środa, 15 maja 2019

O podrózach słów kilka i o tym, dlaczego zwiedzając Petrę trzeba się zaopatrzyć w tony jedzenia i butelki z wodą.


Jak wiecie kocham podróże, nie powiem, że jak większość ludzi, bo jednak moje podróże i sposób w jaki spędzam wolny czas, niejednemu mojemu znajomemu spędza sen z powiek i mówi… wiesz co, bardzo cię lubię, ale już nigdy więcej z tobą nie wyjadę, no chyba, że do spa. No nie da się ukryć, że nie mam umiaru w niczym. Nie jestem absolutnie typem wylegującym się nad basenem, popijąjącym drinki z palemką pod parasolem plażowym. Moje podróże to tysiące przemierzonych kilometrów, miliony zużytych plastrów na odciski, to wieczny zachwyt nad wszystkim i pragnienie zobaczenia wszystkiego …bo przecież już tu nigdy nie wrócę, a tyle rzeczy trzeba jeszcze zobaczyć..I tym sposobem wstaję bladym świtem,a wracam do hotelu późno w nocy, by od rana powtórzyć wszystko od początku. Mało kto jest w stanie wytrzymać intensywność moich wyjazdów, stąd też mam niemały problem z doborem towarzystwa do podróży. Pan K wydawał się to wszystko nieźle wytrzymywać, nie mam pojęcia czy to z miłości do podróży, czy do mnie … grunt,że dawał radę i nawet zaryzykuję stwierdzenie, że mu się podobało. Wyjeżdżam, jak tylko mam taką możliwość, jak tylko uda mi się wyrwać parę dni urlopu, jak odłożę parę groszy, albo i nie…bo przecież w domu też jeść trzeba. Podróże są niskobudżetowe i choć na nadmiar gotówki nie cierpię, to jednak w tym wszystkim nie o to chodzi. Pamiętam pierwsze wakacje ze znajomymi. To była istna męczarnia zarówno dla nich, jak i dla mnie. No sorry, nie widzę powodów, dla których mam wyjeżdżać tysiące kilometrów, tylko po to żeby cały dzień moczyć tyłek w basenie, całymi dniami chodzić na rauszu, albo następnego dnia zdychać na kacu. Samodzielne życie zaczęłam bardzo wcześnie, mając 18 lat mieszkałam już sama… gdybym miała się ochotę nastukać, to spokojnie mogłabym to robić w domu i nie musiałam w związku z tym przemierzać pół świata.




Tak więc jako istota młoda, poszłam na kompromis i letnie wakacje spędzaliśmy zawsze sami, w gronie rodzinnym, natomiast na ferie zimowe jeździliśmy ze znajomymi, no bo na narty to nawet po całonocnej bibie się chodziło i większych problemów nikt z tym nie miał.  Podróże zawsze planuję sama,zaczyna się od miejsc w okolicy , które chciałabym zobaczyć, poprzez ceny, zniżki, menu restauracji w których mam zamiar być, wejściówki, ceny taksówek, generalnie wszystkiego co wiąże się z wydaniem jakiejkolwiek gotówki. Nie lubię być zaskakiwana i nie lubię przekraczać zaplanowanego budżetu. Jeszcze nigdy w życiu nie wyjechałam z biurem podróży, nigdy nie wykupuję też posiłków, które ograniczają mnie czasowo. Jeśli są to dłuższe wyjazdy, wtedy z reguły zmieniam miejsce zamieszkania codziennie, jeśli krótkie,  jedno lub dwudniowe, to ograniczam się do zwiedzania konkretnego miejsca i jego okolic. Nie było tych podróży bardzo dużo, ale jednak trochę zobaczyłam. Ponieważ ten rok spędzam w domu, z Księciuniem u boku i nic nie wskazuje nawet na to, żeby udało mi się wyjechać choć na dwa dni na działkę, więc postaram się podzielić z Wami hahaha …wspomnieniami. A tak zupełnie poważnie, to niejednokrotnie ludzie pytają mnie jak co załatwić, kiedy jechać, co zobaczyć i jak ja to robię za takie pieniądze. Sama zresztą również wertuję internet w poszukiwaniu ciekawych miejsc, cen, czy tego co po prostu warto zobaczyć, więc myślę, że takie podpowiedzi mogą się przydać, nawet o ile nie zostaną wykorzystane w całości, to jednak warto wiedzieć, co ciekawego można zobaczyć, gdzie i jak. Jak chyba każdy, kto kocha podróże, mam swoją listę miejsc do których za wszelką cenę chcę dotrzeć.








































Pierwszą podróż, którą odbyliśmy oddzielnie tzn. bez znajomych, była podróż do Włoch. Znajomi wyjechali z bardzo znanym w tamtych czasach biurem podróży. Umówiliśmy się na wspólne spotkanie na Etnie. Czas wyjazdu to 2 tygodnie. Koszt my zapłaciliśmy za 4 osoby ( 2 dorosłych i 2 dzieci) 8.000 zł, oni za 2 osoby dorosłe 9.700 zł. To tak w bardzo dużym skrócie. My przejechaliśmy całe wybrzeże Włoch, łącznie z Sycylią, parokrotnie w celu zobaczenia czegoś łał wbijając się w głąb lądu, odwiedzając mnóstwo pięknych i ciekawych miejsc, będąc w parku na Safari, bawiąc się w parkach rozrywki, a po drodze zaliczając Wiedeń, Budapeszt, dwudniowy pobyt nad Balatonem, Ljubljanę na Słowenii, oraz dla miłośników Sagi Ludzi Lodu, Postojną Jamę, w której ukrył się Tengel Zły. A znajomi… wywieźli ich nad morze tyreńskie, do którego niestety nie mieli jak wejść, bo fale były ogromne, a wybrzeże bardzo skaliste, posiedzieć też tam nie mogli, bo obok jedynego miejsca gdzie dało się dojść do morza stał kontener, do którego rybacy wrzucali resztki wypatroszonych ryb, których hmmm … zapaszek, wraz z morską bryzą docierał nawet do hotelu. Wracając z Sycylii zatrzymaliśmy się w tym hotelu na jedną noc, mocno nadwyrężając nasz budżet. Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka po zaopatrzenie. Po ulicy chodziły gangi i strach było patrzeć, co robią z samochodami, które stały obok, więc dla bezpieczeństwa Misiek został w aucie, a ja ze znajomym przemknęłam do sklepu. Wieczorem kąpaliśmy się w malutkim basenie i jedyny pozytyw tego wszystkiego, był taki,że moje dzieci po tygodniu życia bez telewizora obejrzały Pokemony….niestety po włosku. Tak … telewizja w hotelu była. Generalnie wyszło im dużo drożej, bo chcąc ruszyć się z tego zadupczyna, musieli wykupić dodatkowe wycieczki, niestety płatne i to wcale nie mało. Boziu … skroili ich nawet za wycieczkę na Etnę… chyba jedyne miejsce w całych Włoszech, które było darmowe… ba… był tam nawet jedyny, jaki udało nam się znaleźć w całych Włoszech, darmowy parking. Następnego dnia, bladym świtem pożegnaliśmy się bez żalu i wyruszyliśmy do Pompei. To tak w bardzo dużym skrócie, dlaczego podróżuję bez biur podróży. Oczywiście rozumiem ludzi, którzy wolą leżeć na plaży i czytać książkę, każdy ma swoje upodobania i spędza czas jak lubi. Ja…zdecydowanie wybieram wolność, nie wszystko chcę zobaczyć i nie wszystko mnie interesuje. Zdecydowanie bardziej cenię podróże pod względem widokowym. Krajobrazy i architektura jakoś bardziej do mnie przemawiają niż muzea i sztuka…, ja wiem ,że powinnam się tym zachwycać, ale jestem w tym temacie totalnym laikiem i szczerze mówiąc niektóre obrazy na Starówce w Warszawie, dużo bardziej mi się podobają, niż np. Mona Lisa, że o  Pablo Picasso nie wspomnę. No tylko nie krzyczcie na mnie, pamiętajcie, że każdy jest odrębną jednostką ludzką, ja może jakąś bardziej tępawą po prostu.  Ale nie zdzierżę jeśli coś chcę zobaczyć, a jakiś przewodnik każe mi iść dalej i pędzi ludzi jak stado owiec.



To,że moje podróże są niskobudżetowe, to nie znaczy, że nie bywam tam gdzie chcę. Potrafię kupić mnóstwo rzeczy taniej, aby zobaczyć czy też pójść do najlepszej restauracji albo wejść do upragnionego miejsca, za które muszę słono zapłacić. Tak naprawdę największe oszczędności mam na biletach lotniczych i hotelach. To nie znaczy,że nocuję w jakiś podłych warunkach, brudzie i syfie…no co to, to nie. Mało tego, moje miejscówki są zawsze w rewelacyjnych punktach, tylko często nie są pięciogwiazdkowymi hotelami, a malutkimi pensjonatami, bądź też szumnie zwanymi apartamentami. Jeśli jadę samochodem w grę wchodzą tylko i wyłącznie namioty, które kocham i uwielbiam. Jeśli mam możliwość wyboru zamknięcia mnie w czterech ścianach, a bycia cały dzień na dworze, do tego bardzo często z cudownym widokiem na wyciągnięcie ręki, to nie zastanawiam się ani minuty, w domu to mogę posiedzieć u siebie i też ładnie mam, no przynajmniej mnie się podoba.

A więc jak tanio podróżować po świecie? To nie my wybieramy miejsce, a miejsce wybiera nas. Jeśli mamy rozległe plany, to i tak z dużym prawdopodobieństwem znajduje się na naszej liście, więc nie ma różnicy czy pojedziemy tam teraz czy może za rok lub dwa … przecież i tak chcemy je zobaczyć, więc nie musimy jechać w konkretnym terminie. To samo niestety, co już dla większości może być pewnym utrudnieniem, stanowi termin. Szukamy…znajdujemy…jedziemy.. i tutaj ludzie pracujący w korporacjach, gdzie urlopy są planowane z dużym wyprzedzeniem, często są przegrani na starcie. Zdarzało mi się kupić bilety parę miesięcy do przodu, ale bywało i tak ,że trafiło się coś za tydzień lub dwa tygodnie. I jeśli nie możemy w tym czasie wziąć paru dni wolnego, tracimy okazję. Pozostaje wierzyć, że tą stratę, wynagradzają nam zarobki, więc nie musimy przejmować się cenami biletów, choć ja z założenia nie znoszę przepłacać, w momencie kiedy mam świadomość, że mogę coś kupić dużo taniej.










































