Niech się wszystko odnowi, odmieni....o jesieni, jesieni,jesieni

poniedziałek, października 28, 2019

Niech się wszystko odnowi, odmieni....o jesieni, jesieni,jesieni


O tym, jak po raz nie wiem który, moje serce przegrało z rozumem.

 

Numer jeden

Łapa-pies Ludojad

Łapa..jest z nami od przeszło dwóch lat.  Kiedy zapadła decyzja, pojechałyśmy po psa. Kto był kiedyś w schronisku, wie jak ściskający za serce jest to widok.
Stała dwa metry od nas, z wytrzeszczonymi oczami, zębami które jakoś w paszczy jej się nie mieściły i sterczały w rożne strony na zewnątrz, z podkulonym ogonem, ujadała paskudnym , skrzeczącym głosem...co się do niej odezwałam, odskakiwała krok do tyłu, nie przestając ujadać. 
Ze schroniska wzięłyśmy ją dlatego, bo była tak strasznie brzydka, wystraszona i dzika, że nie miała szans na adopcję...siedziała i siedziała, koledzy odchodzili, znajdowali domy, a o nią nawet nikt nie spytał, nikt nie chciał. No to my chciałyśmy. Chociaż nawet właścicielka schroniska proponowała, żebyśmy wzięły innego psa, Łapa pojechała z nami.
Łapa, która podobno jest taka dzika, tylko dlatego, że matka ją tak uczyła. Ciężko jakoś w to uwierzyć, nauka nauką, ale Łapka, pomimo upływu czasu, boi się własnego cienia i absolutnie nie jest to przenośnia. Łapka , na którą nawet nie krzyczę jak nasika na dywan, żeby się nie stresowała, Łapka, która kuli się, kiedy wyciągam rękę od góry,  żeby ją pogłaskać, Łapka, która ma dopiero 5 lat, a wyglądała starzej niż 17-letni Plaster...Łapka, która zachowuje się tak jakby była bita przez człowieka i to niejednokrotnie. Ta sama Łapka , zdobywała się na heroiczny wyczyn, kiedy przychodzili goście i przezwyciężając własny strach, wychodziła z kącika , gdzie ma posłanie i kładła się zawsze koło Plastra, żeby w razie potrzeby zasłonić go własnym ciałem i bronić niepełnosprawnego przyjaciela.
 Był piękny majowy dzień, jakieś dwa tygodnie po przyjeździe Łapki do domu. Pieliłam z tyłu w ogrodzie, kiedy usłyszałam potworny skowyt i jeszcze głośniejszy krzyk Magdy. Rzuciłam się biegiem i oczom moim ukazał się masakryczny widok. Łapka leżała na pomoście, nogę miała pomiędzy deskami i wyszarpywała ją z całej siły potwornie przy tym piszcząc, nad Łapą stała, a właściwie podskakiwała Madzia i piszczała jeszcze głośniej niż suka.
- Mamuś, noga jej wpadła, ona gryzie i nie da się dotknąć. Boziu , wyrwie zaraz tę łapę .
Wyciągam ręce, żeby pomóc jej wyjąć tylną łapę z pomiędzy desek, pies zaczął gryźć mnie niemiłosiernie. Raz , drugi, trzeci...nie wytrzymuję z bólu, zabieram rękę. Magda nie wiedzieć czemu stoi i piszczy nad nami okropnie. Przekrzykując jazgot psa i pisk Madzi, wrzeszczę ,żeby koc jakiś przyniosła. Madzia dalej skacze i piszczy, więc wrzeszczę żeby ten koc kuźwa mi doniosła, jednocześnie próbując uwolnić psią łapę , co jest rzeczą nieomalże niewykonalną, bo pies gryzie mnie w panice bez przerwy. Dziecku memu jakimś cudem udało się w końcu oderwać nogi od podłoża i pobiegła do domu, cały czas krzycząc. Pies wyje i szczeka, Magda piszczy i biega po domu, z górnego okna dochodzi do mnie kolejny krzyk....Boże Mamo !!!! Mamo co się dzieje ??? Mamo błagam odezwij się !!! Do chóru pisków i wrzasków dołączyła Nurka. Łzy lecą mi z bólu , ręka pali żywym ogniem, ale wiem ,że jeśli przestanę to psina wyrwie sobie nogę ze stawu, więc zaciskając zęby próbuję dalej. Muszę jakoś odciągnąć jej uwagę od tylnej nogi, bo inaczej jej nie uwolnię. W akcie desperacji zaciskam lewą dłoń w pięść i wkładam psu do rozdziawionego pyska, gryzie potwornie, ale to daje mi czas na zajęcie się tylną nogą, krew leci mi już z obu rąk , Magda biega chyba w kółko , bo koca dalej nie mam, ściągam spódnicę , zarzucam na psa, gryzie przez spódnicę. Pies wyje z bólu, ja wyję z bólu, Madzia wyje ogarnięta paniką, Nurka wyje , bo nie wie co się dzieje...Łapa szarpie, bez opamiętania moją lewą rękę, prawą udaje mi się w końcu uwolnić tylną łapę. Pies ucieka, ja wstaję na miękkich nogach, z domu wybiega w końcu Madzia z kocem, z góry krzyczy cały czas Nurka, moje ręce ociekające krwią zwisają w jakiś dziwnych strzępkach...
Musiałyśmy się upewnić czy pies był na 100% szczepiony , tak jak zapewniano. Pani od której wzięłyśmy Łapę, po tym jak usłyszała co się stało , myślała że chcę oddać psa. Mój Boże...cóż za pomysł...a któż by chciał taką brzydką i do tego wredną sukę, no w życiu jej nie oddam, przecież to już mój pies, a poza tym, ona nie chciała, to tylko był potworny strach i ból. . Ręka, o dziwo ta, która wydawała się w lepszym stanie, bolała mnie jeszcze ponad rok. Miałam rozszarpane mięśnie i ścięgna..Dzisiaj już wszystko wróciło do normy, I tak to połączyły nas oprócz miłości, więzy krwi.

Dzisiaj Łapka,  to uroczy piesek, który dalej boi się własnego cienia, ale który jest szczęśliwy i wiecznie wywala brzuszek do głaskania, choć przy wyciągnięciu ręki od góry, dalej podkula ogonek.

Łapka, urocza , brzydka suka,  która ma więcej szczęścia niż rozumu....

 Dialog

Tysiące myśli kłębiło się w mojej głowie.
- Wezmę, nie, nie wezmę. Nie mam już na to siły.
- No tak, ale one mają pewnie jeszcze mniej sił niż ja....
- I co z tego? Świata i tak nie uratuję.
- No, świata pewnie nie, ale jakieś kolejne, biedne stworzenie.
- Jasne, kolejne biedne...znowu mam ratować, a ciekawe kto uratuje mnie...
- No przecież wiesz, że weźmiesz, przestań się oszukiwać.
- A waśnie, że nie wezmę. Tak to człowiek jest uwiązany, zawsze musi wracać do domu...bo pieski,    kupę sierści i piachu i poniszczonych rzeczy i sprzątania ...
- I tak wracasz, bo jest Łapa, zobacz jakie ma smutne oczy odkąd nie ma Plastra.
- No właśnie Łapa, jest teraz taka smutna, Plaster był dla niej wszystkim. Ale w sumie to zupełnie tak jak i dla mnie. Czas leczy rany, da radę. Ja mogę, to ona tym bardziej. Z WIELKIEJ TRÓJCY nie został już nikt.  Jest nowa Łapa..."gupi", dziki pies.
- " Gupi, gupi'...a kto mówi, że ma takie piękne wytrzeszczone oczka? Kto przekonuje od dwóch lat, żeby się nie bała, bo tu nigdy, nic złego jej nie spotka? 
- No właśnie, Łapa, która znalazła się u nas, właściwie po to, żeby Plaster nie czuł się tak samotny...
Teraz ona jest sama...czy to się nigdy nie skończy?
- Obawiam się,że jednak nie...
Rozmyślania przerwał głos Nurki
- Mamooo, weźmy psa.
- Nie.
- Czemu nie?
- Bo nie!
- Mamuś, weźmy...jęknęła Madzia.
- Niee.
- Czemu nie?
- Bo nie!!
- Babciuuu, weźmy pieska.
- Nieee.
- Czemu nie?
- Bo nie!!!
Wiedziałam już, że wezmę. Ale jak chcą, to przyszedł dobry moment na negocjacje. Jak do brania, to wszystkie chętne, jak do sprzątania, to ślepną, węch gwałtownie tracą, a jak pies chce wyjść na dwór, to okazuje się, że i słuch mają mocno przytępiony!
- Nie weźmiemy kolejnego psa, bo to kosztuje, sprzątać trzeba i na spacery wychodzić. Wy tylko chcecie, a później piesek idzie w odstawkę i ja muszę wszystko robić, a jak stary , to węch odzyskujecie i śmierdzi Wam, ale jak zrobi pod siebie, to "kupa, a fuj...zrobił, ojej ...naprawdę nie widziałam i nie czułam. No przysięgam". Jak w ogrodzie nafajda, to żadna tyłka nie ruszy, żeby posprzątać .
- To może będziemy jedzenie kupować na zmianę....powiedziała Magda
- Może...a nawet jeśli się zgodzę to na pewno!- warknęłam
- Babciu, ja mogę kupy sprzątać.
- No ja powiem uczciwie, że kup sprzątać nie będę, ale mogę na spacery wychodzić i składać się na weterynarza - poinformowała Nurka. 
- Niech Magda sprząta, ona się nie brzydzi- dodała po chwili namysłu.
- A dlaczego tylko ja? Nurka niby z innej gliny?
- Babciu ja !!!, Ja będę sprzątać kupy! Ja chcę sprzątać! - małe jeszcze , to słodkie. Ale i tak  wiadomo, że brać na serio nie można.
- No właśnie, psa nawet jeszcze nie ma, a już się zaczyna! - warknęłam.
- Mamooooo.....
- Czego?
- Kiedy powiesz:" a dajcie Wy mi święty spokój, róbcie sobie co chcecie"?
  Małpy! 

I tak zaczęłyśmy poszukiwania....

Numer dwa

Gizmo vel Szczęściarz

 

 

Było mi wszystko jedno...ale pies:
- musiał być psem, nie suką- bo nigdy nie wiadomo, jakby się z Łapą  dogadała.
- musiał być malutki - bo mój kręgosłup, mocno nadszarpnięty budową i podnoszeniem Plastara jest w totalnej rozsypce i młodszy raczej nie będzie.
- musiał lubić koty, w ilości ponadprzeciętnej (czytaj : sztuk 4)
- musiał być brzydki, kulawy, bez ogona, łapy lub z innymi wyraźnymi ubytkami- bo ładne psy mają zawsze ładne domki, a tych brzydkich nie chce prawie nikt.
- musiał być  w wieku maksymalnie do 5 lat- choć bardzo chciałabym pomóc staremu psu, to jednak rozstania są dla mnie bardzo dużą traumą. Nie dałabym rady. Starego psa wezmę jak sama będę stara, wtedy zejdziemy sobie oboje. Póki co wiek 5 lat , to i tak było dla mnie bardzo dużo.


