Ogrody Tematyczne Hortulus - czy warto cz.I

czwartek, października 01, 2020

Ogrody Tematyczne Hortulus - czy warto cz.I



 


W końcu udało mi się dojechać do Ogrodów Hortulus i powiem Wam, że tylko dla nich pchałam się samochodem do Darłowa. W przeciwnym razie skorzystałabym z pewnością z pociągu, bo nie dość ,że szybciej , to i taniej...no i nie trzeba prowadzić przez 10 godzin, szczególnie, w momencie, kiedy tak jak ja wyjeżdża się zaledwie na cztery dni. 

Ale ponieważ są to totalnie nie moje rejony, więc z dużym prawdopodobieństwem już tam nigdy nie zawitam, chociaż druga część ogrodów zajmuje obszar 8 ha z planowanych 30, więc kto wie. W każdym bądź razie na chwilę obecną, nie mogłam przepuścić takiej okazji, więc wybór padł na Chrabąszcza. Z Darłowa do Dobrzycy jest ok 60 km, więc drugiego dnia rano wyruszyliśmy.



Na miejsce dotarliśmy ok. godz. 9.30 czyli na samo otwarcie. Jeśli chodzi o cenę to za to co oferują ogrody, nie uważam żeby był wygórowana, a wszystko sprawdzicie klikając w link  --> cennik biletów 

Ogrody podzielone są na dwie części, a czas przewidziany na zwiedzanie obu to ponoć 3,5 do 4 godzin. Piszę ponoć, jako że nie mam pojęcia jak to można zrobić w tak krótkim czasie. Nam zwiedzanie ogrodów zajęło zdecydowanie dłużej. Wyszliśmy przed samym zamknięciem czyli ok. godz. 20.30. 



Zdecydowanie polecam zakup biletów do dwóch ogrodów od razu, dzieli je odległość 2 km.  Jeśli chodzi o dzieci...byliśmy z Tosią lat 8. Dziecko z reguły raczej nieprzyzwyczajone do dłuższego chodzenia , dawało sobie wyśmienicie radę. I tutaj sugerowałabym zacząć zwiedzanie od ogrodów tematycznych, które są mniejsze, zaś później przenieść się do drugiej części, która łączy zwiedzanie z wyśmienitą zabawą dla dzieci i dorosłych ( pod warunkiem, że Ci drudzy, nie zatracili ducha przygody i potrafią się bawić :)

OGRODY TEMATYCZNE HORTULUS

Dzisiaj przedstawię Wam po krótce tylko Ogrody Tematyczne.

Cały obszar podzielony jest na 28 ogrodów tematycznych, nawiązujących do kolorów, narodowości, i przeróżnych  bajkowych scenerii. Tak więc mamy tutaj ogrody angielskie, japońskie, francuskie, ogród czerwony, błękitny, biały ale także zakątki z aniołami, leśnymi skrzatami ,czy ogród w stylu Gaudiego. Wszędzie jest mnóstwo zaułków z ławeczkami, hamakami, więc jeśli jesteśmy zmęczeni , bez problemu znajdziemy miejsce do odpoczynku. Znajduje się tu również dobrze wyposażone Centrum Ogrodnicze. Natomiast mała gastronomia, to jedyne miejsce na terenie całego kompleksu, którego zdecydowanie nie polecam, może oprócz lemoniady, która jest dobra. Co prawda jadąc tam na cały dzień i tak właściwie nie mamy wyjścia i musimy coś zjeść, ale jedzenie samo w sobie pozostawia wiele do życzenia.  No chyba ,że jesteśmy mięsożercami , więc spokojnie wtedy możemy zjeść kiełbachę z frytkami, bo tego raczej zepsuć się już nie da.
Same ogrody są piękne, zadbane i dopieszczone w każdym calu. Różnorodność tematyki , kwiatów, drzew, małej architektury i detali, jest tak duża, że każdy znajdzie z pewnością coś dla siebie. 

Zwiedzanie zaczynamy od ogrodu japońskiego. Czerwone mostki, altany, dzwonki.. naprawdę nie można mieć wątpliwości , gdzie się znajdujemy.

 
A później jest już tylko piękniej. Mijamy przepiękne rabaty, bajkowe zaułki, ogromne drewniane rzeźby i chatki.







