalej nie mam, ściągam spódnicę , zarzucam na psa, gryzie przez spódnicę. Pies wyje z bólu, ja wyję z bólu, Madzia wyje ogarnięta paniką, Nurka wyje , bo nie wie co się dzieje...Łapa szarpie, bez opamiętania moją lewą rękę, prawą udaje mi się w końcu uwolnić tylną łapę. Pies ucieka, ja wstaję na miękkich nogach, z domu wybiega w końcu Madzia z kocem, z góry krzyczy cały czas Nurka, moje ręce ociekające krwią zwisają w jakiś dziwnych strzępkach...
Musiałyśmy się upewnić czy pies był na 100% szczepiony , tak jak zapewniano. Pani od której wzięłyśmy Łapę, po tym jak usłyszała co się stało , myślała że chcę oddać psa. Mój Boże...cóż za pomysł...a któż by chciał taką brzydką i do tego wredną sukę, no w życiu jej nie oddam, przecież to już mój pies, a poza tym, ona nie chciała, to tylko był potworny strach i ból. . Ręka, o dziwo ta, która wydawała się w lepszym stanie, bolała mnie jeszcze ponad rok. Miałam rozszarpane mięśnie i ścięgna..Dzisiaj już wszystko wróciło do normy, I tak to połączyły nas oprócz miłości, więzy krwi.

Dzisiaj Łapka,  to uroczy piesek, który dalej boi się własnego cienia, ale który jest szczęśliwy i wiecznie wywala brzuszek do głaskania, choć przy wyciągnięciu ręki od góry, dalej podkula ogonek.

Łapka, urocza , brzydka suka,  która ma więcej szczęścia niż rozumu....

 Dialog

Tysiące myśli kłębiło się w mojej głowie.
- Wezmę, nie, nie wezmę. Nie mam już na to siły.
- No tak, ale one mają pewnie jeszcze mniej sił niż ja....
- I co z tego? Świata i tak nie uratuję.
- No, świata pewnie nie, ale jakieś kolejne, biedne stworzenie.
- Jasne, kolejne biedne...znowu mam ratować, a ciekawe kto uratuje mnie...
- No przecież wiesz, że weźmiesz, przestań się oszukiwać.
- A waśnie, że nie wezmę. Tak to człowiek jest uwiązany, zawsze musi wracać do domu...bo pieski,    kupę sierści i piachu i poniszczonych rzeczy i sprzątania ...
- I tak wracasz, bo jest Łapa, zobacz jakie ma smutne oczy odkąd nie ma Plastra.
- No właśnie Łapa, jest teraz taka smutna, Plaster był dla niej wszystkim. Ale w sumie to zupełnie tak jak i dla mnie. Czas leczy rany, da radę. Ja mogę, to ona tym bardziej. Z WIELKIEJ TRÓJCY nie został już nikt.  Jest nowa Łapa..."gupi", dziki pies.
- " Gupi, gupi'...a kto mówi, że ma takie piękne wytrzeszczone oczka? Kto przekonuje od dwóch lat, żeby się nie bała, bo tu nigdy, nic złego jej nie spotka? 
- No właśnie, Łapa, która znalazła się u nas, właściwie po to, żeby Plaster nie czuł się tak samotny...
Teraz ona jest sama...czy to się nigdy nie skończy?
- Obawiam się,że jednak nie...
Rozmyślania przerwał głos Nurki
- Mamooo, weźmy psa.
- Nie.
- Czemu nie?
- Bo nie!
- Mamuś, weźmy...jęknęła Madzia.
- Niee.
- Czemu nie?
- Bo nie!!
- Babciuuu, weźmy pieska.
- Nieee.
- Czemu nie?
- Bo nie!!!
Wiedziałam już, że wezmę. Ale jak chcą, to przyszedł dobry moment na negocjacje. Jak do brania, to wszystkie chętne, jak do sprzątania, to ślepną, węch gwałtownie tracą, a jak pies chce wyjść na dwór, to okazuje się, że i słuch mają mocno przytępiony!
- Nie weźmiemy kolejnego psa, bo to kosztuje, sprzątać trzeba i na spacery wychodzić. Wy tylko chcecie, a później piesek idzie w odstawkę i ja muszę wszystko robić, a jak stary , to węch odzyskujecie i śmierdzi Wam, ale jak zrobi pod siebie, to "kupa, a fuj...zrobił, ojej ...naprawdę nie widziałam i nie czułam. No przysięgam". Jak w ogrodzie nafajda, to żadna tyłka nie ruszy, żeby posprzątać .
- To może będziemy jedzenie kupować na zmianę....powiedziała Magda
- Może...a nawet jeśli się zgodzę to na pewno!- warknęłam
- Babciu, ja mogę kupy sprzątać.
- No ja powiem uczciwie, że kup sprzątać nie będę, ale mogę na spacery wychodzić i składać się na weterynarza - poinformowała Nurka. 
- Niech Magda sprząta, ona się nie brzydzi- dodała po chwili namysłu.
- A dlaczego tylko ja? Nurka niby z innej gliny?
- Babciu ja !!!, Ja będę sprzątać kupy! Ja chcę sprzątać! - małe jeszcze , to słodkie. Ale i tak  wiadomo, że brać na serio nie można.
- No właśnie, psa nawet jeszcze nie ma, a już się zaczyna! - warknęłam.
- Mamooooo.....
- Czego?
- Kiedy powiesz:" a dajcie Wy mi święty spokój, róbcie sobie co chcecie"?
  Małpy! 