Zaczęłyśmy poszukiwania i powiem Wam,że do teraz nie mogę otrząsnąć się z szoku. Jeden telefon..mówię o co mi chodzi, że wezmę psa choćby dzisiaj. Pani odpowiada,ze nie może rozmawiać, bo...robi zdjęcia! Zadałam jakieś dodatkowe pytanie " proszę Pani tłumaczę, że robię zdjęcia". No ja rozumiem,że zrobienie psu zdjęcia, to trudna sztuka, ale jeśli ktoś jest zdecydowany przygarnąć psa, to chyba ważniejsze od zdjęć...przynajmniej tak by się wydawało na logikę. Takich telefonów wykonałyśmy chyba z 5...nikt nie miał czasu, żeby porozmawiać. Trafiłam na niewidomego psa..myślę ok. był głuchy, niech teraz będzie ślepy. Pani również nie była zainteresowana..wszyscy mieli oddzwonić...dacie wiarę, że nie zadzwonił nikt! Tylko te psiaki biedne...ludzie się proszą, a prywatne schroniska mają to w głębokim poważaniu. A musicie wiedzieć,że ja dużo pytań nie zadawałam, więc raczej , przynajmniej tak mi się wydaje, trudną klientką nie byłam. Właściwie nie chciałam wiedzieć nic, nawet zdjęcia nie potrzebowałam oglądać, bo doszłam do wniosku, że hrabiny Łapy i tak nikt nie ma szansy przebić i jaki ten pies by nie był, to na pewno będzie ładniejszy od Łapy!
W końcu trafiłyśmy na psiaki zabrane w ramach interwencji z pseudoschroniska, trzymane na łańcuchach, mieszkające w obudowach po telewizorach, w błocku, bez jedzenia , picia..no biedne bez wątpienia. Zadzwoniłam...powiedziałam,że mi obojętne, że nie muszę nawet oglądać, byleby mały, byleby lubił koty i byleby nikt go nie chciał. Okazało się, że z 50 psów , które zostały zabrane w lutym, zostało tylko 8 i , że nikt już się nimi nie interesuje. No to ja poproszę, ja jestem takim zainteresowana. Pani z którą rozmawiałam miała czas, Pani z którą rozmawiałam była miła i żywo zainteresowana ,żeby jej podopieczni znaleźli dom. Rozmawiałyśmy długo i zaraz , choć nie chciałam dostałam zdjęcie psa, który spelniał warunki. No wiecie co...ładny . Malutki, milutki ..no nie wiem , czemu go nikt nie chciał przez tyle miesięcy. Podobno nikt nie chce czarnych psów, no to my chcemy. Mam tylko nadzieję,że Łapa jak go zobaczy nie popadnie w kompleksy.

Numer trzy

Imbir vel Azor


Nie minęło nawet 5 minut i dostałam drugie zdjęcie. Rude, lat 7, urocze, z łańcuchem na szyi, wpatrywało się we mnie łagodnymi oczami z telefonu. O Boże nieeeeeeeeee!!!!!!! Nie chciałam dwóch , miał być jeden! I już wiedziałam i już nie mogłabym dokonać wyboru. Jedne ślepia czarne, drugie miodowe, a jedne i drugie patrzące z miłością i nadzieją na lepsze jutro.
- Mamoooo..... i co?
- Mamuś......... ???
- Babciu............weźmy dwa pieski
- I co myślicie? pytam
- Ja bym wzięła oba, ale jeśli tylko jednego, to chyba tego starego, biedniejszy jest.-powiedziała Nurka
- Ja też oba, ale jak jednego to tego czarnego, młodszy , więc łatwiej go będzie ułożyć - powiedziała Magda
- Ja bym wzięła oba, oba, Babciu weźmy oba- zapiszczała Tośka.
A Ty???? A co ja ??? Co ja mogę powiedzieć, jak zobaczyłam te oczy ???
Dzwonię...Pytam, który bardziej potrzebuje domu, który jest biedniejszy.
- Wybór należy do Pani... i jeden i drugi jest w tej samej sytuacji, nikt ich nie chce i oba potrzebują domu..
- Weźmiemy oba...tylko błagam, niech Pani nie przysyła mi już więcej zdjęć....



Wszystko przebiegło błyskawicznie, za co bardzo dziękuję Pani KarolinieOstrowieckiemu Wolontariatowi ARKA . Była inspekcja i załatwiony transport , bo psiaki przyjechały, aż z Ostrowca Świętokrzyskiego. Teraz są już z nami od prawie trzech miesięcy. Zostało jeszcze 6 piesków z tego piekielnego miejsca...może ktoś z Was szuka przyjaciela na zimę i na całe życie???



Ciąg dalszy nastąpi. A ja pozdrawiam Was cieplutko i życzę udanego tygodnia.

Jak zrobić swoją herbatę

poniedziałek, października 28, 2019

Jak zrobić swoją herbatę



Dlaczego warto robić swoją herbatę?

W związku z bardzo licznymi zapytaniami (o kurczę, jak to poważnie i formalnie zabrzmiało) o zioła, które suszę i o to co ja z tym robię, postanowiłam napisać oddzielny post. Może na początku o tym co nas truje, bądź też może truć, o ile dokładnie nie sprawdzimy składu naszych cudownych, pachnących herbatek. Z reguły podobno herbaty zawierają naturalne, bądź identyczne z naturalnymi aromaty. I tutaj raczej nie mamy się czego obawiać, no chyba, że kupujemy herbatę w torebkach. O kurzu herbacianym, który się w nich znajduje, słyszał już chyba każdy, natomiast nie każdy wie, że torebki do herbaty impregnuje się w żywicach syntetycznych, rozpuszczonych w alkoholu lub acetonie, później żeby były ładne i białe, moczone są w bielince, czyli zawierają w swoim składzie chlor, co przy regularnym stosowaniu powoduje znaczny uszczerbek na zdrowiu. Ponieważ torebki i nylonowe siateczki, nie są klasyfikowane jako produkty spożywcze, więc nie wymagają żadnych atestów...hulaj dusza. Ponad to, w składzie torebek występuje również epichlorohydryna, stosowana jako pestycyd. Przy kontakcie z wodą staje się niebezpieczna dla zdrowia powodując nowotwory, problemy z układem immunologicznym, jak również bezpłodność. Co prawda rozmnażać absolutnie się już nie zamierzam,więc jakby to  mi nie straszne, ale myślę, że dla większości osób może mieć to ogromne znaczenie. To tylko taki malutki smaczek, na wypadek gdyby nie starczyły nam pestycydy, którymi są regularnie opryskiwane herbaciane krzaki.

herbata, fermentacja, liście, maliny, drzewa-owocowe


Co zawierają aromaty spożywcze

A to dopiero opakowanie...całe dobro może, aczkolwiek nie musi, znajdować się wewnątrz. I tak mamy:
aromat waniliowy        - piperonal, służy również do tępienia wszy,
aromat wiśniowy         - aldehyd C 17, używany do produkcji gumy,
aromat orzechowy       - aldehyd masłowy używany jest do produkcji kleju kauczukowego,
aromat bananowy        - octan anylu znajduje zastosowanie jako rozpuszczalnik do farb olejnych,
aromat winogronowy  - antranilan metylu pozwala na produkcję barwników,
aromat ananasowy       - octan etylu wykorzystywany do garbowania skór,
aromat czekoladowy    - aldehyd C 18 do produkcji środków do mycia okien,
aromat truskawkowy   - octan benzylu wykorzystywany jest jako rozpuszczalnik.

filizanka, herbata, domowa-herbata, fermentacja,


Poza tym, producenci herbaty, do swoich upraw stosują pestycydy, które znacznie przekraczają dopuszczalne normy. Gdzieś w necie krąży takie bardzo fajne zdjęcie ludzi wyglądających jak kosmici, w maskach i kombinezonach, którzy jeden obok drugiego opryskują pola herbaciane. Wiedzę ową posiadłam szukając w internecie informacji na temat robienia własnej herbaty. I tak z przerażeniem w oczach przechodziłam od jednej strony do drugiej, a żołądek zaczął wariować...od samego czytania mdli. No to jak? Pijemy herbatkę? Ktoś ma jeszcze ochotę?


Oczywiście nie można dać się zwariować, tak naprawdę trują nas z każdej możliwej strony i nie sposób byłoby żyć, ale...świadomy człowiek, ma możliwość wyeliminowania większości szkodliwych rzeczy i zastąpienia ich czymś, co nam faktycznie będzie służyć, a nie sukcesywnie i powoli zabijać. Uwielbiałam herbatki, szczególnie te zimowe, z aromatem wanilii, cynamonu, pomarańczy ...  po przeczytaniu , nie piję już kupnej herbaty. Robię sama, testuję, zmieniam składniki i robię przeróżne mieszanki...metodą prób i błędów znalazłam swoje ulubione, aczkolwiek w dalszym ciągu poszukuję nowych smaków.

fermentacja-malina-liscie-malin-herbata-z-lisci-malin,jak-zrobic-herbate,autoliza

Baza do herbaty

Jako bazę, wykorzystuję z reguły liście malin, aczkolwiek z powodzeniem można wykorzystywać liście drzew i krzewów owocowych. Liście poddawane procesowi autolizy (jest to na ludzkie tłumacząc, rozkład żywych związków w każdej komórce po naruszeniu, rozerwaniu błon komórkowych, czyli po wygniataniu, szarpaniu i nadrywaniu) .Dzięki temu enzymy wnikają do wnętrza komórki i rozkładają znajdujące się tam substancje. Do bazy dodaję różne dodatki ( suszone owoce dzikiej róży, truskawki, jabłka, szałwię, cynamon, imbir, goździki, suszone pomarańcze, śliwki, wanilię, płatki i pączki róży, nagietka , bławatka, rumianku, liście poziomki... mieszanek mam mnóstwo i cały czas próbuję nowe, tak aż znajdę taką, która mi smakuje. Mam ulubione herbaty na każdą porę roku. Czyli moi Kochani zaczynamy..

Jak zrobić herbatę z liści malin

Zbieranie 

Jak wszystkie zioła, liście malin zbieramy wczesnym rankiem, w bezdeszczowy dzień, po opadnięciu rosy. Najlepsze właściwości mają podobno jeszcze przed kwitnieniem i zawiązaniem owoców, aczkolwiek różne źródła, różnie podają. Przyznam się szczerze, że ja zbieram nawet później, z racji ilości spożywanych płynów. Nawet o ile liście nie posiadają już tylu właściwości, to i tak są lepsze od tego co znajduje się w herbacianych torebkach. Skubię swoje maliny bez litości i myślę, że są nawet za to wdzięczne, gdyż krzak, bardziej wtedy koncentruje się na produkcji owoców. Tak więc po zerwaniu liści, zostawiamy je rozłożone w cieniu na parę godzin, aż do momentu kiedy przywiędną.

 Skręcanie

Wtedy zaczynamy mozolne skręcanie listków. Biorę po parę sztuk, i zwijam w dłoniach. Można również przepuścić przez maszynkę do mięsa i z pewnością jest szybciej, aczkolwiek wtedy herbata po zalaniu nie wygląda tak efektownie. Nigdy zresztą nie stosowałam tej metody, więc nie będę się wypowiadać. Skręcone listki układamy ciasno w słoiku, zakręcamy i wstawiamy do piekarnika.
sloje, zapasy, ziola,suszone-owoce, suszone-ziola
skrecanie,liscie-malin, herbata, jak-zrobic-herbate,ziola


 Autoliza ( fermentowanie, to podobno błędne określenie, którego jednak większość, ze mną na czele, używa)

Ustawiamy piekarnik z termoobiegiem na 40-50 st.C i wstawiamy zamknięte słoiki. Zostawiamy je tak mniej więcej na 2-3 godziny, po tym czasie sprawdzamy. Jeśli liście z zielonego, przybiorą zgniłozielony, lekko brązowy kolor to znaczy, że czas wyjąć słoiki.

Suszenie

Po wyjęciu liści ze słoika rozrzucamy je ponownie na papierze i suszymy. Proces przebiega zdecydowanie szybciej. Można suszyć również przy uchylonych drzwiczkach piekarnika w niskiej temperaturze, ok. 30-40 st.C. W momencie, kiedy wszystko będzie dobrze wysuszone, przekładamy do słoików, choć idealne byłyby drewniane skrzynki specjalnie do tego przeznaczone, gdzie herbata dalej fermentuje. W każdym razie zakładam, że nikt tylu skrzyneczek nie posiada. Ja swoje herbaty  , tak samo jak i wszystkie zioła trzymam w szklanych, zamykanych słojach.