I właśnie tym sposobem do Budapesztu w dwie strony pojechaliśmy wygodnie Polskim Busem za całe 39 zł.,ale już za lemoniadę podawaną wedle dawnej receptury w New York Cafe, uznawanej za jedną z najpiękniejszych i najwytworniejszych kawiarni na świecie, zapłaciłam dużo więcej niż cena podróży w obie strony. Do Pragi koszt był jeszcze niższy, zaś do Gdańska lecieliśmy samolotem, co prawda na jeden dzień, ale za to za 9 zł od osoby… szczerze mówiąc wsiobus do Warszawy w tą i z powrotem kosztował mnie więcej, a mam jedynie 6 km. Za Jordanię zapłaciłam 316 zł od osoby … czyli po 158 zł w jedną stronę… -taksówka z lotniska w Modlinie do Warszawy kosztuje podobnie, a i tak wyszło drogo, bo w momencie kiedy wisieliśmy na telefonie ustalając czy damy radę urlop w tym czasie wspólnie wziąć, ceny biletów wzrastały z minuty na minutę. I tutaj mówię o wszystkich opłatach , a nie tylko o cenie biletu… a wiadomo… dochodzi bagaż, jakieś pierwszeństwo wejścia na pokład, wykup miejsc, opłaty lotniskowe itd. Izrael wyszedł jeszcze taniej. Nie chcę Was teraz zanudzać cenami, może napiszę o tym już przy konkretnym poście, ale to fakt niezaprzeczalny, że świat można zwiedzać za tzw. psie pieniądze. Nie biorę nigdy bagażu rejestrowanego, nawet na dwa tygodnie bagaż podręczny musi mi wystarczyć i nie mam naprawdę żadnego problemu, żeby spakować ubrania na każdy dzień i na różne okazje.Wiadomo, że nie pójdę w dżinsach do eleganckiej restauracji czy też muzeum, dlatego zawsze mam ze sobą oprócz ubrań sportowych, również szpilki i sukienki. Wszystko jest tak naprawdę kwestią dobrej organizacji i umiejętności pakowania, a w tym jestem po prostu, bez przechwalania się, miszczuniu! Po powrocie i tak zawsze się okazuje,że paru ubrań nawet na siebie nie włożyłam i że spokojnie mogłabym zabrać jeszcze mniej. Z takich bardzo ogólnych rzeczy, warto może jeszcze dodać,że tam gdzie jest naprawdę ciepło jeżdżę w listopadzie i w grudniu, czyli w tzw. niskich sezonach, co daje zdecydowaną przewagę cenową, ale niesie ze sobą również niewielkie ryzyko brzydkiej pogody, choć tak naprawdę wiele zależy od miejsca. Jak dla mnie zwiedzanie przy 20 / 25* jest optymalne, wyższe temperatury nie zachęcają jakoś specjalnie do  dłuższego chodzenia. Oprócz cen i zdecydowanie lepszych do funkcjonowania temperatur, zimowe miesiące mają zdecydowanie tą zaletę, że jest o wiele mniej ludzi. Nie ma tłumów, więc można faktycznie coś zobaczyć, a na szlakach chodzi się podziwiając widoki, a nie cudze tyłki, tak jak to ostatnio miałam okazję oglądać, przy wejściu w lipcu na Gubałówkę. Jeśli chodzi o jazdę autokarami, samochodami, samolotami, statkami czy czym tam jeszcze się podróżuje, to jak widzicie na zdjęciach, jestem mało wymagająca. Usypiam zawsze, wszędzie i w każdej pozycji, w związku z tym staramy się podróżować po nocach, tak aby nie tracić nic z kolejnego dnia. Często bezpośrednio po podróży jechałam z lotniska czy też z dworca prosto do pracy.




Szczerze mówiąc chciałam w jednym poście napisać dużo więcej, a przynajmniej taki był zamysł, żeby o Petrze tu jeszcze napisać i o tym dlaczego trzeba taszczyć to wszystko ze sobą, no ale wstęp…jakoś się wydłużył, więc chyba napiszę rozwinięcie innym razem. Jak część osób pewnie już wie, posiadam również profil na IG. Za każdym razem kiedy dodaję zdjęcie, bardzo blokuje mnie… opis, który powinnam dodać. Czytam te swoje żałosne wypociny i litość mnie normalnie ogarnia, bo ja nie umiem tam napisać nic … miłego dnia Kochani, dobranoc Kochani, pada deszcz lub nie pada…i chyba powinnam się do tego ograniczyć, bo nawet jak pada deszcz, to ja od razu mam tysiące przemyśleń i od razu chciałabym dodać mnóstwo rzeczy na temat tego deszczu, że powinien padać, bądź też nie, że ogród, że zwierzęta ,że susza i globalne ocieplenie, że rośliny mi usychają, a jak usychają no to mamy problem, bo podlewać nie mogę i że w taką suszę to nawet ja bym zaczęła podlewać, czego nigdy nie robiłam, no ale teraz to bym zrobiła, żeby nie uschło, a nie mogę bo woda ze studni mi ucieka i dla nas ledwo starcza, no a jak jej brakuje, to z kolei w domu jest też problem..i tu pewnie zaczęłabym opisać o ciężkim życiu bez wody …a tam nie ma miejsca! Masakra jakaś, czytam opisy ludzi pod innymi zdjęciami i zastanawiam się jak oni to wszystko potrafią sprytnie ująć w paru zdaniach i że sens to ma i logika jakaś w tym jest…i wiecie co…czuję się jak imbecyl. Bo ja muszę z siebie wypluć tysiące słów, często sama zapominając o tym co chciałam na początku powiedzieć, bo przecież wątki poboczne są tak ważne, że w rezultacie zapominam o meritum sprawy… I cóż mogę powiedzieć więcej, oprócz tego,że się nie zmienię, że dużo gadam o wszystkim i na każdy temat. No może jeszcze zdradzę wam w tajemnicy,że im jestem starsza, tym zdecydowanie mniej mówię, więc można by powiedzieć,że dzisiejszy wstęp do postu, jest zdecydowanie krótszy, niż byłby kiedyś. Progres Kochani, miejmy nadzieję,że za parę lat będzie jeszcze lepiej.

Poza tym w dalszym ciągu mam potworny problem z blogiem. Pomijając ilość spamu, znikają mi Wasze komentarze, czasami jest tak,że widzę na komórce, wchodzę i nie ma już nic... oczywiście oprócz spamu. Mało tego, opublikowałam pod poprzednim postem parę komentarzy i ...zniknęły...już ich nie ma. Nie mogę sobie poradzić z dodawaniem zdjęć, wychodzi fatalnie, nierówno,nie mogę zmienić miejsca rozmieszczenia, a całą resztę postów na blogu po prostu delikatnie mówiąc mi rozwaliło, tak że wygląda to masakrycznie. Dzisiaj cały boczny pasek przerzuciło mi na sam dół...chyba się zestarzałam, bo naprawdę brakuje mi już cierpliwości. Dzieją się tutaj tak dziwne rzeczy,że zastanawiam się czy przypadkiem znowu ktoś mi się nie włamuje. Jeśli ktoś miał podobnie i jakoś sobie z tym poradził, bardzo proszę o kontakt...dzisiaj ze złości o mało już nie skasowałam wszystkiego.
Miałam zamiar publikować posty w miarę regularnie, ale to co się dzieje, ilość czasu jaki poświęciłam, żeby umieścić zdjęcia ...to mnie przerasta.
Pomimo wszystko życzę Wam cudownego dnia.


wtorek, 30 kwietnia 2019

Księciunio

- Weź stąd te paskudne łapska,  vs. - Uważaj, staniesz mu na rękę!
- Boziu, niech ona w końcu zamknie ten dziób, vs. Miniu proszę, zamknij już buzię.
- Ależ paskudnie się zesrała ( tak nie mówię, aczkolwiek pozostali domownicy twierdzą, że powiedziałam ) ~vs. kupkę kochanie zrobiłeś ? No widzisz? Od razu lepiej.
- No ile można trzeszczeć ? vs. - Kochanie, jakiś ty rozmowny dzisiaj.
- Obetnij w końcu te pazury vs. – Paznokietki Skarbkowi urosły ?
- No gdzie ten pysk wkładasz ? vs. - Uważaj, prawie stanąłeś mu na twarz !!!
- O mamuniu, kto się tak szpetnie skadził ? , vs. – Ojoj, brzuszek boli ? Bączki puszczasz ?
- O ludzie, jak on śmierdzi  vs. - Ciekawe jak Ty będziesz śmierdziała jak dobijesz do setki.? Wtedy pogadamy.
- Kochanie moje najpiękniejsze, w miłości jedyne…i tu pada …Aha…Zapamiętam sobie.


Tak kochani, takich przykładów można mnożyć u mnie w nieskończoność. Mają ze mnie w domu nieustające polewki i stanowię wieczny obiekt żartów. Kiedyś spróbuję ich po cichaczu nagrać i Wam puszczę. No nie ukrywam,że z ich ust brzmi to dosyć zabawnie w momencie kiedy twierdzą, że oni są współlokatorami, a Księciunio… no cóż Księciunio jest na innych prawach. Ale cóż ja na to poradzę, że miłością wielką do siebie pałamy ? No niby do pozostałych też miłością pałam i absolutnie nie neguję tego, że oni do mnie również, niemniej jednak czasami jak coś mówię, szczególnie o sprzątaniu, to już nawet nie chce im się kłócić, tylko patrzą na mnie jak na niepełnosprawną umysłowo, a Księciunio?  Księciunio nigdy na mnie tak nie patrzył, Księciunio, nigdy nie powiedział nic przykrego, nie wali fochów i się nie obraża, nie trzaska drzwiami i nie używa najgorszego, najpaskudniejszego pod słońcem słowa ZARAZ !!! O i nie mówi do mnie - KOBIETO!!! OGARNIJ SIĘ!!! A, że zazdrosne to towarzystwo, no sorry…fakt, że bydlę rozpieściłam, bo On już niedługo zejdzie i to wykorzystuje paskudnie, ale no kurczę ma chłopak 17  lat, to w przeliczeniu na nasze jakieś 119 ! No więc jak one dobiją setki, to też nie powiem ,żeby łapy zabierały, a z zaświatów wirtualnie za rączkę potrzymam. No mogę i cała noc… tak jak czasami Księciunia.


Plaster ma swoje lepsze i gorsze dni, stawy mu siadły więc nie ma mowy o tym,żeby sam się podniósł. Waży ponad 40 kg, więc cierpimy ja…i mój kręgosłup. Pamiętacie,że bydło całe za mną się zawsze przemieszczało, a teraz…no nie może, bo po schodach nie wejdzie, więc leży na środku salonu, jako stały element wyposażenia wnętrza. Taszczymy go do góry, stawiamy na nogi, później do okna, rączki przy jedzeniu trzymamy, bo często się rozjeżdżają. Jak już wyjdzie na dwór, to łapie pion i powolutku idzie, choć w jednej łapce już nie ma czucia i często mu się wygina w drugą stronę. Oczy choć powoli zachodzą mgłą, są żywe, wesołe i cały czas patrzą z taką samą miłością (żeby wątpienia nie było, patrzą tak tylko na mnie) …patrzą i wykorzystują perfidnie. W nocy z dosyć dużą częstotliwością, zaczyna szczekać… głośno, monotonnie, w tym samym rytmie….szczeka tak długo, jak długo nie zejdę do salonu. Siadam koło niego…przysypia i raz na jakiś czas zerka, jeśli jestem obok…śpi dalej. Którejś nocy pod rząd nie wytrzymałam i chciałam się przespać, położyłam się na kanapie jak przysnął…no niestety jak się przebudził, to stwierdził najwyraźniej, że jestem za daleko i skończyło się jak zawsze, na trzymaniu go za łapkę. Wiem,że on mnie wykorzystuje, ale nigdy nie mam pewności czy na przykład nie zdrętwiał i nie muszę go w nocy podnieść, albo czy może chce mu się pić, a może miał po prostu jakiś koszmarny sen czy siusiu zrobić. Kiedyś stwierdziłam, że się nie dam i go przetrzymam, że może się nauczy..siedziałam w nocy w sypialni ze łzami w oczach i nie zeszłam…szczekał od 3 w nocy do 6 rano, caluteńki czas bez najmniejszej przerwy. A rano, no cóż była długa, bardzo trudna kąpiel i pranie dokładnie wszystkiego. No więc musze tam schodzić, bo może ma takie widzimisię, a może coś akurat bardzo potrzebuje… nigdy tego nie wiem, no bo przecież Księciu milczy kurtuazyjnie jak tylko zejdę. Któregoś razu stała się rzecz dziwna… tak jak mówię, Plaster w większości leży, ale któregoś dnia wyszedł na spacer, wrócił i zaczął chodzić, chodził godzinę, dwie, usiłowałam go położyć…nic z tego. Sapał, kopytka mu się trzęsły i uginały, piszczał, ale twardo nie chciał się położyć. No nie wytrzymałam tego psychicznie, więc o 24 towarzystwo zapakowało psa do samochodu i do kliniki 24h pojechało ( swoją drogą przy nich tak nie histeryzuje, do samochodu jakoś z pomocą wejdzie, a ja mu trap buduję do wyjścia i wejścia ). W klinice…położył się! W każdym razie wyszedł lekarz i pyta co się dzieje, na co mój zięć odpowiada - ON CHODZI !!! Lekarz popatrzył na nich jak na debili i powiedział niepewnie :
- To chyba dobrze? Psy chodzą ? ,
- Niedobrze , on nie chodzi !
- No przecież mówił pan przed chwilą ,że chodzi.
- Teraz chodzi, ale ogólnie nie chodzi!
- Więc chyba powinniście się Państwo cieszyć, że zaczął chodzić?
- Nie, nie może chodzić, a chodzi..
- Hmmm… teraz leży, ale ogólnie chodzi, a nie powinien chodzić. No ciekawe, bardzo ciekawe.Mogę sobie tylko wyobrazić minę lekarza, który stwierdził, żeby z tym
 ”chodząco niechodzącym” psem poczekali, bo trwa operacja.O ludzie, dobrze, że ten lekarz jakiegoś psiego cudu nie ogłosił.  W domu siedziałam cała w nerwach, nie zabrali mnie bo ponoć ja histeryczka jestem, a on przy mnie histeryzuje jeszcze bardziej, a przy nich to takich cyrków nie odstawia. W każdym razie siedziałam z drżeniem serca, dokąd nie zadzwonił telefon i konspiracyjnym tonem Madzia wyszeptała słuchawkę.