I tak zaczęłyśmy poszukiwania....

Numer dwa

Gizmo vel Szczęściarz

 

 

Było mi wszystko jedno...ale pies:
- musiał być psem, nie suką- bo nigdy nie wiadomo, jakby się z Łapą  dogadała.
- musiał być malutki - bo mój kręgosłup, mocno nadszarpnięty budową i podnoszeniem Plastara jest w totalnej rozsypce i młodszy raczej nie będzie.
- musiał lubić koty, w ilości ponadprzeciętnej (czytaj : sztuk 4)
- musiał być brzydki, kulawy, bez ogona, łapy lub z innymi wyraźnymi ubytkami- bo ładne psy mają zawsze ładne domki, a tych brzydkich nie chce prawie nikt.
- musiał być  w wieku maksymalnie do 5 lat- choć bardzo chciałabym pomóc staremu psu, to jednak rozstania są dla mnie bardzo dużą traumą. Nie dałabym rady. Starego psa wezmę jak sama będę stara, wtedy zejdziemy sobie oboje. Póki co wiek 5 lat , to i tak było dla mnie bardzo dużo.


Zaczęłyśmy poszukiwania i powiem Wam,że do teraz nie mogę otrząsnąć się z szoku. Jeden telefon..mówię o co mi chodzi, że wezmę psa choćby dzisiaj. Pani odpowiada,ze nie może rozmawiać, bo...robi zdjęcia! Zadałam jakieś dodatkowe pytanie " proszę Pani tłumaczę, że robię zdjęcia". No ja rozumiem,że zrobienie psu zdjęcia, to trudna sztuka, ale jeśli ktoś jest zdecydowany przygarnąć psa, to chyba ważniejsze od zdjęć...przynajmniej tak by się wydawało na logikę. Takich telefonów wykonałyśmy chyba z 5...nikt nie miał czasu, żeby porozmawiać. Trafiłam na niewidomego psa..myślę ok. był głuchy, niech teraz będzie ślepy. Pani również nie była zainteresowana..wszyscy mieli oddzwonić...dacie wiarę, że nie zadzwonił nikt! Tylko te psiaki biedne...ludzie się proszą, a prywatne schroniska mają to w głębokim poważaniu. A musicie wiedzieć,że ja dużo pytań nie zadawałam, więc raczej , przynajmniej tak mi się wydaje, trudną klientką nie byłam. Właściwie nie chciałam wiedzieć nic, nawet zdjęcia nie potrzebowałam oglądać, bo doszłam do wniosku, że hrabiny Łapy i tak nikt nie ma szansy przebić i jaki ten pies by nie był, to na pewno będzie ładniejszy od Łapy!
W końcu trafiłyśmy na psiaki zabrane w ramach interwencji z pseudoschroniska, trzymane na łańcuchach, mieszkające w obudowach po telewizorach, w błocku, bez jedzenia , picia..no biedne bez wątpienia. Zadzwoniłam...powiedziałam,że mi obojętne, że nie muszę nawet oglądać, byleby mały, byleby lubił koty i byleby nikt go nie chciał. Okazało się, że z 50 psów , które zostały zabrane w lutym, zostało tylko 8 i , że nikt już się nimi nie interesuje. No to ja poproszę, ja jestem takim zainteresowana. Pani z którą rozmawiałam miała czas, Pani z którą rozmawiałam była miła i żywo zainteresowana ,żeby jej podopieczni znaleźli dom. Rozmawiałyśmy długo i zaraz , choć nie chciałam dostałam zdjęcie psa, który spelniał warunki. No wiecie co...ładny . Malutki, milutki ..no nie wiem , czemu go nikt nie chciał przez tyle miesięcy. Podobno nikt nie chce czarnych psów, no to my chcemy. Mam tylko nadzieję,że Łapa jak go zobaczy nie popadnie w kompleksy.