Sposobów na fermentowane ( no bo przecież nikt nie będzie mówił autolizowane), herbaty jest wiele, kto ciekawy, może poszukać w internecie. Ja w każdym razie przedstawiłam Wam sposób, który sama od lat wykorzystuję. Kiedyś nie wkładałam do piekarnika, (kiedyś fermentowana herbata ) tylko naturalnie fermentowało, ale jest przy tym o wiele więcej zachodu i bardzo duże ryzyko dostania się pleśni. 
Tak więc moi Kochani sposób przetestowany wielokrotnie i nie ma prawa się nie udać. A herbaty są obłędne. Mięta przyrządzona w ten sposób bije na łeb, na szyję, taką którą ususzymy w naturalny sposób, pachnie i smakuje jak guma do żucia. Przede wszystkim cały ten proces wydobywa o wiele bardziej intensywny zapach.

 Liście malin, właściwości

Zawierają garbniki, flawonoidy, sole mineralne, witaminę C oraz kwasy organiczne. 

- ma właściwości przeciwutleniające, pomaga zwalczyć wolne rodniki, co z kolei ma zastosowanie w profilaktyce wielu chorób, ale przede wszystkim opóźnia proces starzenia!
- zmniejsza ryzyko zachorowania na nowotwory ( zdecydowanie za późno zaczęłam stosować)
- oczyszcza organizm z toksyn ( w obecnych czasach każdemu się przyda)
- mają lekkie działanie moczopędne
- wzmacnia odporność organizmu, co ma szczególnie zastosowanie w okresie jesienno zimowym
- obniżają ciśnienie krwi,
- ma działanie przeciwgorączkowe i napotne,
- działa rozkurczowo, łagodzi bóle menstruacyjne,
- pity regularnie poprawia przemianę materii,
- wzmacnia mięśnie macicy,
- działanie lecznicze przy nieżytach żołądka i jelit,
- przeciwdziała występowaniu biegunek
- stosowany zewnętrznie, leczy wypryski i trądzik .

Stosowane zewnętrznie liście malin mają działanie przeciwzakaźne, ściągające i przeciwbakteryjne.

Liście malin, przeciwwskazania

- ciąża zagrożona,
- ciąża mnoga,
- kobiety w ciąży powinny skonsultować picie naparu z liści malin, z lekarzem ( zwłaszcza w pierwszym trymestrze )
- u osób uczulonych na kwas salicylowy, może wywołać reakcję alergiczną, aczkolwiek bardziej tyczy się to owoców niż liści,
- w przypadku choroby wrzodowej, należy skonsultować z lekarzem.

jak-zrobic-wlasna-herbate,ziola, co-suszyc,


Jak stosować

1 łyżeczkę herbaty zalać szklanką wrzątku, odstawić na około 10 minut i pić 1-3 razy dziennie .

Naprawdę serdecznie polecam odstawienie kupnych herbat i robienie własnych. Zdrowo, przyjemnie i do tego mamy same dobre składniki, a skomponowanie własnej mieszanki, która wszystkim smakuje daje ogromną satysfakcję.

Pytanie

Jestem ciekawa czy tego typu wpisy się Wam podobają? Miałam dużo pytań na priv odnośnie tego jak wykorzystuję zioła i co ja tam wiecznie suszę, więc postanowiłam stworzyć odrębne posty dotyczące jedynie tego tematu. Zaznaczam, że nie jestem w tej dziedzinie żadnym ekspertem, a całą wiedzę zaczerpnęłam ze starych książek i internetu. Od wielu lat stosuję przeróżne mieszanki ziołowe, a im jestem starsza, tym bardziej zaczynam doceniać zdrowy tryb życia i niesamowite wartości jakie ze sobą niesie. 
Nie ma tu miejsca na moje przemyślenia, ot czyste, suche fakty, więc posty jakby niespecjalnie do mnie pasujące, takie, jak to kiedyś określałam...robocze, takie w stylu magicznego zeszyciku.
No to dajcie znać, czy chcecie, czy nie ?
Pozdrawiam Was cieplutko, z nad kubka parującej herbatki, bo chłodem ostatnio zawiewa.
Mój dom

czwartek, maja 30, 2019

Mój dom

Dom, który się nie zmienia


dom na wsi, ogród rustykalny,country


Prosiliście  mnie już tyle razy, żebym pokazała zdjęcia wnętrz domu, że w końcu zmobilizowałam siły i porobiłam trochę fotek. Szczerze mówiąc, myślę,że dla większości z Was będzie to taki powrót do przeszłości... bo jeśli chodzi o wystrój, to tak jakby niewiele się zmieniło. Ano dlaczego ? Przecież minęło tyle lat. No cóż, myślę, że głównym powodem dla którego większość rzeczy wygląda  jak dawniej, jest fakt, że ja po prostu nie lubię zmian. Dawno, dawno temu miałam w głowie wizję mojego domu utkanego z marzeń, którą z konsekwencją, żeby nie powiedzieć, że wręcz z uporem maniaka, realizowałam. Każda rzecz, która została kupiona była ... tą jedyną, wymarzoną, często wyszperaną gdzieś w antykwariatach, wyszukaną na portalach internetowych, nic tutaj właściwie nie trafiło przypadkowo. Potrafiłam oszczędzać, tylko po to żeby kupić czajniczek do herbaty w wysokości nieomalże mojej jednomiesięcznej wypłaty, ale tak samo chętnie przygarniałam stoliczek z gabarytów. Po prostu każda rzecz w domu, musiała mieć w sobie to coś. A co ? No o tym wiedziałam właściwie tylko ja, więc moja rodzina i znajomi, powstrzymywali się od kupna jakichkolwiek rzeczy w ramach prezentów, no chyba że wiedzieli na co obecnie poluję. Dużo wody od tej pory upłynęło i teraz można kupić mnóstwo rzeczy za tzw. psie pieniądze, ale kiedyś sytuacja wyglądała inaczej. Żeby mieć coś ładnego,  choć to jest pojęcie względne, więc może powinnam raczej powiedzieć, żeby mieć coś wymarzonego, trzeba było w to włożyć albo mnóstwo pracy albo poszukiwań, że o gotówce nie wspomnę, bo relacje cenowe wyglądały kiedyś zgoła odmiennie. Swoje pierwsze filiżanki  w róże, kupowałam za niebotyczne pieniądze, dzisiaj piękną porcelanę można dostać za grosze. Wiedziałam czego chcę bardzo dokładnie, wiedziałam, że ma być prosto i elegancko zarazem, że ma być kamień, wiklina, ocynki i srebro, dużo kwiatów, zioła które będą się suszyć nad kuchennym blatem, że będzie ciepło, przytulnie, z przewagą białych mebli, tak żeby nie chciało się z domu wychodzić, tak żeby człowiek czuł się dobrze i bezpiecznie...taki wsiowy angielski dworek i taki dom stworzyłam. Oczywiście odpowiada to moim wyobrażeniom o cieple. Czasami ciężko było mi się zdecydować na kolorystykę, czy też jakiś motyw przewodni i to są właśnie te rzeczy, które sezonowo się u mnie zmieniają, w zależności od pory roku. I właściwie, chyba nic więcej. Co najśmieszniejsze, wcale zmian nie planuję, przynajmniej na razie. Dobrze się czuję patrząc na to wszystko, co przez lata udało mi się zgromadzić. Nie odczuwam specjalnej potrzeby kupna nowych rzeczy, no chyba, że jest to porcelana, albo....kwiatki...na nie straciłabym fortunę.

ikea, okiennica, salonpepco, ikea, jysk, salon, kuchnia,styl skandynawski, styl country


Nie lubię zmian


Nie lubię zmian, co nie znaczy, że mam problemy z wyjściem poza swoją strefę komfortu. Mój komfort, to właśnie mój dom, ludzie, zwierzęta i przedmioty, którymi się otaczam. Przywiązuję się bardzo do wszystkiego i wszystkich, a ponieważ wszystkie moje decyzje są przemyślane, w związku z czym tkwię w tym latami, czerpiąc taką samą radość jak na samym początku. Za każdym razem , kiedy staję przed domem, rozpiera mnie takie samo uczucie szczęścia jak na początku, za każdym razem kiedy otwieram drzwi do Chrabąszcza, myślę o nim z taką samą czułością, choć ze względu na jego lata, również z coraz większą obawą, za każdym razem kiedy patrzę na swoje dzieci rozlewa mi się ciepło po sercu i czuję dumę i myślę...o kurcze...to moje. No może to i egoistyczne, ale prawdziwe. Ładne dwie kobiety, tak bardzo do mnie podobne pod względem charakteru, a jednak tak bardzo różne, z całym mnóstwem wad i zalet. I tak sobie czasami myślę, słuchając o tych wspaniałych dzieciach, co to moi znajomi mają, że no fakt...czasami może te dzieci lepsze, może mniej mordate, może lepiej się uczyły, może nie są paskudnymi bałaganiarami, ale to co zdecydowanie wyróżnia moje dziewczyny, to fakt,że mają serca po właściwej stronie i na właściwym miejscu. No nie mogę tutaj tak ich chwalić, bo jeszcze przeczytają i dopiero będzie, a i tak już słucham...i co ty byś mamuś bez nas zrobiła... na co biegiem odpowiadam, że w końcu żyłabym w porządku a nie syfie...ale i tak każdy swoje wie.
Tak więc moi drodzy, mój dom nie uległ jakimś cudownym i drastycznym przemianom. No ale zacznijmy od początku.


Salon



W salonie zmiany są, a jakże...nawet większe, niż w pozostałej części domu.
Więc.....tadammmm.......znajdźcie dwie różnice, którymi różnią się te obrazki . I jak? Ktoś już widzi?
Otóż moi mili zmieniłam....kanapę. Hahaha...no tak, wiem, nie widzicie różnicy, a to tylko dlatego,że zmieniłam ją na dokładnie identyczną jak poprzednio, która była już mocno nadszarpnięta zębem Osła i czasu.. Długo szukałam, ale w końcu mi się udało i kupiłam, żeby nie powiedzieć odkupiłam taką samą. To tak a 'propos zmian, których nie lubię.



styl rustykalny, skandynawski, okiennica, poduszki,
kanapa, żyrandol ikea, lampa home you,okiennica, styl skandynawski


Dobrze to teraz będę już poważna. Nie lubię zmian, ale z drugiej strony nie lubię monotonii i po pewnym czasie, nawet najbardziej ładne wnętrza zaczynają mnie nudzić. Mój najprostszy sposób na zmianę otoczenia, tak aby wszystko wyglądało inaczej, to tkaniny i dodatki...W każdym pomieszczeniu odpowiednio dobrane, zdziałają cuda, a wnętrze po takiej metamorfozie wydaje się nabierać zupełnie nowego charakteru. Jestem sobą, nie ulegam chwilowym modom, staram się unikać rzeczy charakterystycznych dla danego trendu... pamiętacie post o domu i o tym, że miał wyglądać jak chleb, a nie jak tort, który bardzo mnie kusił? Nigdy nie sugerowałam się tym co jest obecnie modne, a co nie . Staram się inwestować w rzeczy ponadczasowe, takie które mogą się wpisać w każdy styl, za co między innymi kocham kolor biały. Meble mogą zmieniać ustawienia, wędrować po pokojach, zmieniać przeznaczenie...Nie wyrzucam, staram się naprawiać. Poniekąd jest to wynikiem mojej wielkiej wyobraźni oraz tego, że jakoś mi szkoda wyrzucić, no bo przecież po niewielkich zmianach jeszcze coś z tego można zrobić, jak również moich wielogodzinnych przemyśleń dotyczących zanieczyszczania świata i tego co z niego zostanie za x lat. Ale to już oczywiście temat na oddzielny post...długi post. Tak więc przy urządzaniu wnętrz bardzo dużą rolę u mnie odgrywa kolor. Obecnie jestem na etapie delikatnego odcienia niebieskiego, z dodatkami srebra, który to kolor miał  przywodzić na myśl styl hamptons, dokąd to nie trzeba było wyrzucić kolejnego dywanu z którym to rozprawił się Plaster. Teraz mam jakiś koc na podłodze, który miał być niby dywanem i do tego w odcieniach brązu. Jest szary, więc nijak mi nie pasuje, ale ma jedną zdecydowaną zaletę, ze wrzucam go do pralki co dwa, trzy dni, więc nawet śmierdzący Plaster mu nie straszny.
I to by chyba było na tyle jeśli chodzi o zmiany... zawisły ramki do obrazków, stolik z biura, wszedł na salony, doszedł kolejny, ten brązowy na wygiętych nóżkach, którym to ktoś wzgardził i wystawił za ogrodzenie...najpiękniejszy stolik pod słońcem. Plaster dalej okupuje dywan, dokładnie w tym samym miejscu, koty dalej leżą na kanapie....CONSTAS.