- Mamuś…on leży i śpi. Mamy wracać? Czy czekać?
- Ale co mu jest? pytam zaniepokojona.
- No chyba nic ? Położył się i śpi smacznie. A operacja trwa i jeszcze do trzeciej trzeba będzie poczekać, to co ?
- No, a co Ty myślisz?
- Ja nic nie myślę, to Twój pies, zrobimy jak chcesz. Ja nie zamierzam później słuchać, jak coś mu się stanie. Mogę tu siedzieć i czekać, jak chcesz.
- Wracajcie, najwyżej pojedziemy później.
Po powrocie do domu, Plaster przespał cała noc… następnego dnia już nie chodził, znaczy chodził ale normalnie i znowu wszystko wróciło do normy.
                                                                                                                  *   *   *
A do wszystkich którzy prowadzą bloga na blogspocie mam pytanie. Wchodzi mi jakaś niesamowita ilość spamu, szczerze mówiąc zaczyna to wyglądać podobnie, jak wtedy kiedy ukradli mi bloga, więc zaczynam się trochę obawiać. Mam nawet problem w dotarciu do komentarzy, wśród tego całego chłamu jaki wpada. Czy u Wszystkich to tak wygląda, czy tylko u mnie ? A jeśli macie podobnie, to jak sobie z tym radzicie?  Pozdrawiam Was Kochani cieplutko i życzę pięknego, majowego weekendu. Ja oczywiście siedzę w domu, bo… KSIĘCIUNIO .





poniedziałek, 18 marca 2019

Taki post o niczym…

Nowy Rok, nowa ja … czy jakoś tak to szło. Hasło, które ostatnio słyszę na każdym kroku. Co prawda z deczka z opóźnieniem, to znaczy troszkę po Nowym Roku, zaczynam po raz setny wszystko od nowa, ale no cóż …może powinnam zmienić ten jakże często cytowany slogan na, hmmm… na przykład Nowy Marzec, Nowa Ja. W sumie też ładnie. A tak zupełnie na serio, to nieważne kiedy, ważne aby to zrobić. Zdziwicie się, ale napisałam wcześniej dwa posty, których nie opublikowałam… dlaczego? No chyba jedynie dlatego, że zaczęłam je czytać i rozkminiać… to za smutne, to za wesołe, to mi ktoś przerwał i nie wiedziałam o czym już piszę,to pomyślałam znowu … a kogo to obchodzi?… i tak w kółko…więc dałam sobie spokój. Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to zawsze tak ze mną było. Im dłużej nad czymś myślałam, tym pomysł wydawał mi się coraz słabszy. U mnie działania zawsze były natychmiastowe, jest pomysł, jest wykonanie, jeśli nie zrobię tego już, teraz, natychmiast, to z dużym prawdopodobieństwem nie zrobię tego w ogóle. Więc ( cały czas pamiętam, że nie zaczynamy zdania od więc ) przestałam się zastanawiać co napiszę i wzięłam się po prostu do roboty. Kiedyś siadałam i pisałam, pisałam wszystko co mi ślina na język przyniosła, a właściwie wszystko o czym w danej chwili myślałam i często nawet nie miałam czasu, żeby ponownie przeczytać post czy też chociaż sprawdzić go pod kątem stylistyki. A płodna byłam bardzo. Jak dzisiaj patrzę na ilość i częstotliwość wrzucanych przeze mnie postów to przerażenie mnie ogarnia i zastanawiam się o czym ja do cholery tyle pisałam…więc zaczęłam czytać te moje wypociny i doszłam do wniosku, że pisałam dokładnie o wszystkim, o tym co się działo w moim życiu, o ogrodzie zwierzętach, dzieciach o moich przemyśleniach. Czy to,że nie bardzo wiem o czym mam teraz pisać, świadczy o tym, że raptem nic w moim życiu się nie dzieje? No raczej nie. Dzieci posiadam na stanie sztuk tyle samo, jedno nawet się rozmnożyło, więc jest nas coraz więcej. Zwierzęta? Trochę inne, ale ilości sztuk też się zgadzają. Ogród ? No jest, cały czas ten sam, niektóre rzeczy straciły na urodzie wraz z upływem czasu, ale pojawiły się inne, też ładne. Dom?  Sypie się, ale to nie nowość, przeca sypał się od początku i każdy o tym wie. Święta? Jak zwykle u mnie, w podobnym składzie. Facet? Też inny, ale jest. A może przestałam myśleć i na pomroczność zapadłam? Raczej nie, choć nie ukrywam, że tysiące myśli zaprzątają moją głowę, a ja nie jestem w sanie ułożyć dalszego planu na życie, choć w moim przypadku wydaje się to dosyć nierealne. Zawsze, miałam plany… na wszystko,plany które bardzo konsekwentnie realizowałam. Teraz z konsekwencją jestem bardzo na bakier i szczerze mówiąc nie bardzo wiem czego dalej oczekuję od życia. Niby ogólny zarys tego co chcę robić, mam gdzieś z tyłu głowy, ale nie bardzo wiem jak niby miałabym do tego dojść, że też nie wspomnę o tym co to niby miałoby być i czy da się z tego żyć. Trochę mnie to przeraża, bo zawsze miałam wytyczone kolejne cele, a teraz …no cóż, jakoś ciężko mi zebrać myśli. Bardzo chciałabym w końcu,robić w życiu to co lubię i jedno wiem na pewno… mam dosyć pracy w finansach i nie wrócę tam za żadne pieniądze, żebym tynk ze ścian miała z głodu ogryzać.  No dobra, jeśli czyta to ktoś, kto da mi…no powiedzmy dziesięć tysięcy, to mogę propozycję rozważyć i nawet od czasu do czasu zostać po godzinach :) Ostatnia moja styczność z finansami, skończyła się na niewypłacaniu pensji przez pół roku. Zamienił stryjek siekierkę na kijek… łudziłam się, że w małej, prywatnej firmie będzie mi o niebo lepiej niż w korporacji. No i było, było miło…a że za darmo… i że człowiek dokładał do tego, to już zupełnie inna para kaloszy. Dzisiaj nie mam ochoty nawet o tym pisać, ale wiedzą ogólną chętnie się przy okazji podzielę, ku przestrodze innych, notorycznie naciąganych pracowników i klientów, tej jakże znanej grupy kapitałowej, która do dnia dzisiejszego wyśmienicie funkcjonuje na rynku. Tak więc jedno jest pewne, do pracy w finansach nie wrócę. Przyszedł czas na zmiany i patrząc na to zdroworozsądkowo absolutnie nie jest to dobry wybór, tym bardziej, że nie mam pojęcia czym miałabym się zajmować. Rozsądek mówi nie, ale mam świadomość tego,że jest to już ostatni, przysłowiowy gwizdek na wprowadzenie tak istotnych zmian w życiu. Jeśli nie zrobię tego teraz, nie zrobię nigdy i ugrzęznę w tym bagnie do emerytury. A czas na zmiany dobry nie jest, tym bardziej, że umówmy się, nie jestem już w wieku poborowym, a moja kariera zawodowa była mocno ukierunkowana. Pamiętam moją koleżankę, nauczycielkę z przedszkola, która poszła na studia, na parę lat przed emeryturą. Mówię jej … Ala oszalałaś? chce Ci się? A ona na to ”A co ja mam zrobić? Gdzie mnie przyjmą? Jak się spytają o kwalifikacje to co mam powiedzieć ?, że umiem śpiewać tylko wlazł kotek na płotek ?” No i fakt…moja obecna sytuacja jest analogiczna. Kiedyś się zastanawiałam nad tym, dlaczego musimy żyć pod presją wszystkiego i czy jest sposób, żeby tego uniknąć…i wiecie co ? Nie da się, w dzisiejszych czasach nie ma takiej możliwości, ale to już jest temat na oddzielny post, bo ten by się chyba nigdy nie skończył. A warunków do pisania to ja nie mam.Rano usiadłam przy laptopie ze szczerą chęcią napisania postu. Nie minęło 15 minut jak przyszła pogadać Nurka. Wysłuchać trzeba, a jakże. Dziecko bez względu na wiek, dzieckiem zostaje i problemy swoje ma. Więc pogadałyśmy… tak z godzinkę albo półtorej. Po wyjściu Dominiki do pracy, zrobiłam kawusię i ponownie usiadłam z nadzieją, która trwała z zegarkiem w ręku 12 minut. Weszła Madzia… większe dziecko, problemy większe. Nie wiadomo kiedy, minęły nam dwie godzinki. A przed wyjściem Magdy do pracy, wrócił…. nazwijmy go sobie Panem K. No więc Pan K wrócił, ale facet przyzwoity, zobaczył, że potrzebę bycia w samotności posiadam, więc powiedział co najważniejsze, chwilę pogadaliśmy i poszedł na górę, żebym mogła się w końcu skupić i cokolwiek napisać. Minęło kolejne pół godzinki, biorę komputer i … kuźwa…. aktualizacja!!! No nie dane mi normalnie nic napisać, zaczynam powoli twierdzić, że pisanie tutaj jest po prostu błędem i że może znaków jakiś i mocy tajemnych powinnam się w tym dopatrywać. Nie poddałam się, aktualizacja o dziwo trwała bardzo krótko…uffff…w końcu usiadłam, a tytuł postu miał brzmieć “Ameryki nie odkryłam” zaczęłam w końcu pisać…wstęp…minęło 15 minut…w okno puka Tośka. No oczom własnym nie wierzę, bo dziecko wraca z przedszkola ok.17!  Pytam: Co tu robisz? A dziecko rezolutnie odpowiada: Tata mnie odebrał. No tak, okazało się, że Tata na zwolnieniu , w związku z czym zaczął szybko wyjaśniać cóż takiego się stało… zszedł Pan K, no bo przecież jak rozmawiam, to znaczy, że już nie piszę i samotności nie potrzebuję. Stwierdziłam, nie dam się, skończę, co zaczęłam…więc piszę. Siedzimy na kanapie, ja z lapim na kolanach…obok Pan K, telewizor mordę drze, bo męska część ekscytuje się czymś co to politycy wymyślili…ja nie wiem co …ja usiłuję się skupić…Magda obok, usiłuje dodzwonić się do Urzędu Skarbowego, bo ją ponoć na dziecko skroili w rozliczeniu i ona nie podaruje, telefon oczywiście na głośniku, bo Urząd Skarbowy nie odbiera przez cały dzień, nie wiem czy mam ochotę zbluzgać moje, bluzgające na te baby wstrętne co w UG pracują ,dziecko, czy może te baby, że nie odbierają, czy ciepnąć tym telefonem o ścianę, żeby głośnik przestał piszczeć. Tośka śpiewa, podskakuje i jeszcze w międzyczasie rysuje,  zrzucając na podłogę kredki,które to ja podnosić muszę, bo ona zza stolika nie sięga( swoją drogą zadziwiające ile dzieci mogą wykonywać jednocześnie czynności ) kot wpycha mi się na kolana, oczy zaczynają szczypać, z kuchni wyłania się Nurka “To tylko garnek…spaliło się”. Nurka wynosi gar na taras, koty poczuły świeże powietrze… wstaję, dwa wypuszczam na dwór, siadam z powrotem i słyszę drapanie w okno, dwa wyszły , a dwa chcą  wejść do domu…wpuszczam. Suka biega, pazurki stukają po panelach, Plaster zaczyna gadać z przodkami, Tośka śpiewa, telewizor się drze, Pan K z Panem A prowadzą zażartą dyskusję, Magda ścisza głośnik i zaczyna oglądać serial na komórce, no bo przecież UG o tej porze już nie pracuje. Tylko Nurka ucieka do pokoju zostawiając smród spalenizny. Zawzięłam się, wstawię ten post, bo jak zacznę pisać na raty to znowu wyląduje w koszu i nigdy go nie opublikuję. Musicie mi wybaczyć, nie mam już pojęcia co pisałam , nie będę czytać, nie będę zmieniać, po prostu wrzucę ten post, bez względu na wszystko… nawet gdyby się okazało, że wcześniej bredziłam, ale chyba sami przyznacie, że w takich warunkach skupić się nie da rady nikt, a cóż dopiero ja.