Numer trzy

Imbir vel Azor


Nie minęło nawet 5 minut i dostałam drugie zdjęcie. Rude, lat 7, urocze, z łańcuchem na szyi, wpatrywało się we mnie łagodnymi oczami z telefonu. O Boże nieeeeeeeeee!!!!!!! Nie chciałam dwóch , miał być jeden! I już wiedziałam i już nie mogłabym dokonać wyboru. Jedne ślepia czarne, drugie miodowe, a jedne i drugie patrzące z miłością i nadzieją na lepsze jutro.
- Mamoooo..... i co?
- Mamuś......... ???
- Babciu............weźmy dwa pieski
- I co myślicie? pytam
- Ja bym wzięła oba, ale jeśli tylko jednego, to chyba tego starego, biedniejszy jest.-powiedziała Nurka
- Ja też oba, ale jak jednego to tego czarnego, młodszy , więc łatwiej go będzie ułożyć - powiedziała Magda
- Ja bym wzięła oba, oba, Babciu weźmy oba- zapiszczała Tośka.
A Ty???? A co ja ??? Co ja mogę powiedzieć, jak zobaczyłam te oczy ???
Dzwonię...Pytam, który bardziej potrzebuje domu, który jest biedniejszy.
- Wybór należy do Pani... i jeden i drugi jest w tej samej sytuacji, nikt ich nie chce i oba potrzebują domu..
- Weźmiemy oba...tylko błagam, niech Pani nie przysyła mi już więcej zdjęć....



Wszystko przebiegło błyskawicznie, za co bardzo dziękuję Pani KarolinieOstrowieckiemu Wolontariatowi ARKA . Była inspekcja i załatwiony transport , bo psiaki przyjechały, aż z Ostrowca Świętokrzyskiego. Teraz są już z nami od prawie trzech miesięcy. Zostało jeszcze 6 piesków z tego piekielnego miejsca...może ktoś z Was szuka przyjaciela na zimę i na całe życie???



Ciąg dalszy nastąpi. A ja pozdrawiam Was cieplutko i życzę udanego tygodnia.

Jak zrobić swoją herbatę

poniedziałek, października 28, 2019

Jak zrobić swoją herbatę



Dlaczego warto robić swoją herbatę?

W związku z bardzo licznymi zapytaniami (o kurczę, jak to poważnie i formalnie zabrzmiało) o zioła, które suszę i o to co ja z tym robię, postanowiłam napisać oddzielny post. Może na początku o tym co nas truje, bądź też może truć, o ile dokładnie nie sprawdzimy składu naszych cudownych, pachnących herbatek. Z reguły podobno herbaty zawierają naturalne, bądź identyczne z naturalnymi aromaty. I tutaj raczej nie mamy się czego obawiać, no chyba, że kupujemy herbatę w torebkach. O kurzu herbacianym, który się w nich znajduje, słyszał już chyba każdy, natomiast nie każdy wie, że torebki do herbaty impregnuje się w żywicach syntetycznych, rozpuszczonych w alkoholu lub acetonie, później żeby były ładne i białe, moczone są w bielince, czyli zawierają w swoim składzie chlor, co przy regularnym stosowaniu powoduje znaczny uszczerbek na zdrowiu. Ponieważ torebki i nylonowe siateczki, nie są klasyfikowane jako produkty spożywcze, więc nie wymagają żadnych atestów...hulaj dusza. Ponad to, w składzie torebek występuje również epichlorohydryna, stosowana jako pestycyd. Przy kontakcie z wodą staje się niebezpieczna dla zdrowia powodując nowotwory, problemy z układem immunologicznym, jak również bezpłodność. Co prawda rozmnażać absolutnie się już nie zamierzam,więc jakby to  mi nie straszne, ale myślę, że dla większości osób może mieć to ogromne znaczenie. To tylko taki malutki smaczek, na wypadek gdyby nie starczyły nam pestycydy, którymi są regularnie opryskiwane herbaciane krzaki.