wyjaśnienia techniczne

Tradycyjnie chyba, już na samym końcu chciałam powiedzieć, że usunęłam już przeszło sto stron w komentarzach, ze spamem. Zaczęły powolutku pokazywać się Wasze komentarze, niestety nie mogę ich częściowo opublikować, jestem w trakcie rozkminiania o co kaman. Natomiast...UWAGA, UWAGA.... udało mi się odpisać na komentarze pod jednym postem, co prawda istnieje taka możliwość tylko z komórki, ale zawsze to coś. Mam nadzieję,że niedługo, uda mi się to jakoś ogarnąć kompleksowo, bo póki co, pisanie tutaj, to prawdziwa męczarnia. W każdym razie postępy czynię, nie wiem czy to mój mózg się rozruszał, czy może udało mi się poskromić bloggera, ale efekty są widoczne, chociażby w kwestii rozmieszczenia zdjęć i tekstu na stronie. Mam nadzieję,że jeszcze troszkę wytrzymacie, skoro tyle osób czekało na mnie sześć lat , to ta odrobina niedogodności Was nie zniechęci. W każdym razie chciałam wszystkim powiedzieć, że komentarze od Was widzę, czytam i bardzo za nie dziękuję. Sprawiają mi niezmiernie dużo radości, bo jak piszecie, to wiem ,że jeszcze tutaj niektórzy zaglądają. A ja obiecuję,że postaram się naprawić wszystko jak najszybciej. Do usłyszenia .

O podrózach słów kilka i o tym, dlaczego zwiedzając Petrę trzeba się zaopatrzyć w tony jedzenia i butelki z wodą.

środa, maja 15, 2019

O podrózach słów kilka i o tym, dlaczego zwiedzając Petrę trzeba się zaopatrzyć w tony jedzenia i butelki z wodą.


Jak wiecie kocham podróże, nie powiem, że jak większość ludzi, bo jednak moje podróże i sposób w jaki spędzam wolny czas, niejednemu mojemu znajomemu spędza sen z powiek i mówi… wiesz co, bardzo cię lubię, ale już nigdy więcej z tobą nie wyjadę, no chyba, że do spa. No nie da się ukryć, że nie mam umiaru w niczym. Nie jestem absolutnie typem wylegującym się nad basenem, popijąjącym drinki z palemką pod parasolem plażowym. Moje podróże to tysiące przemierzonych kilometrów, miliony zużytych plastrów na odciski, to wieczny zachwyt nad wszystkim i pragnienie zobaczenia wszystkiego …bo przecież już tu nigdy nie wrócę, a tyle rzeczy trzeba jeszcze zobaczyć..I tym sposobem wstaję bladym świtem,a wracam do hotelu późno w nocy, by od rana powtórzyć wszystko od początku. Mało kto jest w stanie wytrzymać intensywność moich wyjazdów, stąd też mam niemały problem z doborem towarzystwa do podróży. Pan K wydawał się to wszystko nieźle wytrzymywać, nie mam pojęcia czy to z miłości do podróży, czy do mnie … grunt,że dawał radę i nawet zaryzykuję stwierdzenie, że mu się podobało. Wyjeżdżam, jak tylko mam taką możliwość, jak tylko uda mi się wyrwać parę dni urlopu, jak odłożę parę groszy, albo i nie…bo przecież w domu też jeść trzeba. Podróże są niskobudżetowe i choć na nadmiar gotówki nie cierpię, to jednak w tym wszystkim nie o to chodzi. Pamiętam pierwsze wakacje ze znajomymi. To była istna męczarnia zarówno dla nich, jak i dla mnie. No sorry, nie widzę powodów, dla których mam wyjeżdżać tysiące kilometrów, tylko po to żeby cały dzień moczyć tyłek w basenie, całymi dniami chodzić na rauszu, albo następnego dnia zdychać na kacu. Samodzielne życie zaczęłam bardzo wcześnie, mając 18 lat mieszkałam już sama… gdybym miała się ochotę nastukać, to spokojnie mogłabym to robić w domu i nie musiałam w związku z tym przemierzać pół świata.




Tak więc jako istota młoda, poszłam na kompromis i letnie wakacje spędzaliśmy zawsze sami, w gronie rodzinnym, natomiast na ferie zimowe jeździliśmy ze znajomymi, no bo na narty to nawet po całonocnej bibie się chodziło i większych problemów nikt z tym nie miał.  Podróże zawsze planuję sama,zaczyna się od miejsc w okolicy , które chciałabym zobaczyć, poprzez ceny, zniżki, menu restauracji w których mam zamiar być, wejściówki, ceny taksówek, generalnie wszystkiego co wiąże się z wydaniem jakiejkolwiek gotówki. Nie lubię być zaskakiwana i nie lubię przekraczać zaplanowanego budżetu. Jeszcze nigdy w życiu nie wyjechałam z biurem podróży, nigdy nie wykupuję też posiłków, które ograniczają mnie czasowo. Jeśli są to dłuższe wyjazdy, wtedy z reguły zmieniam miejsce zamieszkania codziennie, jeśli krótkie,  jedno lub dwudniowe, to ograniczam się do zwiedzania konkretnego miejsca i jego okolic. Nie było tych podróży bardzo dużo, ale jednak trochę zobaczyłam. Ponieważ ten rok spędzam w domu, z Księciuniem u boku i nic nie wskazuje nawet na to, żeby udało mi się wyjechać choć na dwa dni na działkę, więc postaram się podzielić z Wami hahaha …wspomnieniami. A tak zupełnie poważnie, to niejednokrotnie ludzie pytają mnie jak co załatwić, kiedy jechać, co zobaczyć i jak ja to robię za takie pieniądze. Sama zresztą również wertuję internet w poszukiwaniu ciekawych miejsc, cen, czy tego co po prostu warto zobaczyć, więc myślę, że takie podpowiedzi mogą się przydać, nawet o ile nie zostaną wykorzystane w całości, to jednak warto wiedzieć, co ciekawego można zobaczyć, gdzie i jak. Jak chyba każdy, kto kocha podróże, mam swoją listę miejsc do których za wszelką cenę chcę dotrzeć.








































Pierwszą podróż, którą odbyliśmy oddzielnie tzn. bez znajomych, była podróż do Włoch. Znajomi wyjechali z bardzo znanym w tamtych czasach biurem podróży. Umówiliśmy się na wspólne spotkanie na Etnie. Czas wyjazdu to 2 tygodnie. Koszt my zapłaciliśmy za 4 osoby ( 2 dorosłych i 2 dzieci) 8.000 zł, oni za 2 osoby dorosłe 9.700 zł. To tak w bardzo dużym skrócie. My przejechaliśmy całe wybrzeże Włoch, łącznie z Sycylią, parokrotnie w celu zobaczenia czegoś łał wbijając się w głąb lądu, odwiedzając mnóstwo pięknych i ciekawych miejsc, będąc w parku na Safari, bawiąc się w parkach rozrywki, a po drodze zaliczając Wiedeń, Budapeszt, dwudniowy pobyt nad Balatonem, Ljubljanę na Słowenii, oraz dla miłośników Sagi Ludzi Lodu, Postojną Jamę, w której ukrył się Tengel Zły. A znajomi… wywieźli ich nad morze tyreńskie, do którego niestety nie mieli jak wejść, bo fale były ogromne, a wybrzeże bardzo skaliste, posiedzieć też tam nie mogli, bo obok jedynego miejsca gdzie dało się dojść do morza stał kontener, do którego rybacy wrzucali resztki wypatroszonych ryb, których hmmm … zapaszek, wraz z morską bryzą docierał nawet do hotelu. Wracając z Sycylii zatrzymaliśmy się w tym hotelu na jedną noc, mocno nadwyrężając nasz budżet. Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka po zaopatrzenie. Po ulicy chodziły gangi i strach było patrzeć, co robią z samochodami, które stały obok, więc dla bezpieczeństwa Misiek został w aucie, a ja ze znajomym przemknęłam do sklepu. Wieczorem kąpaliśmy się w malutkim basenie i jedyny pozytyw tego wszystkiego, był taki,że moje dzieci po tygodniu życia bez telewizora obejrzały Pokemony….niestety po włosku. Tak … telewizja w hotelu była. Generalnie wyszło im dużo drożej, bo chcąc ruszyć się z tego zadupczyna, musieli wykupić dodatkowe wycieczki, niestety płatne i to wcale nie mało. Boziu … skroili ich nawet za wycieczkę na Etnę… chyba jedyne miejsce w całych Włoszech, które było darmowe… ba… był tam nawet jedyny, jaki udało nam się znaleźć w całych Włoszech, darmowy parking. Następnego dnia, bladym świtem pożegnaliśmy się bez żalu i wyruszyliśmy do Pompei. To tak w bardzo dużym skrócie, dlaczego podróżuję bez biur podróży. Oczywiście rozumiem ludzi, którzy wolą leżeć na plaży i czytać książkę, każdy ma swoje upodobania i spędza czas jak lubi. Ja…zdecydowanie wybieram wolność, nie wszystko chcę zobaczyć i nie wszystko mnie interesuje. Zdecydowanie bardziej cenię podróże pod względem widokowym. Krajobrazy i architektura jakoś bardziej do mnie przemawiają niż muzea i sztuka…, ja wiem ,że powinnam się tym zachwycać, ale jestem w tym temacie totalnym laikiem i szczerze mówiąc niektóre obrazy na Starówce w Warszawie, dużo bardziej mi się podobają, niż np. Mona Lisa, że o  Pablo Picasso nie wspomnę. No tylko nie krzyczcie na mnie, pamiętajcie, że każdy jest odrębną jednostką ludzką, ja może jakąś bardziej tępawą po prostu.  Ale nie zdzierżę jeśli coś chcę zobaczyć, a jakiś przewodnik każe mi iść dalej i pędzi ludzi jak stado owiec.



To,że moje podróże są niskobudżetowe, to nie znaczy, że nie bywam tam gdzie chcę. Potrafię kupić mnóstwo rzeczy taniej, aby zobaczyć czy też pójść do najlepszej restauracji albo wejść do upragnionego miejsca, za które muszę słono zapłacić. Tak naprawdę największe oszczędności mam na biletach lotniczych i hotelach. To nie znaczy,że nocuję w jakiś podłych warunkach, brudzie i syfie…no co to, to nie. Mało tego, moje miejscówki są zawsze w rewelacyjnych punktach, tylko często nie są pięciogwiazdkowymi hotelami, a malutkimi pensjonatami, bądź też szumnie zwanymi apartamentami. Jeśli jadę samochodem w grę wchodzą tylko i wyłącznie namioty, które kocham i uwielbiam. Jeśli mam możliwość wyboru zamknięcia mnie w czterech ścianach, a bycia cały dzień na dworze, do tego bardzo często z cudownym widokiem na wyciągnięcie ręki, to nie zastanawiam się ani minuty, w domu to mogę posiedzieć u siebie i też ładnie mam, no przynajmniej mnie się podoba.