I jeszcze jedno, dostawałam od Was informacje o komentarzach, których nie możecie zostawić. Mam mnóstwo komentarzy na mailu, których nijak nie mogę opublikować. Myślę,że to może być wina google+, które się likwiduje, więc jeśli macie tam konta, sprawdźcie, bo do końca marca bodajże trzeba wszystko poprzenosić. I proszę, wybaczcie mi ,że nie odpisuję na wszystkie komentarze, po prostu nie mam czasami na to czasu, tym bardziej, że dostaję jeszcze mnóstwo informacji prywatnych, na messengerze i instagramie i nie sposób ogarnąć wszystkiego, ale każdy, co do jednego czytam i za wszystkie bardzo Wam dziękuję. Tak naprawdę , gdyby nie komentarze, gdyby nie to,że wiem,że jesteście, to pewnie nigdy bym tu nie wróciła.


Ponad to prosicie o zdjęcia domu. Napiszę o tym i pokażę zdjęcia w najbliższym czasie, ale póki co nie mam możliwości wstawienia zdjęć przynajmniej do końca marca. Teraz to się dumnie nazywa projekt, tak więc hmmm… zabrzmi górnolotnie, ale dwa projekty mam obecnie na tapecie i mam nadzieję, że coś dobrego z tego wyjdzie. Jeśli chodzi o zdjęcia mojego domu, to jest ich trochę na instagramie, gdzie Was serdecznie zapraszam. Przyciski do profili są z boku na pasku, mam dwa konta ( magic_moment_elisse i elisse16, na których udzielam się mniej lub bardziej, jak to ze mną  byw.


A poniżej news z ostatniej chwili:

U mnie wszystko po staremu, więc tradycyjnie problemy z laptopem i aparatem. Sprzęty zdecydowanie mnie nie lubią, choć ja je uwielbiam. Oczywiście uwielbiam tylko wtedy jeśli chcą działać, a nie tak jak teraz uniemożliwiają mi publikację zdjęć. Długo by wyjaśniać, więc daruję już Wam opisy, bo post się nie skończy, a ja w tym czasie zdążę do reszty ześwirować.

Kochani, żegnam się z Wami. Post miał być o czymś innym, wyszło jak zwykle. Miał być świetny tekst, miały być cudnej urody zdjęcia, a wyszło jedno wielkie nic. No ale cieszę się, że jestem z Wami ponownie.  Mam nadzieję, że nie zapomnę o tym co chciałam wcześniej napisać i jeszcze kiedyś to zrobię. Do usłyszenia.

piątek, 16 listopada 2018

Cały czas jestem …

           Witajcie kochani ponownie.. jestem znowu. Trochę mi to zajęło czasu, ale tym razem powiem,że poniekąd jest to Wasza wina;). Czytałam Wasze komentarze… setki komentarzy… i powiem szczerze, że nie byłam w stanie opanować wzruszenia. Pomimo mojej pozornej wylewności i otwartości, jestem osobą skrzętnie skrywającą swoje uczucia, osobą która właściwie nigdy nie pokazuje na zewnątrz, co tak naprawdę czuje. Życie od najwcześniejszych lat, dało mi ostrą lekcję. Nauczyło mnie,żeby nigdy nie mówić co się czuje, nie pokazywać co boli, żeby pod maską obojętności skrywać to co najważniejsze, bo tylko wtedy ktoś nie będzie wiedział jak mnie skrzywdzić. Łzy zamieniłam na śmiech już dawno temu, to co bolało, obracałam w żart. Musiałam być jednocześnie i ojcem i matką. To ja byłam zawsze ta zła, to ja wymagałam, to ja kazałam się uczyć i sprzątać. Ktoś przecież musiał. Moje dzieci , jak narozrabiały albo dostały dwóję , to mówiły ojcu ,żeby powiedział mamie, bo …no właśnie …, bo matka wymagała. Pamiętam jak Nurka była mała i chciała,żeby na noc została u niej koleżanka… ja oczywiście nie miałam nic przeciwko temu, więc powiedziały jej mamie i ona oczywiście się zgodziła. Pamiętam również zdziwienie na twarzy mojego dziecka, w momencie kiedy się dowiedziała,że muszą się taty koleżanki jeszcze spytać. Pamiętam wyraz bezgranicznego zdumienia, kiedy powiedziała… ale po co chcesz taty pytać? Przecież mama pozwoliła, a to mama rządzi…  Pamiętam również jak uświadomiłam sobie, że w oczach moich dzieci, to ja jestem ta zła i jak to bardzo bolało. Ale dzieciom nie można wytłumaczyć, że w życiu potrzebne są nakazy i zakazy, że gdyby nie one to marnie by skończyły, że ktoś musi wymagać, aby ktoś inny mógł umywać od tego ręce. Tak więc musiałam wymagać, żeby za jakiś czas przytulić , musiałam być zła, żeby później stwierdziły, że jestem najlepszą matką na świecie. Obie te role są bardzo trudne do pogodzenia i czasami sama czułam się jak hipokryta. Serce mówiło tak, ale rozum kategorycznie zabraniał. A cały ten wcześniejszy wywód, służył jedynie temu,żeby pokazać ,że kiedyś to ja i owszem, ze wszystkim sobie dawałam radę, że byłam twarda, hmmm, żeby nie powiedzieć,że wręcz niezniszczalna, a dzisiaj…no właśnie…
IMG_9844-01IMG_9931-01

Ostatni okres w moim życiu pokazał, że jestem wręcz mistrzem i wypracowałam do perfekcji ukrywanie emocji, gdyż ludzie, którzy znają mnie najlepiej, przenigdy nie przypuszczaliby, że jest we mnie tak wiele ludzkich uczuć, tak wiele skrzętnie skrywanych emocji, tak wiele bólu. Widząc mój stan, czasami podobny do katatonii, nie mogli wyjść ze zdumienia… no bo jak to tak ? Przecież jest taka zimna, opanowana, jeśli kogokolwiek kocha to tylko zwierzęta. Tak kochani, cynizm to moje drugie imię, a Królową Lodu nazywana byłam notorycznie. Czytając komentarze, pisząc z Wami na messengerze, odpowiadając na maile, nie byłam w stanie opanować łez. Myślałam, że mój powrót przyjdzie niezauważalnie, po cichutku i że powolutku to się jakoś może rozkręci, bądź też umrze śmiercią naturalną, no bo przecież ponoć nie można dwa razy zapalić tej samej zapałki. Tak więc w momencie kiedy siadałam przed laptopem,żeby napisać post, rozklejałam się ponownie i nie byłam już w stanie sklecić nic sensownego. Ostatnio koleżanka się mnie spytała, czy jeśli tyle ludzi tak za mną tęskni, to czy mnie to coś daje? Czy czerpię z tego też siłę, energię? Kiedyś było mi bardzo, bardzo głupio jak pisaliście o mnie te wszystkie cudowności. Pamiętam pierwsze komentarze gdy doszukiwałam się w tym ironii, kolejne... były dla mnie totalnym zaskoczeniem. Czułam że absolutnie sobie na nie, nie zasługuję, no bo przecież ja zupełnie nic nie robiłam... po prostu taka byłam. Nie wymagało to ode mnie najmniejszego wysiłku. Nad czym tu się tak roztkliwiać, skoro każda kobieta funkcjonuje tak samo? Baaa … tysiące moich blogowych koleżanek robi naprawdę przeróżne cudowności i mój super wypasiony zajączek, czy narzuta która rodziła się w bólach, albo obrus który nijak nie chciał mieć prostych szwów pomimo moich starań, to przy ich wyczynach po prostu nic nie znaczyło, wiec było mi jeszcze bardziej niezręcznie. Dziewczyny pięknie szyją, haftują i cholera wszystko im proste wychodzi, piękne i dopracowane. A ja przecież nie robiłam takich pięknych rzeczy, nie pisałam o niczym szczególnym, ot codzienne zwyczajne życie, mało tego.. jak czytałam ile czasu wymaga przygotowanie takiego postu, to było mi niezmiernie głupio.. ja te swoje elaboraty wypluwałam jednym tchem i zajmowało mi to naprawdę niewiele czasu. Zdjęcia? Aż wstyd przyznać, ale robię dokładnie tak samo...pstryk, pstryk , pstryk...i gotowe. I wierzcie mi naprawdę czułam się bardzo niekomfortowo czytając te wszystkie achy i ochy...aż do dnia kiedy moje życie zmieniło się o 180 stopni. W momencie kiedy leżałam w sypialni i patrzyłam na ręcznik, który zsunął się z krzesła, a ja od trzech tygodni nie byłam go w stanie podnieść, kiedy siedziałam na kanapie, wpatrzona tępo w jeden punkt, obserwując z niesmakiem jak mój dom zamienia się w chlew, jak każdy nowy dzień miał być nowym początkiem i jak każdego wieczoru obiecywałam sobie...jutro...dzisiaj jeszcze nie dam rady i tak było tygodniami, jak w końcu zebrałam siły żeby pomalować salon i trwało to cały tydzień... Wtedy zrozumiałam ,że faktycznie kiedyś działam z prędkością światła, że dokonywałam po prostu rzeczy niemożliwych i bardzo zatęskniłam za dawną sobą.  Dzisiaj, nie mam pojęcia jak ja to wszystko robiłam, jak byłam w stanie ogarnąć pracę zarobkową, rodzinę, porządek, gotowanie, przetwory w domu i jak jeszcze miałam zawsze wolny czas,żeby spotkać się ze znajomymi. Nie mam pojęcia skąd było we mnie tyle siły, energii życiowej, a przede wszystkim chęci. I wtedy przestały mnie, aż tak dziwić Wasze komentarze.Wtedy byłam w stanie zrozumieć,że może nie dla wszystkich to co robiłam , było tak oczywiste jak dla mnie. Wszystko w życiu bardzo dogłębnie analizuję, więc po pytaniu koleżanki, doszłam do wniosku, że tak, że bardzo były mi potrzebne te komentarze. Szczególnie pod ostatnim postem, że w życiu nie sądziłam, iż otrzymam tyle wsparcia, dobroci , tyle pozytywnej energii, że dzięki temu stanęłam w jakimś sensie znowu na nogi, że zaczęłam powoli ogarniać chlew w domu, no bo przecież chcecie nowe zdjęcia, że wróciłam tutaj....i poczułam się tak, jakbym wróciła do starych znajomych, a nie obcych ludzi. Po przeczytaniu komentarzy, wróciła mi wiara w ludzi, wiara w drugiego człowieka, w bezinteresowność i dobroć. Więc jeszcze raz bardzo dziękuję, że jesteście, że pomimo tego,że ja zawiodłam, Wy nie zawiedliście. To wspaniałe uczucie... uczucie bycia potrzebnym.
IMG_9665-01IMG_9689-01