herbata, fermentacja, liście, maliny, drzewa-owocowe


Co zawierają aromaty spożywcze

A to dopiero opakowanie...całe dobro może, aczkolwiek nie musi, znajdować się wewnątrz. I tak mamy:
aromat waniliowy        - piperonal, służy również do tępienia wszy,
aromat wiśniowy         - aldehyd C 17, używany do produkcji gumy,
aromat orzechowy       - aldehyd masłowy używany jest do produkcji kleju kauczukowego,
aromat bananowy        - octan anylu znajduje zastosowanie jako rozpuszczalnik do farb olejnych,
aromat winogronowy  - antranilan metylu pozwala na produkcję barwników,
aromat ananasowy       - octan etylu wykorzystywany do garbowania skór,
aromat czekoladowy    - aldehyd C 18 do produkcji środków do mycia okien,
aromat truskawkowy   - octan benzylu wykorzystywany jest jako rozpuszczalnik.

filizanka, herbata, domowa-herbata, fermentacja,


Poza tym, producenci herbaty, do swoich upraw stosują pestycydy, które znacznie przekraczają dopuszczalne normy. Gdzieś w necie krąży takie bardzo fajne zdjęcie ludzi wyglądających jak kosmici, w maskach i kombinezonach, którzy jeden obok drugiego opryskują pola herbaciane. Wiedzę ową posiadłam szukając w internecie informacji na temat robienia własnej herbaty. I tak z przerażeniem w oczach przechodziłam od jednej strony do drugiej, a żołądek zaczął wariować...od samego czytania mdli. No to jak? Pijemy herbatkę? Ktoś ma jeszcze ochotę?


Oczywiście nie można dać się zwariować, tak naprawdę trują nas z każdej możliwej strony i nie sposób byłoby żyć, ale...świadomy człowiek, ma możliwość wyeliminowania większości szkodliwych rzeczy i zastąpienia ich czymś, co nam faktycznie będzie służyć, a nie sukcesywnie i powoli zabijać. Uwielbiałam herbatki, szczególnie te zimowe, z aromatem wanilii, cynamonu, pomarańczy ...  po przeczytaniu , nie piję już kupnej herbaty. Robię sama, testuję, zmieniam składniki i robię przeróżne mieszanki...metodą prób i błędów znalazłam swoje ulubione, aczkolwiek w dalszym ciągu poszukuję nowych smaków.

fermentacja-malina-liscie-malin-herbata-z-lisci-malin,jak-zrobic-herbate,autoliza

Baza do herbaty

Jako bazę, wykorzystuję z reguły liście malin, aczkolwiek z powodzeniem można wykorzystywać liście drzew i krzewów owocowych. Liście poddawane procesowi autolizy (jest to na ludzkie tłumacząc, rozkład żywych związków w każdej komórce po naruszeniu, rozerwaniu błon komórkowych, czyli po wygniataniu, szarpaniu i nadrywaniu) .Dzięki temu enzymy wnikają do wnętrza komórki i rozkładają znajdujące się tam substancje. Do bazy dodaję różne dodatki ( suszone owoce dzikiej róży, truskawki, jabłka, szałwię, cynamon, imbir, goździki, suszone pomarańcze, śliwki, wanilię, płatki i pączki róży, nagietka , bławatka, rumianku, liście poziomki... mieszanek mam mnóstwo i cały czas próbuję nowe, tak aż znajdę taką, która mi smakuje. Mam ulubione herbaty na każdą porę roku. Czyli moi Kochani zaczynamy..