A więc jak tanio podróżować po świecie? To nie my wybieramy miejsce, a miejsce wybiera nas. Jeśli mamy rozległe plany, to i tak z dużym prawdopodobieństwem znajduje się na naszej liście, więc nie ma różnicy czy pojedziemy tam teraz czy może za rok lub dwa … przecież i tak chcemy je zobaczyć, więc nie musimy jechać w konkretnym terminie. To samo niestety, co już dla większości może być pewnym utrudnieniem, stanowi termin. Szukamy…znajdujemy…jedziemy.. i tutaj ludzie pracujący w korporacjach, gdzie urlopy są planowane z dużym wyprzedzeniem, często są przegrani na starcie. Zdarzało mi się kupić bilety parę miesięcy do przodu, ale bywało i tak ,że trafiło się coś za tydzień lub dwa tygodnie. I jeśli nie możemy w tym czasie wziąć paru dni wolnego, tracimy okazję. Pozostaje wierzyć, że tą stratę, wynagradzają nam zarobki, więc nie musimy przejmować się cenami biletów, choć ja z założenia nie znoszę przepłacać, w momencie kiedy mam świadomość, że mogę coś kupić dużo taniej.










































I właśnie tym sposobem do Budapesztu w dwie strony pojechaliśmy wygodnie Polskim Busem za całe 39 zł.,ale już za lemoniadę podawaną wedle dawnej receptury w New York Cafe, uznawanej za jedną z najpiękniejszych i najwytworniejszych kawiarni na świecie, zapłaciłam dużo więcej niż cena podróży w obie strony. Do Pragi koszt był jeszcze niższy, zaś do Gdańska lecieliśmy samolotem, co prawda na jeden dzień, ale za to za 9 zł od osoby… szczerze mówiąc wsiobus do Warszawy w tą i z powrotem kosztował mnie więcej, a mam jedynie 6 km. Za Jordanię zapłaciłam 316 zł od osoby … czyli po 158 zł w jedną stronę… -taksówka z lotniska w Modlinie do Warszawy kosztuje podobnie, a i tak wyszło drogo, bo w momencie kiedy wisieliśmy na telefonie ustalając czy damy radę urlop w tym czasie wspólnie wziąć, ceny biletów wzrastały z minuty na minutę. I tutaj mówię o wszystkich opłatach , a nie tylko o cenie biletu… a wiadomo… dochodzi bagaż, jakieś pierwszeństwo wejścia na pokład, wykup miejsc, opłaty lotniskowe itd. Izrael wyszedł jeszcze taniej. Nie chcę Was teraz zanudzać cenami, może napiszę o tym już przy konkretnym poście, ale to fakt niezaprzeczalny, że świat można zwiedzać za tzw. psie pieniądze. Nie biorę nigdy bagażu rejestrowanego, nawet na dwa tygodnie bagaż podręczny musi mi wystarczyć i nie mam naprawdę żadnego problemu, żeby spakować ubrania na każdy dzień i na różne okazje.Wiadomo, że nie pójdę w dżinsach do eleganckiej restauracji czy też muzeum, dlatego zawsze mam ze sobą oprócz ubrań sportowych, również szpilki i sukienki. Wszystko jest tak naprawdę kwestią dobrej organizacji i umiejętności pakowania, a w tym jestem po prostu, bez przechwalania się, miszczuniu! Po powrocie i tak zawsze się okazuje,że paru ubrań nawet na siebie nie włożyłam i że spokojnie mogłabym zabrać jeszcze mniej. Z takich bardzo ogólnych rzeczy, warto może jeszcze dodać,że tam gdzie jest naprawdę ciepło jeżdżę w listopadzie i w grudniu, czyli w tzw. niskich sezonach, co daje zdecydowaną przewagę cenową, ale niesie ze sobą również niewielkie ryzyko brzydkiej pogody, choć tak naprawdę wiele zależy od miejsca. Jak dla mnie zwiedzanie przy 20 / 25* jest optymalne, wyższe temperatury nie zachęcają jakoś specjalnie do  dłuższego chodzenia. Oprócz cen i zdecydowanie lepszych do funkcjonowania temperatur, zimowe miesiące mają zdecydowanie tą zaletę, że jest o wiele mniej ludzi. Nie ma tłumów, więc można faktycznie coś zobaczyć, a na szlakach chodzi się podziwiając widoki, a nie cudze tyłki, tak jak to ostatnio miałam okazję oglądać, przy wejściu w lipcu na Gubałówkę. Jeśli chodzi o jazdę autokarami, samochodami, samolotami, statkami czy czym tam jeszcze się podróżuje, to jak widzicie na zdjęciach, jestem mało wymagająca. Usypiam zawsze, wszędzie i w każdej pozycji, w związku z tym staramy się podróżować po nocach, tak aby nie tracić nic z kolejnego dnia. Często bezpośrednio po podróży jechałam z lotniska czy też z dworca prosto do pracy.




Szczerze mówiąc chciałam w jednym poście napisać dużo więcej, a przynajmniej taki był zamysł, żeby o Petrze tu jeszcze napisać i o tym dlaczego trzeba taszczyć to wszystko ze sobą, no ale wstęp…jakoś się wydłużył, więc chyba napiszę rozwinięcie innym razem. Jak część osób pewnie już wie, posiadam również profil na IG. Za każdym razem kiedy dodaję zdjęcie, bardzo blokuje mnie… opis, który powinnam dodać. Czytam te swoje żałosne wypociny i litość mnie normalnie ogarnia, bo ja nie umiem tam napisać nic … miłego dnia Kochani, dobranoc Kochani, pada deszcz lub nie pada…i chyba powinnam się do tego ograniczyć, bo nawet jak pada deszcz, to ja od razu mam tysiące przemyśleń i od razu chciałabym dodać mnóstwo rzeczy na temat tego deszczu, że powinien padać, bądź też nie, że ogród, że zwierzęta ,że susza i globalne ocieplenie, że rośliny mi usychają, a jak usychają no to mamy problem, bo podlewać nie mogę i że w taką suszę to nawet ja bym zaczęła podlewać, czego nigdy nie robiłam, no ale teraz to bym zrobiła, żeby nie uschło, a nie mogę bo woda ze studni mi ucieka i dla nas ledwo starcza, no a jak jej brakuje, to z kolei w domu jest też problem..i tu pewnie zaczęłabym opisać o ciężkim życiu bez wody …a tam nie ma miejsca! Masakra jakaś, czytam opisy ludzi pod innymi zdjęciami i zastanawiam się jak oni to wszystko potrafią sprytnie ująć w paru zdaniach i że sens to ma i logika jakaś w tym jest…i wiecie co…czuję się jak imbecyl. Bo ja muszę z siebie wypluć tysiące słów, często sama zapominając o tym co chciałam na początku powiedzieć, bo przecież wątki poboczne są tak ważne, że w rezultacie zapominam o meritum sprawy… I cóż mogę powiedzieć więcej, oprócz tego,że się nie zmienię, że dużo gadam o wszystkim i na każdy temat. No może jeszcze zdradzę wam w tajemnicy,że im jestem starsza, tym zdecydowanie mniej mówię, więc można by powiedzieć,że dzisiejszy wstęp do postu, jest zdecydowanie krótszy, niż byłby kiedyś. Progres Kochani, miejmy nadzieję,że za parę lat będzie jeszcze lepiej.

Poza tym w dalszym ciągu mam potworny problem z blogiem. Pomijając ilość spamu, znikają mi Wasze komentarze, czasami jest tak,że widzę na komórce, wchodzę i nie ma już nic... oczywiście oprócz spamu. Mało tego, opublikowałam pod poprzednim postem parę komentarzy i ...zniknęły...już ich nie ma. Nie mogę sobie poradzić z dodawaniem zdjęć, wychodzi fatalnie, nierówno,nie mogę zmienić miejsca rozmieszczenia, a całą resztę postów na blogu po prostu delikatnie mówiąc mi rozwaliło, tak że wygląda to masakrycznie. Dzisiaj cały boczny pasek przerzuciło mi na sam dół...chyba się zestarzałam, bo naprawdę brakuje mi już cierpliwości. Dzieją się tutaj tak dziwne rzeczy,że zastanawiam się czy przypadkiem znowu ktoś mi się nie włamuje. Jeśli ktoś miał podobnie i jakoś sobie z tym poradził, bardzo proszę o kontakt...dzisiaj ze złości o mało już nie skasowałam wszystkiego.
Miałam zamiar publikować posty w miarę regularnie, ale to co się dzieje, ilość czasu jaki poświęciłam, żeby umieścić zdjęcia ...to mnie przerasta.
Pomimo wszystko życzę Wam cudownego dnia.


Księciunio

wtorek, kwietnia 30, 2019

Księciunio

- Weź stąd te paskudne łapska,  vs. - Uważaj, staniesz mu na rękę!
- Boziu, niech ona w końcu zamknie ten dziób, vs. Miniu proszę, zamknij już buzię.
- Ależ paskudnie się zesrała ( tak nie mówię, aczkolwiek pozostali domownicy twierdzą, że powiedziałam ) ~vs. kupkę kochanie zrobiłeś ? No widzisz? Od razu lepiej.
- No ile można trzeszczeć ? vs. - Kochanie, jakiś ty rozmowny dzisiaj.
- Obetnij w końcu te pazury vs. – Paznokietki Skarbkowi urosły ?
- No gdzie ten pysk wkładasz ? vs. - Uważaj, prawie stanąłeś mu na twarz !!!
- O mamuniu, kto się tak szpetnie skadził ? , vs. – Ojoj, brzuszek boli ? Bączki puszczasz ?
- O ludzie, jak on śmierdzi  vs. - Ciekawe jak Ty będziesz śmierdziała jak dobijesz do setki.? Wtedy pogadamy.
- Kochanie moje najpiękniejsze, w miłości jedyne…i tu pada …Aha…Zapamiętam sobie.


Tak kochani, takich przykładów można mnożyć u mnie w nieskończoność. Mają ze mnie w domu nieustające polewki i stanowię wieczny obiekt żartów. Kiedyś spróbuję ich po cichaczu nagrać i Wam puszczę. No nie ukrywam,że z ich ust brzmi to dosyć zabawnie w momencie kiedy twierdzą, że oni są współlokatorami, a Księciunio… no cóż Księciunio jest na innych prawach. Ale cóż ja na to poradzę, że miłością wielką do siebie pałamy ? No niby do pozostałych też miłością pałam i absolutnie nie neguję tego, że oni do mnie również, niemniej jednak czasami jak coś mówię, szczególnie o sprzątaniu, to już nawet nie chce im się kłócić, tylko patrzą na mnie jak na niepełnosprawną umysłowo, a Księciunio?  Księciunio nigdy na mnie tak nie patrzył, Księciunio, nigdy nie powiedział nic przykrego, nie wali fochów i się nie obraża, nie trzaska drzwiami i nie używa najgorszego, najpaskudniejszego pod słońcem słowa ZARAZ !!! O i nie mówi do mnie - KOBIETO!!! OGARNIJ SIĘ!!! A, że zazdrosne to towarzystwo, no sorry…fakt, że bydlę rozpieściłam, bo On już niedługo zejdzie i to wykorzystuje paskudnie, ale no kurczę ma chłopak 17  lat, to w przeliczeniu na nasze jakieś 119 ! No więc jak one dobiją setki, to też nie powiem ,żeby łapy zabierały, a z zaświatów wirtualnie za rączkę potrzymam. No mogę i cała noc… tak jak czasami Księciunia.