W momencie kiedy moje życie się zmieniło.... bardzo długo to analizowałam, wbrew temu co się działo i na przekór wszystkiemu, gdzieś jeszcze we mnie tliła się iskierka dawnej mnie... malutki, wątły promyczek, który usiłuje mnie naprowadzić na właściwe, tak bardzo przecież mi dobrze znane tory. Dzisiaj nie lubię siebie, między Bogiem, a prawdą myślę, że niewiele z Was by mnie obecnie polubiło. Stałam się jakaś taka... miękka, rozmyta, mało wyrazista..przepełniona po brzegi pesymizmem i czarnymi myślami. Ale ten okres mam już powolutku za sobą, walczę, staram się, choć często z bardzo mizernym skutkiem. Z założenia nigdy się nie poddaję, więc ostatnio, pomimo mojego stanu ostrego hmmm...debilizmu, też jednak starałam się utrzymać jakoś na powierzchni, a praca jaką włożyłam w to,żeby powrócić znowu do świata żywych była wręcz heroiczna, więc jednak nie było ze mną tak źle. I staram się dalej jak mogę, choć wszechświat usiłuje mi rzucić kolejne kłody pod nogi. Długo nie pisałam, ale potrzebowałam trochę odpoczynku od siebie, od czarnych myśli, od domu....ciszy, spokoju, wytchnienia. Potrzebowałam czasu na ułożenie sobie wszystkiego w głowie, na ułożenie kolejnego planu na życie. Pomijając fakt, że to poniekąd Wasza wina, że nie pisałam, to wyjechałam i troszkę mnie nie było. Widziałam piękne łąki, pola,morze, jeziora... i wrócił spokój i wytyczyłam nowe plany i generalnie wszystko powinno się zacząć układać.
IMG_9943-01IMG_9934-01
Generalnie powinno, ale doszła......MENOPAUZA. O matko jedyna, cóż to za twór okropny i podły i dlaczego kobiety tak muszą cierpieć przez całe życie ?!!! Śmiech, za chwilę płacz… Boziu… toć to nie ja !!! Ja nie polaczę!!! Zimno, za chwilę gorąco….zrywam z siebie wszystko, tylko po to,żeby za sekundę telepać się z zimna i szczękając zębami z powrotem wkładać na siebie to wszystko, co właśnie wylądowało na ziemi!!! Dzieci swe własne kocham bardzo, ale teraz co i rusz, mam ochotę je ubić z pełnym okrucieństwem ,najchętniej zostałabym dzieciobójcą!!! Roztkliwiam się nad najmniejszą pierdołą, tylko po to ,żeby pięć minut później dojść do wniosku, że to nie ma żadnego znaczenia. Gadam jak nakręcona, a po pewnym czasie każdy odgłos powoduje,że czuję się jak strzępek nerwów !!!
IMG_9952-01IMG_9649-01
Jestem NIESTABILNA EMOCJONALNIE !!! To jakiś koszmar !!! Może to nie była depresja ,a okres okołomenopauzalny spowodował te okropne samopoczucie !!! Po mentalnym zbadaniu własnego organizmu oraz wystawieniu diagnozy, życie wydało mi się od razu piękniejsze, no bo przeca na deprechę, to latami się cierpi, a menopauzę, to ja szybciutko pokonam terapią hormonalną i z czapy będzie, a ja znowu będę się śmiała jak dawniej! Następnego dnia z samego rana byłam już u lekarza i robiłam badania. Z wynikami, pełna nadziei na lepsze jutro wkroczyłam do gabinetu. A muszę Wam powiedzieć, że od jakiegoś czasu, to lekarze mnie wręcz pokochali,jacyś mili są, sympatyczni, skierowania nawet na badania laboratoryjne sami z siebie, bez żadnego proszenia mi dają… tak więc po miłym przywitaniu, wręczyłam lekarzowi wyniki , jednocześnie oznajmiając ,że pomóc mi trzeba, bo menopauzę przechodzę, w wieku odpowiednim, jak przystało na statystyczną polkę, więc o pomyłce nie może być mowy! Pan doktor wyniki przejrzał i za głowę się złapał..mrucząc przy tym…niesamowite, no nie wierzę po prostu,że Pani sama dała radę tu przyjść. No ,że oni nie wierzą w to co widzą, to do tego jak wiecie jestem przyzwyczajona, ale nie da się ukryć,że psychicznie i fizycznie to ja aktualnie katusze przeżywam okrutne.
- Ma Pani bardzo złe wyniki, to niesamowite, że Pani daje radę w ogóle funkcjonować. 
- A gdzie tam daję! Właśnie nie daję i dlatego przyszłam. Ta menopauza mnie wykończy, da Pan doktor wiarę, że ja głupia myślałam,   że mam depresję!
- Jest Pani gorąco ?
- I to jak!  W nocy mało nie umrę. W sypialni zimno, kaloryferów nie odpalam, a śpię…błąd…ja prawie nie śpię…na kołdrze, a i tak zalewają mnie siódme poty. Wszystko wyczytałam! W menopauzie tak jest! I te zmiany nastrojów! Istna jazda po bandzie! Wie Pan,aż mi wstyd, ja zawsze byłam bardzo hmmmm… no taka wyważona, a teraz siebie nie poznaję, koszmar!
- Musi mieć pani okropne bóle mięśniowe… patrzy na mnie zdziwiony, zupełnie jakby kosmitę widział, a nie kobietę w kwiecie wieku, co to menopauzę przechodzi.
- No mam, ale do tego to jestem przyzwyczajona, to wszystko przez brak tarczycy i bardzo niskie TSH … odpowiadam natychmiast, no bo przecież objawy to ja dobrze znam.
- Arytmię Pani ma…
- Pan Doktor to wróżka, czy jak? Mam od 10 lat, to też podobno od tarczycy…
- Widzę,że wszystkie objawy Pani sobie bardzo dobrze wyjaśniła.
- Dokładnie! Wszystko pasuje! Menopauza jak nic! Objawy książkowe!
- Kobieto !!!
- Boski Diable … - dokończyłam natychmiast, mając oczywiście na myśli zbiór wierszy Norwida,Mickiewicza i innych poetów, który to u mnie od lat na półce w bibliotece stoi.
Pan Doktor spojrzał na mnie spode łba – Diable…z pewnością.
O boskości nic nie wspomniał, więc obstawiam,że chyba się jej we mnie nijak nie doszukał. W sumie ciężko go nawet w obecnej chwili za to winić, więc przeszłam nad tym do porządku dziennego, dumna z postawionej przez siebie diagnozy, dokąd to Pan Doktor z błędu mnie nie wyprowadził.

IMG_9635-01IMG_9904-01Okazało się,że to fatalne wyniki TSH i że wszystkie objawy są najprawdopodobniej od tego i że już bardzo złe wyniki miałam w zeszłym roku (no szkoda,że nikt mi nie powiedział, wtedy może nie czułabym się tyle czasu jak ćwierćinteligent). A niewykluczone, że weszłam również w okres przekwitania, co niestety tylko może potęgować te wszystkie objawy, no i niewykluczone,że depresja też jest, co dobiło mnie jeszcze bardziej. Ale po przeanalizowaniu doszłam do genialnych wniosków, że po zmniejszeniu dawki lekarstw mój stan i tak ulegnie znacznej poprawie , a zawsze istnieje iskierka nadziei, że menopauza u mnie będzie przebiegać bezobjawowo i że tak naprawdę, jeśli te wszystkie objawy są od tarczycy, to jeśli znikną, to z całą resztą z pewnością już sobie poradzę.
Od tygodnia przyjmuję zdecydowanie niższą dawkę leków niż dotychczas, ale na ewentualną poprawę i tak trzeba czekać ok. 6 tygodni, mam jednak nadzieję,że z dnia na dzień będę się czuła lepiej. Cały czas układam plany, próbuję wszystko uporządkować, bo bałagan, którego tak bardzo nie cierpię mam wszędzie, poczynając od życia własnego, poprzez dom, pracę, komputer, blog, sprawy urzędowe, wizyty lekarskie itd. Zdjęć domu przez ten czas właściwie nie robiłam, więc ponieważ wspomniałam o wyjeździe, dodałam jeszcze trochę fotek z podróży, która dała mi trochę wytchnienia i oderwania od szarej rzeczywistości. Poza tym moje zdjęcia można znaleźć jeszcze na instagramie, gdzie Was serdecznie zapraszam. Dodałam z boku, na pasku ikonki do dwóch kont, gdzie jest troszkę zdjęć z ostatniego roku, wystarczy tylko kliknąć i już jesteście w moim świecie. Blog powoli też przechodzi metamorfozę, żeby nie wyglądał jak sprzed ćwierćwiecza. Upływ czasu zrobił swoje i ciężko mi jest się odnaleźć w internetowych nowinkach. Ale jak widzicie próbuję i mam nadzieję,że każdemu wszystko dobrze się wyświetla. Trochę się poprzedni szablon rozjechał, ale powolutku postaram się wszystko poprawić.
Mam nadzieję,że nie zanudziłam Was tym przydługim jak zwykle wywodem. Mam również nadzieję,że jest w tym wszystkim jakiś sens i da się odszyfrować co autor miał na myśli, bo nie ukrywam,że ten post pisałam na raty, przez parę tygodni...to był za smutny...i nie opublikowałam, to znowu jak weszłam kolejny raz, okazało się,że miałam dobry humor i wszystko prawie zmieniłam, żebyście tych smętów czytać nie musieli, następnym razem jak podjęłam wyzwanie pisania, humor trochę siadł , więc musiałam znowu to jakoś zmodyfikować...i tak niekończącą się ilość razy. Dzisiaj doszłam do wniosku,że jeśli tego nie zrobię, to znowu nic z bloga nie wyjdzie...więc publikuję. Trudno...co ma być to będzie. 
Trzymajcie za mnie kciuki. Mam nadzieję, że do usłyszenia niebawem.