Jeśli chcecie zobaczyć więcej, zapraszam na mój Instagram , gdzie w wyróżnionych relacjach dodane są zdjęcia z Ogrodów. Kolejne moje marzenie, to ogrody Kapias i bardzo chciałabym je zobaczyć jeszcze w tym roku. Jesień w ogrodach też jest bajkowa, szczególnie Babie Lato. Póki co pogoda nie sprzyja, no ale przecież , to dopiero początek jesieni. 




Jeśli znacie jakieś inne ogrody, które można zwiedzać, koniecznie piszcie. Jestem ogrodowym maniakiem. Uwielbiam wszystko, począwszy od gazet, poprzez programy telewizyjne, szkółki roślin, a kończąc na zwiedzaniu.

W kolejnym poście, pokażę Wam drugą część ogrodów. Jak dla mnie, chyba piękniejszą.
A póki co pozdrawiam serdecznie  i do usłyszenia wkrótce.


Jak urządzić biuro za grosze

piątek, września 18, 2020

Jak urządzić biuro za grosze



Atelier z recyklingu

Część z Was mnie dobrze zna, w związku z tym wie jaki mam stosunek do bezsensownego wyrzucania i kupowania nowych rzeczy. A dla tych co nie wiedzą, bądź też dopiero mnie poznają, wyjaśniam , że nie znoszę tego całym sercem, znaczy się rzeczy nowe to czasami i owszem, lubię kupować, ale naprawdę ze względu na posiadaną ilość i coraz większą świadomość ochrony środowiska, staram się ograniczać do minimum. Natomiast jestem z tych osób , które doszukują się piękna w byle śmieciu i z lubością przygarniam to, czego inni nie chcą. Zdecydowanie wolę naprawiać i przerabiać, niż wyrzucać. Myślę,że któregoś dnia, stanie się w końcu to co nieuniknione i będzie taki post, z zatrważającymi cyferkami odnośnie zanieczyszczenia środowiska i dewastacji świata w którym żyjemy. Tak...z pewnością będzie, bo znam siebie, a jak tylko o tym pomyślę, to aż się we mnie gotuje ze złości. 
Ale wracając do tematu , to chciałam Wam pokazać dzisiaj moje domowe biuro, które z całą pewnością można nazwać "Atelier z recyklingu ". Myślę,że na palcach jednej ręki można tu policzyć rzeczy, które kupiłam. A jeśli już kupiłam, to z całą pewnością zostały wykorzystane w innej formie " enty " raz, jako,że dosyć szybko mi się wszystko nudzi i potrzebuję zmian. Zmian, które nie wymagają ode mnie znacznych inwestycji finansowych.


Atelier czyli jak urządzić biuro


Zmiany za grosze
Pomieszczeń mi nie brakuje, tak więc pomimo sporej ilości stonki, zamieszkującej mój dom, mogę sobie pozwolić, bez żadnych wyrzeczeń, na posiadanie własnego kąta. Chociaż Nurka uważa,że życie jest niesprawiedliwe, a kołyskę to podwiesi sobie kiedyś chyba pod sufitem. Ale póki co Nurka się nie rozmnożyła, więc jakby w zupełności jeden pokój jej wystarczy...oczywiście jest to moje , bardzo subiektywne zdanie, ale jak wiadomo domowym dyktatorem jestem, więc innego nie dopuszczam.
Pokój , w którym znajduje się Atelier, to była sypialnia Madzi, która z racji powiększenia rodziny , przeniosła się do innych, większych pokoi. Pokój z deczka zdewastowany, bo moje dziecko , czarownicą swojego czasu zostać chciało, wobec czego na podłodze wypaliła przez przypadek jakieś tajemne kręgi, a i stan parapetu, na którym oprócz ziółek płonęły kaktusy, również pozostawia wiele do życzenia...
Pokój oczywiście odmalowałam, sufit przemalowałam bardzo mocno rozcieńczoną farbą ( bo na Boga, po co płacić za specjalne farby, skoro oni pewnie do zwykłej dodają tylko wody. Patent na rozcieńczoną farbę "wynalazłam" malując kiedyś pokój Dominiki i wycierając umyty w wodzie pędzel o kawałek deski...tak super wyglądało, jak wyschło, że natychmiast pomalowałam u niej identycznie sufit, używając jedynie wody po czyszczeniu pędzla, tak aby prześwitywała struktura drewna. Boazeria, choć niemodna, pozostała w niezmienionej formie, jako, że  ja bardzo lubię drewno, a modą zupełnie się nie przejmuję. 
Pierwszy mebel, który stanął to regał... dzieci po matce obrotne, regał przytaszczyły z gabarytów. Gabaryty, to dla niewtajemniczonych takie cuś, gdzie ludzie wywalają pod płot , to co im niepotrzebne, a śmieciarka dwa razy do roku odbiera. Otóż ta śmieciarka to za dużo roboty nie ma, bo o ile parę lat temu , można było wybierać i przebierać, o tyle teraz zaczyna się samochodowy wyścig szczurów i naprawdę bardzo ciężko jest już coś upolować.