Plaster ma swoje lepsze i gorsze dni, stawy mu siadły więc nie ma mowy o tym,żeby sam się podniósł. Waży ponad 40 kg, więc cierpimy ja…i mój kręgosłup. Pamiętacie,że bydło całe za mną się zawsze przemieszczało, a teraz…no nie może, bo po schodach nie wejdzie, więc leży na środku salonu, jako stały element wyposażenia wnętrza. Taszczymy go do góry, stawiamy na nogi, później do okna, rączki przy jedzeniu trzymamy, bo często się rozjeżdżają. Jak już wyjdzie na dwór, to łapie pion i powolutku idzie, choć w jednej łapce już nie ma czucia i często mu się wygina w drugą stronę. Oczy choć powoli zachodzą mgłą, są żywe, wesołe i cały czas patrzą z taką samą miłością (żeby wątpienia nie było, patrzą tak tylko na mnie) …patrzą i wykorzystują perfidnie. W nocy z dosyć dużą częstotliwością, zaczyna szczekać… głośno, monotonnie, w tym samym rytmie….szczeka tak długo, jak długo nie zejdę do salonu. Siadam koło niego…przysypia i raz na jakiś czas zerka, jeśli jestem obok…śpi dalej. Którejś nocy pod rząd nie wytrzymałam i chciałam się przespać, położyłam się na kanapie jak przysnął…no niestety jak się przebudził, to stwierdził najwyraźniej, że jestem za daleko i skończyło się jak zawsze, na trzymaniu go za łapkę. Wiem,że on mnie wykorzystuje, ale nigdy nie mam pewności czy na przykład nie zdrętwiał i nie muszę go w nocy podnieść, albo czy może chce mu się pić, a może miał po prostu jakiś koszmarny sen czy siusiu zrobić. Kiedyś stwierdziłam, że się nie dam i go przetrzymam, że może się nauczy..siedziałam w nocy w sypialni ze łzami w oczach i nie zeszłam…szczekał od 3 w nocy do 6 rano, caluteńki czas bez najmniejszej przerwy. A rano, no cóż była długa, bardzo trudna kąpiel i pranie dokładnie wszystkiego. No więc musze tam schodzić, bo może ma takie widzimisię, a może coś akurat bardzo potrzebuje… nigdy tego nie wiem, no bo przecież Księciu milczy kurtuazyjnie jak tylko zejdę. Któregoś razu stała się rzecz dziwna… tak jak mówię, Plaster w większości leży, ale któregoś dnia wyszedł na spacer, wrócił i zaczął chodzić, chodził godzinę, dwie, usiłowałam go położyć…nic z tego. Sapał, kopytka mu się trzęsły i uginały, piszczał, ale twardo nie chciał się położyć. No nie wytrzymałam tego psychicznie, więc o 24 towarzystwo zapakowało psa do samochodu i do kliniki 24h pojechało ( swoją drogą przy nich tak nie histeryzuje, do samochodu jakoś z pomocą wejdzie, a ja mu trap buduję do wyjścia i wejścia ). W klinice…położył się! W każdym razie wyszedł lekarz i pyta co się dzieje, na co mój zięć odpowiada - ON CHODZI !!! Lekarz popatrzył na nich jak na debili i powiedział niepewnie :
- To chyba dobrze? Psy chodzą ? ,
- Niedobrze , on nie chodzi !
- No przecież mówił pan przed chwilą ,że chodzi.
- Teraz chodzi, ale ogólnie nie chodzi!
- Więc chyba powinniście się Państwo cieszyć, że zaczął chodzić?
- Nie, nie może chodzić, a chodzi..
- Hmmm… teraz leży, ale ogólnie chodzi, a nie powinien chodzić. No ciekawe, bardzo ciekawe.Mogę sobie tylko wyobrazić minę lekarza, który stwierdził, żeby z tym
 ”chodząco niechodzącym” psem poczekali, bo trwa operacja.O ludzie, dobrze, że ten lekarz jakiegoś psiego cudu nie ogłosił.  W domu siedziałam cała w nerwach, nie zabrali mnie bo ponoć ja histeryczka jestem, a on przy mnie histeryzuje jeszcze bardziej, a przy nich to takich cyrków nie odstawia. W każdym razie siedziałam z drżeniem serca, dokąd nie zadzwonił telefon i konspiracyjnym tonem Madzia wyszeptała słuchawkę.

- Mamuś…on leży i śpi. Mamy wracać? Czy czekać?
- Ale co mu jest? pytam zaniepokojona.
- No chyba nic ? Położył się i śpi smacznie. A operacja trwa i jeszcze do trzeciej trzeba będzie poczekać, to co ?
- No, a co Ty myślisz?
- Ja nic nie myślę, to Twój pies, zrobimy jak chcesz. Ja nie zamierzam później słuchać, jak coś mu się stanie. Mogę tu siedzieć i czekać, jak chcesz.
- Wracajcie, najwyżej pojedziemy później.
Po powrocie do domu, Plaster przespał cała noc… następnego dnia już nie chodził, znaczy chodził ale normalnie i znowu wszystko wróciło do normy.
                                                                                                                  *   *   *
A do wszystkich którzy prowadzą bloga na blogspocie mam pytanie. Wchodzi mi jakaś niesamowita ilość spamu, szczerze mówiąc zaczyna to wyglądać podobnie, jak wtedy kiedy ukradli mi bloga, więc zaczynam się trochę obawiać. Mam nawet problem w dotarciu do komentarzy, wśród tego całego chłamu jaki wpada. Czy u Wszystkich to tak wygląda, czy tylko u mnie ? A jeśli macie podobnie, to jak sobie z tym radzicie?  Pozdrawiam Was Kochani cieplutko i życzę pięknego, majowego weekendu. Ja oczywiście siedzę w domu, bo… KSIĘCIUNIO .





poniedziałek, marca 18, 2019

Taki post o niczym…

Nowy Rok, nowa ja … czy jakoś tak to szło. Hasło, które ostatnio słyszę na każdym kroku. Co prawda z deczka z opóźnieniem, to znaczy troszkę po Nowym Roku, zaczynam po raz setny wszystko od nowa, ale no cóż …może powinnam zmienić ten jakże często cytowany slogan na, hmmm… na przykład Nowy Marzec, Nowa Ja. W sumie też ładnie. A tak zupełnie na serio, to nieważne kiedy, ważne aby to zrobić. Zdziwicie się, ale napisałam wcześniej dwa posty, których nie opublikowałam… dlaczego? No chyba jedynie dlatego, że zaczęłam je czytać i rozkminiać… to za smutne, to za wesołe, to mi ktoś przerwał i nie wiedziałam o czym już piszę,to pomyślałam znowu … a kogo to obchodzi?… i tak w kółko…więc dałam sobie spokój. Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to zawsze tak ze mną było. Im dłużej nad czymś myślałam, tym pomysł wydawał mi się coraz słabszy. U mnie działania zawsze były natychmiastowe, jest pomysł, jest wykonanie, jeśli nie zrobię tego już, teraz, natychmiast, to z dużym prawdopodobieństwem nie zrobię tego w ogóle. Więc ( cały czas pamiętam, że nie zaczynamy zdania od więc ) przestałam się zastanawiać co napiszę i wzięłam się po prostu do roboty. Kiedyś siadałam i pisałam, pisałam wszystko co mi ślina na język przyniosła, a właściwie wszystko o czym w danej chwili myślałam i często nawet nie miałam czasu, żeby ponownie przeczytać post czy też chociaż sprawdzić go pod kątem stylistyki. A płodna byłam bardzo. Jak dzisiaj patrzę na ilość i częstotliwość wrzucanych przeze mnie postów to przerażenie mnie ogarnia i zastanawiam się o czym ja do cholery tyle pisałam…więc zaczęłam czytać te moje wypociny i doszłam do wniosku, że pisałam dokładnie o wszystkim, o tym co się działo w moim życiu, o ogrodzie zwierzętach, dzieciach o moich przemyśleniach. Czy to,że nie bardzo wiem o czym mam teraz pisać, świadczy o tym, że raptem nic w moim życiu się nie dzieje? No raczej nie. Dzieci posiadam na stanie sztuk tyle samo, jedno nawet się rozmnożyło, więc jest nas coraz więcej. Zwierzęta? Trochę inne, ale ilości sztuk też się zgadzają. Ogród ? No jest, cały czas ten sam, niektóre rzeczy straciły na urodzie wraz z upływem czasu, ale pojawiły się inne, też ładne. Dom?  Sypie się, ale to nie nowość, przeca sypał się od początku i każdy o tym wie. Święta? Jak zwykle u mnie, w podobnym składzie. Facet? Też inny, ale jest. A może przestałam myśleć i na pomroczność zapadłam? Raczej nie, choć nie ukrywam, że tysiące myśli zaprzątają moją głowę, a ja nie jestem w sanie ułożyć dalszego planu na życie, choć w moim przypadku wydaje się to dosyć nierealne. Zawsze, miałam plany… na wszystko,plany które bardzo konsekwentnie realizowałam. Teraz z konsekwencją jestem bardzo na bakier i szczerze mówiąc nie bardzo wiem czego dalej oczekuję od życia. Niby ogólny zarys tego co chcę robić, mam gdzieś z tyłu głowy, ale nie bardzo wiem jak niby miałabym do tego dojść, że też nie wspomnę o tym co to niby miałoby być i czy da się z tego żyć. Trochę mnie to przeraża, bo zawsze miałam wytyczone kolejne cele, a teraz …no cóż, jakoś ciężko mi zebrać myśli. Bardzo chciałabym w końcu,robić w życiu to co lubię i jedno wiem na pewno… mam dosyć pracy w finansach i nie wrócę tam za żadne pieniądze, żebym tynk ze ścian miała z głodu ogryzać.  No dobra, jeśli czyta to ktoś, kto da mi…no powiedzmy dziesięć tysięcy, to mogę propozycję rozważyć i nawet od czasu do czasu zostać po godzinach :) Ostatnia moja styczność z finansami, skończyła się na niewypłacaniu pensji przez pół roku. Zamienił stryjek siekierkę na kijek… łudziłam się, że w małej, prywatnej firmie będzie mi o niebo lepiej niż w korporacji. No i było, było miło…a że za darmo… i że człowiek dokładał do tego, to już zupełnie inna para kaloszy. Dzisiaj nie mam ochoty nawet o tym pisać, ale wiedzą ogólną chętnie się przy okazji podzielę, ku przestrodze innych, notorycznie naciąganych pracowników i klientów, tej jakże znanej grupy kapitałowej, która do dnia dzisiejszego wyśmienicie funkcjonuje na rynku. Tak więc jedno jest pewne, do pracy w finansach nie wrócę. Przyszedł czas na zmiany i patrząc na to zdroworozsądkowo absolutnie nie jest to dobry wybór, tym bardziej, że nie mam pojęcia czym miałabym się zajmować. Rozsądek mówi nie, ale mam świadomość tego,że jest to już ostatni, przysłowiowy gwizdek na wprowadzenie tak istotnych zmian w życiu. Jeśli nie zrobię tego teraz, nie zrobię nigdy i ugrzęznę w tym bagnie do emerytury. A czas na zmiany dobry nie jest, tym bardziej, że umówmy się, nie jestem już w wieku poborowym, a moja kariera zawodowa była mocno ukierunkowana. Pamiętam moją koleżankę, nauczycielkę z przedszkola, która poszła na studia, na parę lat przed emeryturą. Mówię jej … Ala oszalałaś? chce Ci się? A ona na to ”A co ja mam zrobić? Gdzie mnie przyjmą? Jak się spytają o kwalifikacje to co mam powiedzieć ?, że umiem śpiewać tylko wlazł kotek na płotek ?” No i fakt…moja obecna sytuacja jest analogiczna. Kiedyś się zastanawiałam nad tym, dlaczego musimy żyć pod presją wszystkiego i czy jest sposób, żeby tego uniknąć…i wiecie co ? Nie da się, w dzisiejszych czasach nie ma takiej możliwości, ale to już jest temat na oddzielny post, bo ten by się chyba nigdy nie skończył. A warunków do pisania to ja nie mam.Rano usiadłam przy laptopie ze szczerą chęcią napisania postu. Nie minęło 15 minut jak przyszła pogadać Nurka. Wysłuchać trzeba, a jakże. Dziecko bez względu na wiek, dzieckiem zostaje i problemy swoje ma. Więc pogadałyśmy… tak z godzinkę albo półtorej. Po wyjściu Dominiki do pracy, zrobiłam kawusię i ponownie usiadłam z nadzieją, która trwała z zegarkiem w ręku 12 minut. Weszła Madzia… większe dziecko, problemy większe. Nie wiadomo kiedy, minęły nam dwie godzinki. A przed wyjściem Magdy do pracy, wrócił…. nazwijmy go sobie Panem K. No więc Pan K wrócił, ale facet przyzwoity, zobaczył, że potrzebę bycia w samotności posiadam, więc powiedział co najważniejsze, chwilę pogadaliśmy i poszedł na górę, żebym mogła się w końcu skupić i cokolwiek napisać. Minęło kolejne pół godzinki, biorę komputer i … kuźwa…. aktualizacja!!! No nie dane mi normalnie nic napisać, zaczynam powoli twierdzić, że pisanie tutaj jest po prostu błędem i że może znaków jakiś i mocy tajemnych powinnam się w tym dopatrywać. Nie poddałam się, aktualizacja o dziwo trwała bardzo krótko…uffff…w końcu usiadłam, a tytuł postu miał brzmieć “Ameryki nie odkryłam” zaczęłam w końcu pisać…wstęp…minęło 15 minut…w okno puka Tośka. No oczom własnym nie wierzę, bo dziecko wraca z przedszkola ok.17!  Pytam: Co tu robisz? A dziecko rezolutnie odpowiada: Tata mnie odebrał. No tak, okazało się, że Tata na zwolnieniu , w związku z czym zaczął szybko wyjaśniać cóż takiego się stało… zszedł Pan K, no bo przecież jak rozmawiam, to znaczy, że już nie piszę i samotności nie potrzebuję. Stwierdziłam, nie dam się, skończę, co zaczęłam…więc piszę. Siedzimy na kanapie, ja z lapim na kolanach…obok Pan K, telewizor mordę drze, bo męska część ekscytuje się czymś co to politycy wymyślili…ja nie wiem co …ja usiłuję się skupić…Magda obok, usiłuje dodzwonić się do Urzędu Skarbowego, bo ją ponoć na dziecko skroili w rozliczeniu i ona nie podaruje, telefon oczywiście na głośniku, bo Urząd Skarbowy nie odbiera przez cały dzień, nie wiem czy mam ochotę zbluzgać moje, bluzgające na te baby wstrętne co w UG pracują ,dziecko, czy może te baby, że nie odbierają, czy ciepnąć tym telefonem o ścianę, żeby głośnik przestał piszczeć. Tośka śpiewa, podskakuje i jeszcze w międzyczasie rysuje,  zrzucając na podłogę kredki,które to ja podnosić muszę, bo ona zza stolika nie sięga( swoją drogą zadziwiające ile dzieci mogą wykonywać jednocześnie czynności ) kot wpycha mi się na kolana, oczy zaczynają szczypać, z kuchni wyłania się Nurka “To tylko garnek…spaliło się”. Nurka wynosi gar na taras, koty poczuły świeże powietrze… wstaję, dwa wypuszczam na dwór, siadam z powrotem i słyszę drapanie w okno, dwa wyszły , a dwa chcą  wejść do domu…wpuszczam. Suka biega, pazurki stukają po panelach, Plaster zaczyna gadać z przodkami, Tośka śpiewa, telewizor się drze, Pan K z Panem A prowadzą zażartą dyskusję, Magda ścisza głośnik i zaczyna oglądać serial na komórce, no bo przecież UG o tej porze już nie pracuje. Tylko Nurka ucieka do pokoju zostawiając smród spalenizny. Zawzięłam się, wstawię ten post, bo jak zacznę pisać na raty to znowu wyląduje w koszu i nigdy go nie opublikuję. Musicie mi wybaczyć, nie mam już pojęcia co pisałam , nie będę czytać, nie będę zmieniać, po prostu wrzucę ten post, bez względu na wszystko… nawet gdyby się okazało, że wcześniej bredziłam, ale chyba sami przyznacie, że w takich warunkach skupić się nie da rady nikt, a cóż dopiero ja.
I jeszcze jedno, dostawałam od Was informacje o komentarzach, których nie możecie zostawić. Mam mnóstwo komentarzy na mailu, których nijak nie mogę opublikować. Myślę,że to może być wina google+, które się likwiduje, więc jeśli macie tam konta, sprawdźcie, bo do końca marca bodajże trzeba wszystko poprzenosić. I proszę, wybaczcie mi ,że nie odpisuję na wszystkie komentarze, po prostu nie mam czasami na to czasu, tym bardziej, że dostaję jeszcze mnóstwo informacji prywatnych, na messengerze i instagramie i nie sposób ogarnąć wszystkiego, ale każdy, co do jednego czytam i za wszystkie bardzo Wam dziękuję. Tak naprawdę , gdyby nie komentarze, gdyby nie to,że wiem,że jesteście, to pewnie nigdy bym tu nie wróciła.