środa, 1 sierpnia 2018

Powroty są trudne

Witajcie po długiej, bardzo długiej przerwie. Ile to lat już minęło? Pięć, a może więcej..Tak, na świecie była już Tośka, więc pewnie coś około sześciu.... w sumie wystarczyłoby sprawdzić, ale tajne dane posiadam w laptopie, którego nie chce mi się w tej chwili odpalać. Piszę sobie na kartce, ot tak, tradycyjnie, jak kiedyś. Co sprawiło,że po Nią sięgnęłam? Chwila? Impuls? Poczucie pustki? Z pewnością któraś z tych rzeczy, a może nawet wszystkie jednocześnie. Pamiętacie jak to ze mną i z blogiem było na początku? Tępy człek ze mnie był, nie wyznający się absolutnie na internecie. Myślałam, że piszę dla siebie, dla potomnych, że dokąd nie podam komuś adresu, to nikt się nie dowie. Teraz było podobnie. Piszę do siebie, a jednak do Was. Czy zdecyduję się to opublikować? Przepisać? Jeszcze nie wiem, a przynajmniej nie wiedziałam do tej pory. Teraz już wiem,że nie zostałam niezauważona. Wczoraj zmieniłam pierwszy raz od siedmiu lat chyba, zdjęcie profilowe na FB. Ilość komentarzy, polubień ,e maili, wiadomości na messengerze jakie dostałam wręcz mnie poraziła. Chciałam Wam za to bardzo podziękować. Za miłe słowa, za radość, za uśmiech na Waszych twarzach, za wsparcie,które teraz jest mi niezwykle potrzebne, zarówno z przyczyn osobistych, jak i tych blogowych,za to że jesteście, że czekaliście, a przede wszystkim za to,że choć minęło tyle lat, to mówicie,że o mnie nie da się zapomnieć, że jestem jedyna w swoim rodzaju. Dziękuję za to że przyjęliście mnie z powrotem. Dziękuję za rozmowy godzinami na messengerze, z ludźmi których nigdy nie widziałam, a których znam tak dobrze, z ludźmi, którzy znają mnie i moje życie. Powroty są zawsze trudne, wyzwalają strach, niepewność, poczucie winy...ale ktoś mądry kiedyś powiedział, że rezygnować z marzeń ze strachu przed porażką, to tak, jakby popełnić samobójstwo ze strachu przed śmiercią, a chwila , w której chcemy zrezygnować, zazwyczaj jest tym momentem, przed którym ma się wydarzyć cud.
Więc jestem, obiecałam, nie mam zamiaru zrezygnować. Czy będę tak płodna jak kiedyś- nie wiem. Nie wiem czy potrafię jeszcze pisać, minęło już tyle lat, że czasami czuję się jak analfabeta. Czy starczy mi czasu? Czy będę miała o czym pisać ? Staram się o tym nie myśleć, kiedyś było tak samo, a jednak jakoś dawałam radę. Ludzie, którzy pytali się mnie kiedyś o czym jest mój blog, byli bardzo zdziwieni, jak mówiłam,że nie wiem, że jest... o niczym. Bo jakby się tak nad tym zastanowić, to o czym on właściwie jest? O mnie, domu, moim życiu, zwierzętach, gotowaniu,przemyśleniach, dzieciach, jakiś pierdoletach, które robiłam...moje zainteresowania były tak rozległe, że ciężko było mi sprecyzować. A słowa? Wypływały z moich ust z prędkością karabinu maszynowego. Tak mówię i tak piszę. Ludzie, którzy mnie nie znają, często gubią wątek, bo potrafię błyskawicznie przechodzić z tematu na temat, czasami nawet nie wypowiadając niektórych zdań, a jedynie myśląc. Wy byliście już do tego przyzwyczajeni, ale czas robi swoje, człowiek zapomina i niekiedy ciężko mu się odnaleźć. No nic, spróbujemy.
Moje życie zawsze było jak otwarta księga, co bynajmniej nie wynikało z chęci dzielenia się ze wszystkimi, wszystkim, a jedynie z mojej totalnej nieumiejętności kłamania. Czasami udawało mi się pewne rzeczy po prostu przemilczeć. Czasami, bo niestety z mojej twarzy można wyczytać wszystko- radość, miłość, żal, smutek, obrzydzenie. Nie umiem skrywać emocji, nie umiem udawać i kłamać, a w dzisiejszych czasach, wierzcie mi- to jest potworna ułomność i wada, przez którą niejednokrotnie cierpiałam. Choć mam takie myśli, pogrzebane gdzieś na samym dnie serca o których nie wie nikt. Takie myśli, że boję się ,że jak je wypowiem na głos, to się spełnią , bądź będzie właśnie na odwrót.Hmmm...tradycyjnie gadam i gadam, a właściwie piszę i piszę i sama już straciłam wątek. Z pewnością interesuje Was dlaczego przestałam pisać. No więc ( tak, tak, wiem..nie zaczyna się zdania od więc), a w ogóle co to za słowo |"więc", że niby od czego? Od więcej? W sumie nieistotne. Po prostu nie wiedziałam o czym. Widzieliście we mnie kobietę pełną radości i chęci do życia, wesołą, zaradną, silną, dawałam Wam nadzieję, wiarę na lepsze jutro, siłę napędową...żeby nie było, że ja tak sama o sobie, to wszystko Wasze słowa ( tutaj się śmieję, ale brak mi dwukropka na klawiaturze, więc nie mam jak wstawić emotikonka- musicie sobie wyobrazić ) I w pewnym momencie moje życie uległo drastycznym zmianom. Chcąc ratować to, czego i tak nie udało się naprawić, przestałam prowadzić firmę, dwa lata życia z karty kredytowej zrobiły swoje, popadłam w bardzo modną spiralę długów, a moje małżeństwo i tak rozpadło się po 23 latach, zaś dorastające dziecko dostarczało tak wielu wrażeń ,że zaczęło mnie to wszystko przerastać. Później , ktoś włamał się na mojego bloga i minęło sporo czasu nim udało się go odzyskać ponownie. Jednym słowem mój bezpieczny świat utkany z marzeń runął i się zawalił.I tak to się wszystko posypało...
W międzyczasie było raz lepiej raz gorzej. Przez 4 lata kochałam i byłam bardzo kochana. Dzisiaj jestem dokładnie w tym samym miejscu..znowu bez pracy,potwornie zraniona...liżę rany. Czasami zastanawiam się ile razy w życiu będę musiała zaczynać jeszcze wszystko od nowa, ale ponoć nie ma co narzekać,że się jest na samym dnie, skoro zmierzamy na szczyt. Tylko, że ja mam wrażenie,że nie jestem na dnie, a gdzieś głęboko pod mułem. Chwilowo jestem bardzo rozczarowana, czuję się oszukana i skrzywdzona, ale niestety jedyną złość jaką jestem w stanie odczuwać, to złość na samą siebie, za nastrój w jakim jestem,za zmarnowany miesiąc życia w którym nie potrafiłam się z niczego cieszyć. Ale twardo walczę, wytyczam nowe plany, dużo myślę i piszę, starając się przywrócić moje życie na właściwe tory, zamartwianie się nic nie zmieni, a życie ucieka w zastraszającym tempie, zaś każda sekunda przybliża nas do śmierci, szkoda więc czasu i trzeba żyć.Jednak ni cholery nie potrafię ogarnąć moim małym, kubusiowym rozumkiem sytuacji w której się obecnie znajduję. Wspomnienia nie pozwalają zrozumieć i zaakceptować tego co się stało. Czasami wolałabym ich nie mieć, ale to właśnie wspomnienia identyfikują nas jako indywidualne jednostki ludzkie, bez nich bylibyśmy jedynie pustą skorupą. Ostatnio czytałam, że co piąta osoba na świecie ma osobowość socjopaty i cholera mnie bierze ,że to nie mogę być akurat ja. Chwilami myślę,że dobrze by było nie wiedzieć co to empatia, obarczać innych za swoje zachowania i przewinienia, manipulować ludźmi dla osiągnięcia własnych korzyści, nie liczyć się z uczuciami innych i nie mieć przy tym poczucia winy- idealny człowiek na dzisiejsze czasy. A ja z socjopaty mam jedynie przyjemną powierzchowność, urok osobisty i inteligencję...no dobra, to żarcik taki był. Mam silny charakter, jestem twarda i choć czasami można mnie bardzo skrzywdzić, to i tak nie da się mnie złamać. W związku z tym twardo cieszę się, że słońce jak co dzień wstaje raniutko, że pomimo upałów jeszcze dycham, że mam jeszcze mnóstwo rzeczy tych materialnych i niematerialnych, których nie straciłam, że mogę czuć i mieć w sobie ludzkie uczucia, że Ryśka , największy koci śpioch w rodzinie, wstaje mimo wszystko razem ze mną o czwartej rano i pijemy sobie na tarasie poranną, a może nocną jeszcze kawę, że później niebo daje wspaniały spektakl kolorów, poczynając od różu przez złocienie po granat, aż zrobi się zupełnie widno i że pomimo wszystko i na przekór wszystkim i tak bardzo kocham to życie.
A poza tym co u mnie? Otóż Osioł zszedł sobie po cichutku w nocy, parę lat temu, w wieku lat 17. Schizy miewał przeokrótne, ale aż do końca cieszył się dobrym zdrowiem, choć Misiek mówił,że on zdechł parę lat temu,tylko o tym zapomniał, bo tak śmierdzi,że na pewno już się rozkłada. Obecnie jego schizy przeszły na Plastra, lat 16. W mózgu mu się przestawia. Od dwóch lat komunikuje się chyba ze swoimi przodkami wydając przy tym głośne i upiorne szczeknięcia, przez pół nocy. Murka odeszła w zeszłym roku, miała wadę genetyczną i nikt nie był w stanie jej pomóc. Ale ludzko/bydlęcy stan ni cholery się nie zmniejsza. Królik, żółw, Rysia , Mafja przez J czują się świetnie, aczkolwiek Mafja, wredna kocia suka, nie jest w stanie zaakceptować nowej kotki Chili, która trafiła do nas po tym, jak z powrotem ludzie oddali ją do adopcji , bo brzydka była ( no w każdym razie tak brzmiała oficjalna wersja, która została mi przedstawiona). Brzydka może taka nie jest, choć z mózgiem też ma niestety coś nie halo, bo myśli,że jest kotem i znaczy cały dom, obsikując przy tym ściany w iście kocim stylu. Ponad to, jakby w spadku została mi suka brzydka i znerwicowana, która to prezentem była. Ma teraz cztery lata, a wygląda starzej od Plastra, suka jest ludojadem, ale o tym napiszę już chyba kiedy indziej. Schizy ma również, bo to suka po przejściach. Choć po dwóch latach zamieszkiwania z nami i tak jest znaczny postęp. Daje się czasami pogłaskać, a jak dobrze, po dziesięciominutowych przepychankach, przyprze się ją do muru, to i szelki można założyć. Baaaa.... nawet już lubi spacery i nie zjada smyczy. Ponoć prezentów się nie oddaje, ale najwyraźniej niektórzy do tej zasady się nie stosują, bo została mi jeszcze kotka ogromna, Brendy, która jest młodsza od Chili, za to dwa razy większa i...o dziwo, nie boi się Mafji. Jeśli chodzi o remanent ludzki to Madzia mieszka cały czas ze mną, do Madzi Tośkę lat 6 należy oczywiście dopisać, no i tego od Madzi, też należy uwzględnić, bo pomieszkuje tu co weekend, no i właściwie co drugi tydzień. Ponad to jest oczywiście Nurka i Jej narzeczony. Już na stałe. Na stałe zamieszkał oczywiście, a nie na stałe z Nią będzie, bo z tym, to nigdy nie wiadomo jak się ułoży. Jakoś tak pomieszkiwał, pomieszkiwał, aż w końcu zamieszkał na dobre. No i oczywiście jestem ja. Łącznie na stanie posiadamy trzynaście ludzko psich pysków do wykarmienia i jeden na dochodne. I tak własnie w dużym, a nawet bardzo dużym skrócie wygląda obecnie moje życie. Obiecałam, napisałam... i tak jak obiecałam, zostanę. Przynajmniej na razie, dokąd mam całe mnóstwo czasu. Do szczegółów może przejdę w kolejnych postach. Jeśli chodzi o zdjęcia...to takie hmmm...poglądowe .Ostatecznie przerwa 6 letnia chyba robi swoje i niestety już nie jestem , tak jak wcześniej Wam pisałam kobietą po 30 z bardzo dużym hakiem, ale kobietą po 40 również z bardzo dużym hakiem. Prośbę mam wielką do ludzi, którzy tu wejdą.. w czym teraz piszecie posty? Tzn. w jakim programie? Mój , na którym pisałam nie działa pod Windows 10, a pisanie w bloggerze, zaś szczególnie dodawanie zdjęć, okazało się bardzo problematyczne. Później postaram się rozpracować może jakieś nowe szablony, ale póki co chyba nie mam do tego głowy. I choć minęło tyle lat, mój nowy komputer również szwankuje, a właściwie nie ma znaków specjalnych, tam gdzie być powinny. Czasami ma wrażenie ,że czas stanął w miejscu. Oooo... widzę,że znowu zaczynam gadać. No nic...uciekam już w takim razie.I bez hejtu mnie tu bardzo proszę, bo chwilowo jestem mało uodporniona na zadawane ciosy (uśmiech) Jeszcze raz bardzo, bardzo, bardzo Wam dziękuję i posyłam buziaki w wirtualną przestrzeń.