Jak zrobić herbatę z liści malin

Zbieranie 

Jak wszystkie zioła, liście malin zbieramy wczesnym rankiem, w bezdeszczowy dzień, po opadnięciu rosy. Najlepsze właściwości mają podobno jeszcze przed kwitnieniem i zawiązaniem owoców, aczkolwiek różne źródła, różnie podają. Przyznam się szczerze, że ja zbieram nawet później, z racji ilości spożywanych płynów. Nawet o ile liście nie posiadają już tylu właściwości, to i tak są lepsze od tego co znajduje się w herbacianych torebkach. Skubię swoje maliny bez litości i myślę, że są nawet za to wdzięczne, gdyż krzak, bardziej wtedy koncentruje się na produkcji owoców. Tak więc po zerwaniu liści, zostawiamy je rozłożone w cieniu na parę godzin, aż do momentu kiedy przywiędną.

 Skręcanie

Wtedy zaczynamy mozolne skręcanie listków. Biorę po parę sztuk, i zwijam w dłoniach. Można również przepuścić przez maszynkę do mięsa i z pewnością jest szybciej, aczkolwiek wtedy herbata po zalaniu nie wygląda tak efektownie. Nigdy zresztą nie stosowałam tej metody, więc nie będę się wypowiadać. Skręcone listki układamy ciasno w słoiku, zakręcamy i wstawiamy do piekarnika.
sloje, zapasy, ziola,suszone-owoce, suszone-ziola
skrecanie,liscie-malin, herbata, jak-zrobic-herbate,ziola


 Autoliza ( fermentowanie, to podobno błędne określenie, którego jednak większość, ze mną na czele, używa)

Ustawiamy piekarnik z termoobiegiem na 40-50 st.C i wstawiamy zamknięte słoiki. Zostawiamy je tak mniej więcej na 2-3 godziny, po tym czasie sprawdzamy. Jeśli liście z zielonego, przybiorą zgniłozielony, lekko brązowy kolor to znaczy, że czas wyjąć słoiki.

Suszenie

Po wyjęciu liści ze słoika rozrzucamy je ponownie na papierze i suszymy. Proces przebiega zdecydowanie szybciej. Można suszyć również przy uchylonych drzwiczkach piekarnika w niskiej temperaturze, ok. 30-40 st.C. W momencie, kiedy wszystko będzie dobrze wysuszone, przekładamy do słoików, choć idealne byłyby drewniane skrzynki specjalnie do tego przeznaczone, gdzie herbata dalej fermentuje. W każdym razie zakładam, że nikt tylu skrzyneczek nie posiada. Ja swoje herbaty  , tak samo jak i wszystkie zioła trzymam w szklanych, zamykanych słojach.



Sposobów na fermentowane ( no bo przecież nikt nie będzie mówił autolizowane), herbaty jest wiele, kto ciekawy, może poszukać w internecie. Ja w każdym razie przedstawiłam Wam sposób, który sama od lat wykorzystuję. Kiedyś nie wkładałam do piekarnika, (kiedyś fermentowana herbata ) tylko naturalnie fermentowało, ale jest przy tym o wiele więcej zachodu i bardzo duże ryzyko dostania się pleśni. 
Tak więc moi Kochani sposób przetestowany wielokrotnie i nie ma prawa się nie udać. A herbaty są obłędne. Mięta przyrządzona w ten sposób bije na łeb, na szyję, taką którą ususzymy w naturalny sposób, pachnie i smakuje jak guma do żucia. Przede wszystkim cały ten proces wydobywa o wiele bardziej intensywny zapach.

 Liście malin, właściwości

Zawierają garbniki, flawonoidy, sole mineralne, witaminę C oraz kwasy organiczne. 

- ma właściwości przeciwutleniające, pomaga zwalczyć wolne rodniki, co z kolei ma zastosowanie w profilaktyce wielu chorób, ale przede wszystkim opóźnia proces starzenia!
- zmniejsza ryzyko zachorowania na nowotwory ( zdecydowanie za późno zaczęłam stosować)
- oczyszcza organizm z toksyn ( w obecnych czasach każdemu się przyda)
- mają lekkie działanie moczopędne
- wzmacnia odporność organizmu, co ma szczególnie zastosowanie w okresie jesienno zimowym
- obniżają ciśnienie krwi,
- ma działanie przeciwgorączkowe i napotne,
- działa rozkurczowo, łagodzi bóle menstruacyjne,
- pity regularnie poprawia przemianę materii,
- wzmacnia mięśnie macicy,
- działanie lecznicze przy nieżytach żołądka i jelit,
- przeciwdziała występowaniu biegunek
- stosowany zewnętrznie, leczy wypryski i trądzik .