Ponad to prosicie o zdjęcia domu. Napiszę o tym i pokażę zdjęcia w najbliższym czasie, ale póki co nie mam możliwości wstawienia zdjęć przynajmniej do końca marca. Teraz to się dumnie nazywa projekt, tak więc hmmm… zabrzmi górnolotnie, ale dwa projekty mam obecnie na tapecie i mam nadzieję, że coś dobrego z tego wyjdzie. Jeśli chodzi o zdjęcia mojego domu, to jest ich trochę na instagramie, gdzie Was serdecznie zapraszam. Przyciski do profili są z boku na pasku, mam dwa konta ( magic_moment_elisse i elisse16, na których udzielam się mniej lub bardziej, jak to ze mną  byw.

A poniżej news z ostatniej chwili:
U mnie wszystko po staremu, więc tradycyjnie problemy z laptopem i aparatem. Sprzęty zdecydowanie mnie nie lubią, choć ja je uwielbiam. Oczywiście uwielbiam tylko wtedy jeśli chcą działać, a nie tak jak teraz uniemożliwiają mi publikację zdjęć. Długo by wyjaśniać, więc daruję już Wam opisy, bo post się nie skończy, a ja w tym czasie zdążę do reszty ześwirować.
Kochani, żegnam się z Wami. Post miał być o czymś innym, wyszło jak zwykle. Miał być świetny tekst, miały być cudnej urody zdjęcia, a wyszło jedno wielkie nic. No ale cieszę się, że jestem z Wami ponownie.  Mam nadzieję, że nie zapomnę o tym co chciałam wcześniej napisać i jeszcze kiedyś to zrobię. Do usłyszenia.
Cały czas jestem …

piątek, listopada 16, 2018

Cały czas jestem …

           Witajcie kochani ponownie.. jestem znowu. Trochę mi to zajęło czasu, ale tym razem powiem,że poniekąd jest to Wasza wina;). Czytałam Wasze komentarze… setki komentarzy… i powiem szczerze, że nie byłam w stanie opanować wzruszenia. Pomimo mojej pozornej wylewności i otwartości, jestem osobą skrzętnie skrywającą swoje uczucia, osobą która właściwie nigdy nie pokazuje na zewnątrz, co tak naprawdę czuje. Życie od najwcześniejszych lat, dało mi ostrą lekcję. Nauczyło mnie,żeby nigdy nie mówić co się czuje, nie pokazywać co boli, żeby pod maską obojętności skrywać to co najważniejsze, bo tylko wtedy ktoś nie będzie wiedział jak mnie skrzywdzić. Łzy zamieniłam na śmiech już dawno temu, to co bolało, obracałam w żart. Musiałam być jednocześnie i ojcem i matką. To ja byłam zawsze ta zła, to ja wymagałam, to ja kazałam się uczyć i sprzątać. Ktoś przecież musiał. Moje dzieci , jak narozrabiały albo dostały dwóję , to mówiły ojcu ,żeby powiedział mamie, bo …no właśnie …, bo matka wymagała. Pamiętam jak Nurka była mała i chciała,żeby na noc została u niej koleżanka… ja oczywiście nie miałam nic przeciwko temu, więc powiedziały jej mamie i ona oczywiście się zgodziła. Pamiętam również zdziwienie na twarzy mojego dziecka, w momencie kiedy się dowiedziała,że muszą się taty koleżanki jeszcze spytać. Pamiętam wyraz bezgranicznego zdumienia, kiedy powiedziała… ale po co chcesz taty pytać? Przecież mama pozwoliła, a to mama rządzi…  Pamiętam również jak uświadomiłam sobie, że w oczach moich dzieci, to ja jestem ta zła i jak to bardzo bolało. Ale dzieciom nie można wytłumaczyć, że w życiu potrzebne są nakazy i zakazy, że gdyby nie one to marnie by skończyły, że ktoś musi wymagać, aby ktoś inny mógł umywać od tego ręce. Tak więc musiałam wymagać, żeby za jakiś czas przytulić , musiałam być zła, żeby później stwierdziły, że jestem najlepszą matką na świecie. Obie te role są bardzo trudne do pogodzenia i czasami sama czułam się jak hipokryta. Serce mówiło tak, ale rozum kategorycznie zabraniał. A cały ten wcześniejszy wywód, służył jedynie temu,żeby pokazać ,że kiedyś to ja i owszem, ze wszystkim sobie dawałam radę, że byłam twarda, hmmm, żeby nie powiedzieć,że wręcz niezniszczalna, a dzisiaj…no właśnie…
IMG_9931-01
IMG_9844-01

Ostatni okres w moim życiu pokazał, że jestem wręcz mistrzem i wypracowałam do perfekcji ukrywanie emocji, gdyż ludzie, którzy znają mnie najlepiej, przenigdy nie przypuszczaliby, że jest we mnie tak wiele ludzkich uczuć, tak wiele skrzętnie skrywanych emocji, tak wiele bólu. Widząc mój stan, czasami podobny do katatonii, nie mogli wyjść ze zdumienia… no bo jak to tak ? Przecież jest taka zimna, opanowana, jeśli kogokolwiek kocha to tylko zwierzęta. Tak kochani, cynizm to moje drugie imię, a Królową Lodu nazywana byłam notorycznie. Czytając komentarze, pisząc z Wami na messengerze, odpowiadając na maile, nie byłam w stanie opanować łez. Myślałam, że mój powrót przyjdzie niezauważalnie, po cichutku i że powolutku to się jakoś może rozkręci, bądź też umrze śmiercią naturalną, no bo przecież ponoć nie można dwa razy zapalić tej samej zapałki. Tak więc w momencie kiedy siadałam przed laptopem,żeby napisać post, rozklejałam się ponownie i nie byłam już w stanie sklecić nic sensownego. Ostatnio koleżanka się mnie spytała, czy jeśli tyle ludzi tak za mną tęskni, to czy mnie to coś daje? Czy czerpię z tego też siłę, energię? Kiedyś było mi bardzo, bardzo głupio jak pisaliście o mnie te wszystkie cudowności. Pamiętam pierwsze komentarze gdy doszukiwałam się w tym ironii, kolejne... były dla mnie totalnym zaskoczeniem. Czułam że absolutnie sobie na nie, nie zasługuję, no bo przecież ja zupełnie nic nie robiłam... po prostu taka byłam. Nie wymagało to ode mnie najmniejszego wysiłku. Nad czym tu się tak roztkliwiać, skoro każda kobieta funkcjonuje tak samo? Baaa … tysiące moich blogowych koleżanek robi naprawdę przeróżne cudowności i mój super wypasiony zajączek, czy narzuta która rodziła się w bólach, albo obrus który nijak nie chciał mieć prostych szwów pomimo moich starań, to przy ich wyczynach po prostu nic nie znaczyło, wiec było mi jeszcze bardziej niezręcznie. Dziewczyny pięknie szyją, haftują i cholera wszystko im proste wychodzi, piękne i dopracowane. A ja przecież nie robiłam takich pięknych rzeczy, nie pisałam o niczym szczególnym, ot codzienne zwyczajne życie, mało tego.. jak czytałam ile czasu wymaga przygotowanie takiego postu, to było mi niezmiernie głupio.. ja te swoje elaboraty wypluwałam jednym tchem i zajmowało mi to naprawdę niewiele czasu. Zdjęcia? Aż wstyd przyznać, ale robię dokładnie tak samo...pstryk, pstryk , pstryk...i gotowe. I wierzcie mi naprawdę czułam się bardzo niekomfortowo czytając te wszystkie achy i ochy...aż do dnia kiedy moje życie zmieniło się o 180 stopni. W momencie kiedy leżałam w sypialni i patrzyłam na ręcznik, który zsunął się z krzesła, a ja od trzech tygodni nie byłam go w stanie podnieść, kiedy siedziałam na kanapie, wpatrzona tępo w jeden punkt, obserwując z niesmakiem jak mój dom zamienia się w chlew, jak każdy nowy dzień miał być nowym początkiem i jak każdego wieczoru obiecywałam sobie...jutro...dzisiaj jeszcze nie dam rady i tak było tygodniami, jak w końcu zebrałam siły żeby pomalować salon i trwało to cały tydzień... Wtedy zrozumiałam ,że faktycznie kiedyś działam z prędkością światła, że dokonywałam po prostu rzeczy niemożliwych i bardzo zatęskniłam za dawną sobą.  Dzisiaj, nie mam pojęcia jak ja to wszystko robiłam, jak byłam w stanie ogarnąć pracę zarobkową, rodzinę, porządek, gotowanie, przetwory w domu i jak jeszcze miałam zawsze wolny czas,żeby spotkać się ze znajomymi. Nie mam pojęcia skąd było we mnie tyle siły, energii życiowej, a przede wszystkim chęci. I wtedy przestały mnie, aż tak dziwić Wasze komentarze.Wtedy byłam w stanie zrozumieć,że może nie dla wszystkich to co robiłam , było tak oczywiste jak dla mnie. Wszystko w życiu bardzo dogłębnie analizuję, więc po pytaniu koleżanki, doszłam do wniosku, że tak, że bardzo były mi potrzebne te komentarze. Szczególnie pod ostatnim postem, że w życiu nie sądziłam, iż otrzymam tyle wsparcia, dobroci , tyle pozytywnej energii, że dzięki temu stanęłam w jakimś sensie znowu na nogi, że zaczęłam powoli ogarniać chlew w domu, no bo przecież chcecie nowe zdjęcia, że wróciłam tutaj....i poczułam się tak, jakbym wróciła do starych znajomych, a nie obcych ludzi. Po przeczytaniu komentarzy, wróciła mi wiara w ludzi, wiara w drugiego człowieka, w bezinteresowność i dobroć. Więc jeszcze raz bardzo dziękuję, że jesteście, że pomimo tego,że ja zawiodłam, Wy nie zawiedliście. To wspaniałe uczucie... uczucie bycia potrzebnym.
IMG_9689-01IMG_9665-01