wtorek, 14 listopada 2017

Mój świat na opak…

Hejka Kochane, no i Ci nieliczni Kochani oczywiście. Znowu jestem, niestety chyba nie na długo. Właśnie wróciłam sobie ze szpitala, no dla uściślenia , to wróciłam  chyba 24.XI, ale cały ten czas przespałam. No, aż trudno mi w to uwierzyć. Jak z pewnością wiecie, tak przystosowałam swój organizm, że potrzebuję bardzo niewiele snu, aby zregenerować siły. A tu “suprajs”, spałam na okrągło, odbierałam jedynie telefony z pracy, bo rodzina i znajomi , to już nawet sumienia nie mieli,żeby dzwonić…no więc odbierałam telefony od pracowników, a właściwie dla uściślenia od pracownika,bo Kaś, to miał normalnie przyzwolenie na dzwonienie o dowolnej porze dnia i nocy:) Mówiłam co trzeba było powiedzieć, a przynajmniej tak się łudzę, że zbytnio nie bredziłam i spałam natychmiast dalej. Ja wiem,że dla ludzi sen jest normalnym zjawiskiem, ale Bóg mi świadkiem,że nie dla mnie. Po prostu mam za mało czasu w ciągu dnia i za dużo spraw na głowie, żebym mogła sobie pozwolić na dodatkowy komfort…nie wróć…ja tego komfortu nie potrzebuję. Budzę się normalnie, w zależności od okresu pomiędzy 4 a 6 rano, bądź też w nocy, jak dla niektórych i to mi w zupełności wystarcza :) Fajnie mam, nie ? Ile dodatkowego czasu na życie :)
Obraz 010-001 Obraz 011-001
Więc, wracając do tematu, od którego, jak to mam w zwyczaju notorycznie odbiegam, no ale przecież tyle rzeczy w międzyczasie człowiekowi wpada do głowy… no to wracając… spałam, spałam i spałam, budziłam się , jęczałam przerażona “o Boże” i spałam dalej. Hipochondrykiem, to ja raczej nie jestem, Ci co mnie znają, wiedzą,że raczej na odwrót, ale się normalnie wystraszyłam i stwierdziłam,że badania na cukrzycę sobie zrobię.A co! Może chociaż tego da radę uniknąć:) Ja nigdy, przenigdy w życiu tyle nie spałam, nawet po operacjach, gdzie mnie w śpiączkę farmakologiczną wprowadzili, nawet wtedy, jak mnie z sali wywozili, to mama mówi,że wszyscy to w maskach tlenowych wyjeżdżali i spali, a jak mnie wywozili, to od razu widziała,że to ja , bo machałam rękami i cały czas gadałam! Tym razem wszystko było na odwrót i powiem szczerze,że raczej niczego dobrego się nie spodziewałam po wynikach.Jak wiecie miesiąc “przed” przestaję przyjmować prochy, no i teoria , a i lata praktyki pozwalają posiąść wiedzę tajemną o tym jak się powinnam czuć, a czułam się zdecydowanie lepiej niż w tych samych sytuacjach przed laty. No więc, ja rozkminiacz jestem i wymyśliłam, że z pewnością coś musi odrastać, produkować TSH i dlatego lepiej się czuję, wiadomo…jak odrasta- to mogiła :). Mniej mnie bolało, cierpiałam na zdecydowanie niższy debilizm , niż zazwyczaj, a do tego całkiem dobrze widziałam i utyłam tylko chyba 4 kilo, co prawda i schudłam wcześniej sporo, no ale mimo wszystko! Gdzie hamowanie 15 metrów przed cudzym samochodem, bo się wydaje,że w dupę komuś wjeżdżam?! ( a propos Grabąszcza, w międzyczasie miałam dwa wypadki, no wypadek to może za dużo powiedziane, ale stłuczki, i żeby nie było NIE Z MOJEJ WINY- a to ja ślepa powinnam być!), ogólnie to jakoś wszystko mniej mnie bolało, mniej spuchłam i nawet do pracy chodziłam z mniejszym, niż zazwyczaj w takich sytuacjach wysiłkiem…Reasumując: czułam się podejrzanie za dobrze, a to paradoksalnie niczego dobrego nie wróżyło! Nadeszła godzina zero…do szpitala jechałam 3,5 godziny…pryszcz…zaledwie przez całą Warszawę, ponieważ ostatnio jechałam podobnie,więc tym razem wyszłam wcześniej, tak żeby się nie spóźnić.
Obraz 487-001Obraz 488-001Obraz 491-002Obraz 486-001   
Dziki atak śmiechu wstrząsnął mną, jeszcze na wioskach, przed rondem kiedy stałam w ogromnym korku, a ze wszystkich stron otaczała mnie kapusta, z pewnością naszpikowana ołowiem, od korzenia po sam czubek głowy!Tak się śmiałam, że na kolejnym 15 minutowym postoju w korku, usnęłam….widocznie już zaczęłam wtedy zapadać w zimowy sen :) Obudziło mnie trąbienie i znowu uczucie,że za dobrze się dzieje, bo wystarczyło nogę z gazu zdjąć ,żeby Grabąszcz zaczął się toczyć- on tak ma.Po 20 minutowym krążeniu po parkingu, gdzie od wjazdu napis głosił “BRAK WOLNYCH MIEJSC”, a innych miejsc musicie wiedzieć, tam nie ma do zaparkowania, bo wszędzie wbili słupki ( cwaniaki, bo na parkingu gdzie zawsze brak wolnych miejsc, za każdą nową godzinę, trzeba zapłacić 4 zeta), więc człowiek jakby wyjścia nie ma i krążyć musi,udało mi się wbić dziobem jeździdełka na chodnik , pomiędzy dwa samochody, a tyłek zostawić na środku ulicy.Stwierdziłam, że teraz na pewno wszystko wróci do normy, pech się zacznie i jak wrócę za parę godzin, to z dupy pewnie garaż będę miała. Karnie odsiedziałam w poczekalni, czekając na zarejestrowanie się przede mną 270 osób:) i po paru godzinach, udało mi się dojść do drugiej rejestracji :)))Nie da się ukryć ,że nasze szpitale uczą cierpliwości i pokory, no ale ja jak zwykle przygotowana…szydełko, igła, nitka…jakieś hafciki…
Obraz 512-001 Obraz 511-001
Jak wiecie, mojej karty nigdy nie ma, zawsze są zdziwieni,że znowu doszłam i jeszcze raz się udało. Więc, już chcę poinformować przerażoną panią z recepcji, która ewidentnie o mnie, rozmawia przez telefon, żeby się nie stresowała, bo karta nie zginęła, tylko do archiwum trzeba,że mnie zawsze wyciągają z powrotem z zaświatów :) Karta była! Wszyscy już czekali! Na mnie! Mało tego…miałam iść od razu na badania BEZ KOLEJKI! Co jest? Nikt mnie przeca wcześniej o samopoczucie nie pytał,żeby wiedzieć, że jest inaczej! Zawsze wchodziłam na końcu! Ha…rozkminiłam  …jak nic studenci znowu się będą na mnie uczyć! Jestem potrzebna , jako królik doświadczalny i przykład,że coś co powinno być pogrzebane w podziemiach, znowu , wbrew logice dopełzało do szpitala:) A proszę bardzo, niech się uczą, w końcu na kimś trzeba. Zrobili mi badania-bez kolejki! Weszłam na USG- studentów brak. Pan doktor powtarzał cały czas…pięknie, cudnie….hmmm….” Normalnie zaczęłam się bać, co on tam cudnego widzi, jak dziura tylko powinna zostać! Kolejne badania, znowu słyszę “…Pani K?…No K…to proszę do gabinetu, bez kolejki…” I tak cały dzień…wszędzie bez kolejki, wszędzie cudnie i pięknie, a do tego wszyscy mili i uśmiechnięci! A może ja tak jak Osioł już umarłam i nie zauważyłam,że wszystko jest raptem takie piękne ??? :) Może to nie była stłuczka, tylko wypadek poważny, zginęłam raptem, gwałtownie i tragicznie i dlatego nie pamiętam, a życie wydaje się cudne nawet na onkologii ? Od tych uśmiechów niespodziewanych ,od tych wszystkich cudowności i piękności, znajdujących się w mojej , zdecydowanie już mniej, niż kiedyś, pięknej szyi, zrobiło mi się bardzo dziwnie.Obraz 525