Stosowane zewnętrznie liście malin mają działanie przeciwzakaźne, ściągające i przeciwbakteryjne.

Liście malin, przeciwwskazania

- ciąża zagrożona,
- ciąża mnoga,
- kobiety w ciąży powinny skonsultować picie naparu z liści malin, z lekarzem ( zwłaszcza w pierwszym trymestrze )
- u osób uczulonych na kwas salicylowy, może wywołać reakcję alergiczną, aczkolwiek bardziej tyczy się to owoców niż liści,
- w przypadku choroby wrzodowej, należy skonsultować z lekarzem.

jak-zrobic-wlasna-herbate,ziola, co-suszyc,


Jak stosować

1 łyżeczkę herbaty zalać szklanką wrzątku, odstawić na około 10 minut i pić 1-3 razy dziennie .

Naprawdę serdecznie polecam odstawienie kupnych herbat i robienie własnych. Zdrowo, przyjemnie i do tego mamy same dobre składniki, a skomponowanie własnej mieszanki, która wszystkim smakuje daje ogromną satysfakcję.

Pytanie

Jestem ciekawa czy tego typu wpisy się Wam podobają? Miałam dużo pytań na priv odnośnie tego jak wykorzystuję zioła i co ja tam wiecznie suszę, więc postanowiłam stworzyć odrębne posty dotyczące jedynie tego tematu. Zaznaczam, że nie jestem w tej dziedzinie żadnym ekspertem, a całą wiedzę zaczerpnęłam ze starych książek i internetu. Od wielu lat stosuję przeróżne mieszanki ziołowe, a im jestem starsza, tym bardziej zaczynam doceniać zdrowy tryb życia i niesamowite wartości jakie ze sobą niesie. 
Nie ma tu miejsca na moje przemyślenia, ot czyste, suche fakty, więc posty jakby niespecjalnie do mnie pasujące, takie, jak to kiedyś określałam...robocze, takie w stylu magicznego zeszyciku.
No to dajcie znać, czy chcecie, czy nie ?
Pozdrawiam Was cieplutko, z nad kubka parującej herbatki, bo chłodem ostatnio zawiewa.
Mój dom

czwartek, maja 30, 2019

Mój dom

Dom, który się nie zmienia


dom na wsi, ogród rustykalny,country


Prosiliście  mnie już tyle razy, żebym pokazała zdjęcia wnętrz domu, że w końcu zmobilizowałam siły i porobiłam trochę fotek. Szczerze mówiąc, myślę,że dla większości z Was będzie to taki powrót do przeszłości... bo jeśli chodzi o wystrój, to tak jakby niewiele się zmieniło. Ano dlaczego ? Przecież minęło tyle lat. No cóż, myślę, że głównym powodem dla którego większość rzeczy wygląda  jak dawniej, jest fakt, że ja po prostu nie lubię zmian. Dawno, dawno temu miałam w głowie wizję mojego domu utkanego z marzeń, którą z konsekwencją, żeby nie powiedzieć, że wręcz z uporem maniaka, realizowałam. Każda rzecz, która została kupiona była ... tą jedyną, wymarzoną, często wyszperaną gdzieś w antykwariatach, wyszukaną na portalach internetowych, nic tutaj właściwie nie trafiło przypadkowo. Potrafiłam oszczędzać, tylko po to żeby kupić czajniczek do herbaty w wysokości nieomalże mojej jednomiesięcznej wypłaty, ale tak samo chętnie przygarniałam stoliczek z gabarytów. Po prostu każda rzecz w domu, musiała mieć w sobie to coś. A co ? No o tym wiedziałam właściwie tylko ja, więc moja rodzina i znajomi, powstrzymywali się od kupna jakichkolwiek rzeczy w ramach prezentów, no chyba że wiedzieli na co obecnie poluję. Dużo wody od tej pory upłynęło i teraz można kupić mnóstwo rzeczy za tzw. psie pieniądze, ale kiedyś sytuacja wyglądała inaczej. Żeby mieć coś ładnego,  choć to jest pojęcie względne, więc może powinnam raczej powiedzieć, żeby mieć coś wymarzonego, trzeba było w to włożyć albo mnóstwo pracy albo poszukiwań, że o gotówce nie wspomnę, bo relacje cenowe wyglądały kiedyś zgoła odmiennie. Swoje pierwsze filiżanki  w róże, kupowałam za niebotyczne pieniądze, dzisiaj piękną porcelanę można dostać za grosze. Wiedziałam czego chcę bardzo dokładnie, wiedziałam, że ma być prosto i elegancko zarazem, że ma być kamień, wiklina, ocynki i srebro, dużo kwiatów, zioła które będą się suszyć nad kuchennym blatem, że będzie ciepło, przytulnie, z przewagą białych mebli, tak żeby nie chciało się z domu wychodzić, tak żeby człowiek czuł się dobrze i bezpiecznie...taki wsiowy angielski dworek i taki dom stworzyłam. Oczywiście odpowiada to moim wyobrażeniom o cieple. Czasami ciężko było mi się zdecydować na kolorystykę, czy też jakiś motyw przewodni i to są właśnie te rzeczy, które sezonowo się u mnie zmieniają, w zależności od pory roku. I właściwie, chyba nic więcej. Co najśmieszniejsze, wcale zmian nie planuję, przynajmniej na razie. Dobrze się czuję patrząc na to wszystko, co przez lata udało mi się zgromadzić. Nie odczuwam specjalnej potrzeby kupna nowych rzeczy, no chyba, że jest to porcelana, albo....kwiatki...na nie straciłabym fortunę.