W momencie kiedy moje życie się zmieniło.... bardzo długo to analizowałam, wbrew temu co się działo i na przekór wszystkiemu, gdzieś jeszcze we mnie tliła się iskierka dawnej mnie... malutki, wątły promyczek, który usiłuje mnie naprowadzić na właściwe, tak bardzo przecież mi dobrze znane tory. Dzisiaj nie lubię siebie, między Bogiem, a prawdą myślę, że niewiele z Was by mnie obecnie polubiło. Stałam się jakaś taka... miękka, rozmyta, mało wyrazista..przepełniona po brzegi pesymizmem i czarnymi myślami. Ale ten okres mam już powolutku za sobą, walczę, staram się, choć często z bardzo mizernym skutkiem. Z założenia nigdy się nie poddaję, więc ostatnio, pomimo mojego stanu ostrego hmmm...debilizmu, też jednak starałam się utrzymać jakoś na powierzchni, a praca jaką włożyłam w to,żeby powrócić znowu do świata żywych była wręcz heroiczna, więc jednak nie było ze mną tak źle. I staram się dalej jak mogę, choć wszechświat usiłuje mi rzucić kolejne kłody pod nogi. Długo nie pisałam, ale potrzebowałam trochę odpoczynku od siebie, od czarnych myśli, od domu....ciszy, spokoju, wytchnienia. Potrzebowałam czasu na ułożenie sobie wszystkiego w głowie, na ułożenie kolejnego planu na życie. Pomijając fakt, że to poniekąd Wasza wina, że nie pisałam, to wyjechałam i troszkę mnie nie było. Widziałam piękne łąki, pola,morze, jeziora... i wrócił spokój i wytyczyłam nowe plany i generalnie wszystko powinno się zacząć układać.
IMG_9934-01IMG_9943-01
Generalnie powinno, ale doszła......MENOPAUZA. O matko jedyna, cóż to za twór okropny i podły i dlaczego kobiety tak muszą cierpieć przez całe życie ?!!! Śmiech, za chwilę płacz… Boziu… toć to nie ja !!! Ja nie polaczę!!! Zimno, za chwilę gorąco….zrywam z siebie wszystko, tylko po to,żeby za sekundę telepać się z zimna i szczękając zębami z powrotem wkładać na siebie to wszystko, co właśnie wylądowało na ziemi!!! Dzieci swe własne kocham bardzo, ale teraz co i rusz, mam ochotę je ubić z pełnym okrucieństwem ,najchętniej zostałabym dzieciobójcą!!! Roztkliwiam się nad najmniejszą pierdołą, tylko po to ,żeby pięć minut później dojść do wniosku, że to nie ma żadnego znaczenia. Gadam jak nakręcona, a po pewnym czasie każdy odgłos powoduje,że czuję się jak strzępek nerwów !!!
IMG_9649-01IMG_9952-01
Jestem NIESTABILNA EMOCJONALNIE !!! To jakiś koszmar !!! Może to nie była depresja ,a okres okołomenopauzalny spowodował te okropne samopoczucie !!! Po mentalnym zbadaniu własnego organizmu oraz wystawieniu diagnozy, życie wydało mi się od razu piękniejsze, no bo przeca na deprechę, to latami się cierpi, a menopauzę, to ja szybciutko pokonam terapią hormonalną i z czapy będzie, a ja znowu będę się śmiała jak dawniej! Następnego dnia z samego rana byłam już u lekarza i robiłam badania. Z wynikami, pełna nadziei na lepsze jutro wkroczyłam do gabinetu. A muszę Wam powiedzieć, że od jakiegoś czasu, to lekarze mnie wręcz pokochali,jacyś mili są, sympatyczni, skierowania nawet na badania laboratoryjne sami z siebie, bez żadnego proszenia mi dają… tak więc po miłym przywitaniu, wręczyłam lekarzowi wyniki , jednocześnie oznajmiając ,że pomóc mi trzeba, bo menopauzę przechodzę, w wieku odpowiednim, jak przystało na statystyczną polkę, więc o pomyłce nie może być mowy! Pan doktor wyniki przejrzał i za głowę się złapał..mrucząc przy tym…niesamowite, no nie wierzę po prostu,że Pani sama dała radę tu przyjść. No ,że oni nie wierzą w to co widzą, to do tego jak wiecie jestem przyzwyczajona, ale nie da się ukryć,że psychicznie i fizycznie to ja aktualnie katusze przeżywam okrutne.
- Ma Pani bardzo złe wyniki, to niesamowite, że Pani daje radę w ogóle funkcjonować. 
- A gdzie tam daję! Właśnie nie daję i dlatego przyszłam. Ta menopauza mnie wykończy, da Pan doktor wiarę, że ja głupia myślałam,   że mam depresję!
- Jest Pani gorąco ?
- I to jak!  W nocy mało nie umrę. W sypialni zimno, kaloryferów nie odpalam, a śpię…błąd…ja prawie nie śpię…na kołdrze, a i tak zalewają mnie siódme poty. Wszystko wyczytałam! W menopauzie tak jest! I te zmiany nastrojów! Istna jazda po bandzie! Wie Pan,aż mi wstyd, ja zawsze byłam bardzo hmmmm… no taka wyważona, a teraz siebie nie poznaję, koszmar!
- Musi mieć pani okropne bóle mięśniowe… patrzy na mnie zdziwiony, zupełnie jakby kosmitę widział, a nie kobietę w kwiecie wieku, co to menopauzę przechodzi.
- No mam, ale do tego to jestem przyzwyczajona, to wszystko przez brak tarczycy i bardzo niskie TSH … odpowiadam natychmiast, no bo przecież objawy to ja dobrze znam.
- Arytmię Pani ma…
- Pan Doktor to wróżka, czy jak? Mam od 10 lat, to też podobno od tarczycy…
- Widzę,że wszystkie objawy Pani sobie bardzo dobrze wyjaśniła.
- Dokładnie! Wszystko pasuje! Menopauza jak nic! Objawy książkowe!
- Kobieto !!!
- Boski Diable … - dokończyłam natychmiast, mając oczywiście na myśli zbiór wierszy Norwida,Mickiewicza i innych poetów, który to u mnie od lat na półce w bibliotece stoi.
Pan Doktor spojrzał na mnie spode łba – Diable…z pewnością.
O boskości nic nie wspomniał, więc obstawiam,że chyba się jej we mnie nijak nie doszukał. W sumie ciężko go nawet w obecnej chwili za to winić, więc przeszłam nad tym do porządku dziennego, dumna z postawionej przez siebie diagnozy, dokąd to Pan Doktor z błędu mnie nie wyprowadził.

IMG_9635-01IMG_9904-01Okazało się,że to fatalne wyniki TSH i że wszystkie objawy są najprawdopodobniej od tego i że już bardzo złe wyniki miałam w zeszłym roku (no szkoda,że nikt mi nie powiedział, wtedy może nie czułabym się tyle czasu jak ćwierćinteligent). A niewykluczone, że weszłam również w okres przekwitania, co niestety tylko może potęgować te wszystkie objawy, no i niewykluczone,że depresja też jest, co dobiło mnie jeszcze bardziej. Ale po przeanalizowaniu doszłam do genialnych wniosków, że po zmniejszeniu dawki lekarstw mój stan i tak ulegnie znacznej poprawie , a zawsze istnieje iskierka nadziei, że menopauza u mnie będzie przebiegać bezobjawowo i że tak naprawdę, jeśli te wszystkie objawy są od tarczycy, to jeśli znikną, to z całą resztą z pewnością już sobie poradzę.
Od tygodnia przyjmuję zdecydowanie niższą dawkę leków niż dotychczas, ale na ewentualną poprawę i tak trzeba czekać ok. 6 tygodni, mam jednak nadzieję,że z dnia na dzień będę się czuła lepiej. Cały czas układam plany, próbuję wszystko uporządkować, bo bałagan, którego tak bardzo nie cierpię mam wszędzie, poczynając od życia własnego, poprzez dom, pracę, komputer, blog, sprawy urzędowe, wizyty lekarskie itd. Zdjęć domu przez ten czas właściwie nie robiłam, więc ponieważ wspomniałam o wyjeździe, dodałam jeszcze trochę fotek z podróży, która dała mi trochę wytchnienia i oderwania od szarej rzeczywistości. Poza tym moje zdjęcia można znaleźć jeszcze na instagramie, gdzie Was serdecznie zapraszam. Dodałam z boku, na pasku ikonki do dwóch kont, gdzie jest troszkę zdjęć z ostatniego roku, wystarczy tylko kliknąć i już jesteście w moim świecie. Blog powoli też przechodzi metamorfozę, żeby nie wyglądał jak sprzed ćwierćwiecza. Upływ czasu zrobił swoje i ciężko mi jest się odnaleźć w internetowych nowinkach. Ale jak widzicie próbuję i mam nadzieję,że każdemu wszystko dobrze się wyświetla. Trochę się poprzedni szablon rozjechał, ale powolutku postaram się wszystko poprawić.
Mam nadzieję,że nie zanudziłam Was tym przydługim jak zwykle wywodem. Mam również nadzieję,że jest w tym wszystkim jakiś sens i da się odszyfrować co autor miał na myśli, bo nie ukrywam,że ten post pisałam na raty, przez parę tygodni...to był za smutny...i nie opublikowałam, to znowu jak weszłam kolejny raz, okazało się,że miałam dobry humor i wszystko prawie zmieniłam, żebyście tych smętów czytać nie musieli, następnym razem jak podjęłam wyzwanie pisania, humor trochę siadł , więc musiałam znowu to jakoś zmodyfikować...i tak niekończącą się ilość razy. Dzisiaj doszłam do wniosku,że jeśli tego nie zrobię, to znowu nic z bloga nie wyjdzie...więc publikuję. Trudno...co ma być to będzie. 
Trzymajcie za mnie kciuki. Mam nadzieję, że do usłyszenia niebawem.
Copyright © Utkane z marzeń , Blogger