Obraz 520-001
Obraz 523-001
  Obraz 530-002
Wyszłam zbita z tropu, żegnana uśmiechami i życzeniami miłego dnia. Grabąszcz stał wbrew wszelkiej logice, również w stanie nienaruszonym! Kolejny dzień…wyszłam jak zwykle wcześniej…dojechałam w godzinę! Miejsce na parkingu, gdzie zawsze “ BRAK WOLNYCH MIEJSC” znalazłam natychmiast i nic nawet na ulicę nie sterczało O mamuniu…zaczyna się …kolejny , szczęśliwy dzień w raju. Podeszłam pod gabinet, na kolejne badania,kolejka…opóźnienie ok godzinki..usiadłam czekam, aż mnie wywołają..oczywiście bez kolejki… otwierają się drzwi, podrywam się z krzesła i słyszę…Pani S…? Jak to nie K..? No cóż, ja tam przygotowana jestem :) Szydełko, niteczki, hafciki…Weszłam….hmmmm…. po dwóch godzinach, leżę…wszyscy uciekli….machineria zniża się do mojej pięknej i cudnej szyi i zaczyna dymić….wiecie jak to jest ze mną i wszelkim sprzętem elektronicznym :) Dymi coraz bardziej, uruchamiają się alarmy i zaczyna wyć! Wbiegają ludzie…co Pani zrobiła…???!!!! No kurde, wzrokiem Bazyliszka ją spaliłam! No co ja jej do diabła mogłam zrobić ??? Proszę wyjść!!!Natychmiast- słyszę. Oki, oki…już spadam. Idę pod gabinet, gdzie wcześniej zaklepałam kolejkę, bo tak zawsze mamy robić. Mówię,że ja za tą Panią…kolejka zaczyna syczeć ze złości i oburzenia…. szkoda bardzo, przyjdzie sobie taka na końcu i się wpycha…ciekawe jeszcze ile takich,co tu niby było przylezie…wie Pani, ja przepraszam, ale wydaje mi się to jakby mało sprawiedliwe….no ja rozumiem, ale wie Pani…ja mam daleko do domu….Jednym słowem standard. Grzecznie tłumaczę,że ja bez kolejki, bo promieniuję i że to zawsze tak jest, nikt mnie nie słucha…kłótnia trwa. Zczołgałam całą kolejkę psychicznie, a wprawiona na dzieciach jestem, więc wychodzi mi to bardzo dobrze, dałam popis oratorski i grzecznie stwierdziłam,że i owszem ja mam czas, jestem przygotowana ( niteczki, hafciki, szydełko :) i szkoda mi energii i życia na kłótnie w kolejkach, więc proszę bardzo, ja przepuszczę, czemu by nie…proszę niech wchodzi, kto tylko ma ochotę….części jakby głupio się zrobiło, ale i tak weszli:) Reszta siedzi, tak gdzieś jeszcze na 4 godzinki stania, jak wejdą wszyscy przede mną…w sumie co mi za różnica, w domu i tak kwarantanna, więc gdzie mi się spieszy? Myślę sobie…maszyny dymią, ludzie nie chcą wpuszczać, jak zwykle…jestem w domu nie w raju…jednak nie umarłam :) Wszystko wraca do normy, aż tu nagle otwierają się drzwi i słyszę “….Pani K…? Ano K….proszę do gabinetu…”. Kolejka milknie speszona, mi mina rzednie…chyba jednak dalej nie żyję, to był tylko epizod w raju, jak nic! Szkoda…no bo wyniki…echhh życie, no ale w sumie jak złe, to niebo i tak blisko :)Wchodzę jak na szafot…ojej …przepraszam, nie mamy jeszcze Pani wyników, proszę zaczekać w poczekalni…Wychodzę z uśmiechem na twarzy i pytam…wiecie Państwo czym się różnimy? Odpowiada mi cisza… Ano tym,że ja się teraz czuję z pewnością lepszym człowiekiem niż Wy, a i tak weszlibyście  przede mną bez kłótni i awantur…i warto było tak na mnie wrzeszczeć ?:) Nie ukrywam,że czułam się wspaniale, jednak ludzie na starość robią się złośliwi :) Weszłam ostatnia…. i usłyszałam….pięknie, cudnie…ma Pani świetne wyniki:) Tak dobre, że możemy troszkę podwyższyć poziom TSH…nawet do 0,2…Tak świetne, że nawet zwolnienie skróciłam o dwa tygodnie :)Generalnie jak zobaczyłam ile napisałam, to doszłam do wniosku, że jednak straszna ze mnie gaduła! A wystarczyło przecież tylko napisać : Wiecie, mam świetne wyniki, jest ok :)
Dzisiaj już nie spałam, uczę się od rana, niedługo mam jakieś okropne egzaminy, a jak nie zdam,to wstyd będzie wracać,więc chyba wypowiedzenie będę musiała złożyć…Ychhh… w razie czego miejcie to na uwadze już dzisiaj, bo debilizm w wyniku nie łykania prochów znika bardzo powoli, muszę zejść z aktualnego poziomu TSH 187 do 0,2 :) To niestety trwa, a egzaminy lada moment i jakby nikogo nie obchodzi moje chwilowe zidiocenie :(
Obraz 582-002
Te fotki przeróżne, to jakieś stare.Gdzieś po drodze, zmieniały się pory roku, moje dzieci (większość na zdjęciu ), przychodziły i wychodziły,piekłam torty, Tośka miała imieniny w Halloween …mój poziom TSH był wtedy jak najbardziej w normie, to tak dla wyjaśnienia zdjęć, za to zastanawiam się, czy aby moje starsze dziecko nie powinno się przebadać, bo jej życzenia zszokowały nawet mnie :) Nigdy nie spodziewałam się,że niemowlakowi będę czarne torty piekła, miał być z nagrobkiem…ale ograniczyłam się do krzyża :)
A na koniec wyjaśnienie dla tych, którzy nie wiedzą o co kaman :) Ja zawsze przyjmuję za pewnik,że wchodzą tutaj tylko Ci, którzy mnie “znają od lat…więc dla niezorientowanych , proszę bardzo :
Pozdrawiam Was cieplutko, życząc dobrej nocki, posyłając wirtualne buziaki i twierdząc ,że niebo jest na ziemi, a służba zdrowia przechodzi coś jakby na kształt reformy :) W czwartek wracam juz do pracy, później egzaminy i szkolenia, a tu trzeba by już wstawiać piernik dojrzewający i pierniczki chyba zacząć piec i pewnie dom sprzątać, po mojej bytności w zamknięciu…więc… niestety nie wiem kiedy znowu wrócę, ale staram się…no naprawdę się staram, choć wiem,że tak to nie wygląda :)
Buziole kochani i do usłyszenia :)

sobota, 20 października 2012

Sobota na Cytadeli

Staramy się myśleć jak najmniej i jak najwięcej śmiać. 15-go października pożegnaliśmy Lotkę…niby naturalna kolej rzeczy, a jednak tak bardzo boli…nikt już nie wali piętami o podłogę, w środku nocy, a ja i tak nie mogę spać. Tyle lat, tyle wspomnień, tyle radości i śmiechu..a teraz cisza i pustka…
I modlę się,żeby znajomi lub sąsiedzi, znowu czegoś nie kupili, co znudzi się po jakimś czasie, bo ja naprawdę nie mam już siły. Za każdym razem ubywa jakaś cząstka mnie, znika bezpowrotnie i nic, ani nikt nie potrafi jej zapełnić.
Obraz 230-001
Wbrew wszelkim przeciwnościom losu, pomimo sześciu kotów, zamieszkujących obecnie mój dom, staram się nie zwariować i dalej cieszyć życiem, a wiadomo…chcieć, to móc. Rano ocieram łzy, odpędzam wspomnienia, a na twarz przywołuję uśmiech,  później jest już z górki . Tak więc porzucam przykre tematy i wracam do szarej, a właściwie, bardzo barwnej codzienności. Grabąszcz się popsuł, a przynajmniej tak myślałam…Misiek we Wrocławiu, więc jakby nie miał mi kto sprawdzić co i jak. Rano wychodzę, wciskam guzik w pilocie…a tam nic, ani drgnie. Kluczykiem otworzyłam, piszczeć zaczął niemiłosiernie.Po przekręceniu cisza… jak nic pewnie coś z elektryką, szlag mnie trafił, bo jeździdełko , jest mi do funkcjonowania niezmiernie potrzebne.Myślę sobie, pożyczę samochód od Mamy, a w sobotę przywiozę jakiegoś magika i niech myśli co i jak. Niestety po powrocie z pracy, okazało się,że dom mi zalewa , a strumienie wody leją się po ścianach. Pękła bateria przy wannie i przelewało się przez strop do kuchni i salonu. Dzieci moje nie dość ,że ślepe (czytaj : post o pledzie ), bez powonienia i smaku ( czytaj: post o lawendowych ciasteczkach ), to jeszcze okazały się głuche! Woda lała się strumieniami , zupełnie jak w tężniach, a one mi mówią ,że nic nie słyszały! No ręce opadają normalnie. Dzwonię do Marcina i mówię ,że dom zalewa, powiedział ,że w nocy przyjedzie i odetnie wodę.Przy okazji jakoś wspomniałam o Grabąszczu, że bydle ducha wyzionęło i że może by go, jak już będzie, zaciągnął na warsztat. Wykład zrobiłam ,że jak nic to coś z elektryką musi być, bo nawet pilot nie działa. Misiek diagnozy dokonał telefonicznie….padła bateria w pilocie, a że pilot odcina immobilaizer, to z pewnością dlatego nie działa….wjadę gdzieś po drodze do Tesco i kupię.
Obraz 152-001
Obraz 217-002Obraz 169-001   Obraz 234-001
Nie wiedziałam już,czy śmiać się czy płakać…To była tylko głupia bateria, a ja zaangażowałam w to cały tłum ludzi i do tego zastanawiałam się cały czas, jak mam wywlec niejeżdżący samochód i przetransportować go na warsztat! Bateria jednak wcale nie okazała się taką prostą sprawą, Misiek i owszem kupił, ale takich dziwnych nie było, więc kupił większą i na jakimś pręciku podłączył, Grabąszcz otworzył się i odpalił, bez najmniejszego trudu, ale baterii nijak nie udało mi się upchnąć w pilocie. Zatrzymywałam się po pracy na różnych stacjach benzynowych, ale nikt takiej na stanie nie posiadał. I tu w końcu dochodzę do sedna sprawy, a mianowicie do dnia dzisiejszego.

Obraz 455-001 Obraz 165-001 Obraz 197-001 Obraz 322-001
Sobota i niedziela, to dla mnie czas odpoczynku ( nawet ze ścierą odpoczywam, to  u mnie taki specyficzny sposób relaksowania się :), czas poświęcony rodzinie i mniejszym lub większym przyjemnościom, czas spędzony w ogrodzie i na spacerach, ale nie w supermarketach, na zakupach. No chronicznie wręcz nie znoszę robienia zakupów, a już na pewno nie w weekend, kiedy to nie wiadomo dlaczego pół  Polski, w ramach rozrywki, pęta się po sklepach. Na zakupy potrafię pojechać w środku nocy do Tesco i wtedy jestem pierwsza w kolejce do kasy, nie przepycham się pomiędzy ludźmi, nikt mnie nie trąca, nie popycha wózkiem…a weekendów po prostu mi szkoda, na takie wątpliwe atrakcje.Ale dzisiaj nie miałam wyjścia, trzeba było pojechać po baterię, której nigdzie nie było. Tak więc, żeby dwa razy czasu na zakupy nie tracić, musiałam je zrobić w weekend.Stwierdziłyśmy z Madzią,że skoro już musimy jechać, to może wskoczymy przy okazji do jakiegoś parku, a żeby dnia nie zmarnować, więc wybrałyśmy ten najbliżej i padło na Cytadelę.
Obraz 236-001
Mamy samochodzik jest zdecydowanie mniejszy od mojego, a upchnięcie w nim Tośki wraz z fotelikiem i wózkiem, okazało się rzeczą bardzo skomplikowaną, aczkolwiek wykonalną. Problem był jedynie z wrzucaniem biegów, a konkretnie piątki i wstecznego. Zakupy zrobiłyśmy w tempie iście ekspresowym, baterię udało mi się kupić dopiero w piątym sklepie, ale na Cytadeli , byłyśmy już przed  południem.
Obraz 206-001Obraz 331-001
Obraz 451-001 Obraz 193-001
Tarzałyśmy się w liściach,chodziłyśmy ścieżkami, które przemierzałam tak wiele razy, karmiłyśmy nad stawem kaczki…
Obraz 280-001
Obraz 295-001
Obraz 315-002 Obraz 335-002 Obraz 414-001 Obraz 429-001
Obraz 435-001 Obraz 445-001Obraz 448-002 Obraz 474-001
Wróciły wspomnienia. Moi dziadkowie mieszkali na Żoliborzu Oficerskim, tuż obok Cytadeli, a później mój Tata, więc bywałam tam bardzo często i  muszę przyznać,że nie zmieniło się zupełnie nic…no może z wyjątkiem sesji ślubnych. … co jest dla mnie rzeczą zupełnie niezrozumiałą i paradoksalną…Pod Bramą Straceń, ustawia się kolejka młodych par i cierpliwie czeka na swoją kolej…
Obraz 460-001
Obraz 467-001
Obraz 468-001 Obraz 462-001
I choć zdecydowanie wolę swoją wioskę od Warszawy, to jednak uczciwie muszę przyznać, że są w stolicy takie miejsca, do których lubię powracać. Do domu wróciłyśmy przed zmrokiem i choć wiele się jeszcze wydarzyło, to jednak jestem zmuszona kończyć, bo ledwo patrzę na oczy.Może w końcu, uda mi się przespać noc.
Obraz 477-001
Obraz 483-001 Obraz 475-001
Pozdrawiam Was cieplutko,życząc słonecznej i pięknej niedzieli.
Dobranoc