ikea, okiennica, salonpepco, ikea, jysk, salon, kuchnia,styl skandynawski, styl country


Nie lubię zmian


Nie lubię zmian, co nie znaczy, że mam problemy z wyjściem poza swoją strefę komfortu. Mój komfort, to właśnie mój dom, ludzie, zwierzęta i przedmioty, którymi się otaczam. Przywiązuję się bardzo do wszystkiego i wszystkich, a ponieważ wszystkie moje decyzje są przemyślane, w związku z czym tkwię w tym latami, czerpiąc taką samą radość jak na samym początku. Za każdym razem , kiedy staję przed domem, rozpiera mnie takie samo uczucie szczęścia jak na początku, za każdym razem kiedy otwieram drzwi do Chrabąszcza, myślę o nim z taką samą czułością, choć ze względu na jego lata, również z coraz większą obawą, za każdym razem kiedy patrzę na swoje dzieci rozlewa mi się ciepło po sercu i czuję dumę i myślę...o kurcze...to moje. No może to i egoistyczne, ale prawdziwe. Ładne dwie kobiety, tak bardzo do mnie podobne pod względem charakteru, a jednak tak bardzo różne, z całym mnóstwem wad i zalet. I tak sobie czasami myślę, słuchając o tych wspaniałych dzieciach, co to moi znajomi mają, że no fakt...czasami może te dzieci lepsze, może mniej mordate, może lepiej się uczyły, może nie są paskudnymi bałaganiarami, ale to co zdecydowanie wyróżnia moje dziewczyny, to fakt,że mają serca po właściwej stronie i na właściwym miejscu. No nie mogę tutaj tak ich chwalić, bo jeszcze przeczytają i dopiero będzie, a i tak już słucham...i co ty byś mamuś bez nas zrobiła... na co biegiem odpowiadam, że w końcu żyłabym w porządku a nie syfie...ale i tak każdy swoje wie.
Tak więc moi drodzy, mój dom nie uległ jakimś cudownym i drastycznym przemianom. No ale zacznijmy od początku.


Salon



W salonie zmiany są, a jakże...nawet większe, niż w pozostałej części domu.
Więc.....tadammmm.......znajdźcie dwie różnice, którymi różnią się te obrazki . I jak? Ktoś już widzi?
Otóż moi mili zmieniłam....kanapę. Hahaha...no tak, wiem, nie widzicie różnicy, a to tylko dlatego,że zmieniłam ją na dokładnie identyczną jak poprzednio, która była już mocno nadszarpnięta zębem Osła i czasu.. Długo szukałam, ale w końcu mi się udało i kupiłam, żeby nie powiedzieć odkupiłam taką samą. To tak a 'propos zmian, których nie lubię.



styl rustykalny, skandynawski, okiennica, poduszki,
kanapa, żyrandol ikea, lampa home you,okiennica, styl skandynawski


Dobrze to teraz będę już poważna. Nie lubię zmian, ale z drugiej strony nie lubię monotonii i po pewnym czasie, nawet najbardziej ładne wnętrza zaczynają mnie nudzić. Mój najprostszy sposób na zmianę otoczenia, tak aby wszystko wyglądało inaczej, to tkaniny i dodatki...W każdym pomieszczeniu odpowiednio dobrane, zdziałają cuda, a wnętrze po takiej metamorfozie wydaje się nabierać zupełnie nowego charakteru. Jestem sobą, nie ulegam chwilowym modom, staram się unikać rzeczy charakterystycznych dla danego trendu... pamiętacie post o domu i o tym, że miał wyglądać jak chleb, a nie jak tort, który bardzo mnie kusił? Nigdy nie sugerowałam się tym co jest obecnie modne, a co nie . Staram się inwestować w rzeczy ponadczasowe, takie które mogą się wpisać w każdy styl, za co między innymi kocham kolor biały. Meble mogą zmieniać ustawienia, wędrować po pokojach, zmieniać przeznaczenie...Nie wyrzucam, staram się naprawiać. Poniekąd jest to wynikiem mojej wielkiej wyobraźni oraz tego, że jakoś mi szkoda wyrzucić, no bo przecież po niewielkich zmianach jeszcze coś z tego można zrobić, jak również moich wielogodzinnych przemyśleń dotyczących zanieczyszczania świata i tego co z niego zostanie za x lat. Ale to już oczywiście temat na oddzielny post...długi post. Tak więc przy urządzaniu wnętrz bardzo dużą rolę u mnie odgrywa kolor. Obecnie jestem na etapie delikatnego odcienia niebieskiego, z dodatkami srebra, który to kolor miał  przywodzić na myśl styl hamptons, dokąd to nie trzeba było wyrzucić kolejnego dywanu z którym to rozprawił się Plaster. Teraz mam jakiś koc na podłodze, który miał być niby dywanem i do tego w odcieniach brązu. Jest szary, więc nijak mi nie pasuje, ale ma jedną zdecydowaną zaletę, ze wrzucam go do pralki co dwa, trzy dni, więc nawet śmierdzący Plaster mu nie straszny.
I to by chyba było na tyle jeśli chodzi o zmiany... zawisły ramki do obrazków, stolik z biura, wszedł na salony, doszedł kolejny, ten brązowy na wygiętych nóżkach, którym to ktoś wzgardził i wystawił za ogrodzenie...najpiękniejszy stolik pod słońcem. Plaster dalej okupuje dywan, dokładnie w tym samym miejscu, koty dalej leżą na kanapie....CONSTAS.

wyjaśnienia techniczne

Tradycyjnie chyba, już na samym końcu chciałam powiedzieć, że usunęłam już przeszło sto stron w komentarzach, ze spamem. Zaczęły powolutku pokazywać się Wasze komentarze, niestety nie mogę ich częściowo opublikować, jestem w trakcie rozkminiania o co kaman. Natomiast...UWAGA, UWAGA.... udało mi się odpisać na komentarze pod jednym postem, co prawda istnieje taka możliwość tylko z komórki, ale zawsze to coś. Mam nadzieję,że niedługo, uda mi się to jakoś ogarnąć kompleksowo, bo póki co, pisanie tutaj, to prawdziwa męczarnia. W każdym razie postępy czynię, nie wiem czy to mój mózg się rozruszał, czy może udało mi się poskromić bloggera, ale efekty są widoczne, chociażby w kwestii rozmieszczenia zdjęć i tekstu na stronie. Mam nadzieję,że jeszcze troszkę wytrzymacie, skoro tyle osób czekało na mnie sześć lat , to ta odrobina niedogodności Was nie zniechęci. W każdym razie chciałam wszystkim powiedzieć, że komentarze od Was widzę, czytam i bardzo za nie dziękuję. Sprawiają mi niezmiernie dużo radości, bo jak piszecie, to wiem ,że jeszcze tutaj niektórzy zaglądają. A ja obiecuję,że postaram się naprawić wszystko jak najszybciej. Do usłyszenia .

Copyright © Utkane z marzeń , Blogger