Komoda na której stoi globus ( Misiek mi przywiózł z rok temu, bo wie, że lubię stare rzeczy) , została w pokoju, moje dziecko nią wzgardziło wyprowadzając się, więc z chęcią przygarnęłam.  

Kanapę udało się uratować w drodze na śmietnik, bo Madzia większego łóżka potrzebuje. I super, bo na tej z powodzeniem mieszczę się ja plus trzy, a czasami i cztery psy, co będziecie mogli zobaczyć na filmiku, który mam nadzieję ,że odpali po opublikowaniu posta. Jeśli nie, to zawsze możecie obejrzeć na Instagramie , a dla tych co nie lubią IG, na Facebooku



Nawet ta cudnej urody lampka gabinetowa na biurku jest z gabarytów... nie rozumiem ludzi :)

I teraz najważniejsza zmiana, dzięki której post ten powstaje. No dobra, może dzięki Waszym pytaniom odnośnie  biurka z którego jestem  niesamowicie dumna.

Biurko

Biurko, to tak naprawdę ogromny stół, kawałek drugiego stołu, drzwi od szafy, 2 nóżki ze starej półki ( z pozostałych dwóch zrobiona jest patera, która stoi na stołku ) i stara, odmalowana szafka z Ikei na której opiera się półka-czyli bok szafy. 



Poniżej zdjęcie obrazujące próbki kolorów farby:

jakie farby wybra©


Z tych samych mebli biurowych , powstała wcześniej garderoba , a filmik możecie obejrzeć tutaj :  Garderoba z biurowych mebli. Mebli było całkiem sporo, jako że swojego czasu miałam dwa biura, które były wyposażone w identyczne meble i tu od razu pragnę zaznaczyć ,że meble biurowe nabyłam już używane, u mnie były co najmniej 15 lat, więc wiekowe też już są. 

Pytaliście jak malowałam, więc już pędzę wyjaśnić. 

Meble zostały delikatnie przeszlifowane, odtłuszczone rozpuszczalnikiem, a później pomalowane najtańszą białą farbą akrylową jaką znalazłam w markecie budowlanym ( miałam wcześniej farbę kredową, która miała być do mebli i totalnie się nie sprawdziła ) przy pomocy wałeczka z gąbki. Następnie drogą kupna zanabyłam szablon za 19 zł i malutką farbę ( 100 ml. ) niby specjalną do szablonów. Farba dobra, ale kolor okazał się nie taki jak chciałam, w związku z tym farbę zabarwiłam już tradycyjnie bardzo mocną kawą rozpuszczalną ( oczywiście rozpuszczoną w minimalnej ilości wody ). Stary, sprawdzony przeze mnie sposób, kiedy to klienci w ramach zemsty, przynosili mi tonami kawę rozpuszczalną, której nigdy w życiu nie piłam. Post o wcześniejszym wykorzystaniu kawy znajdziecie tutaj : POKÓJ KAWĄ MALOWANY 
Troszkę to upierdliwe, bo trzeba czekać aż jeden motyw wyschnie i dopiero malować kolejny , ale efekt jest boooskkki. Osobiście jestem zachwycona i naprawdę bardzo mi się podoba. A Wy ? Co sądzicie ?

Dodatki

W momencie, kiedy już wymyśliłam kolorystykę przyszedł czas na dodatki, tak aby wszystko do siebie pasowało i tworzyło spójną całość . 
I tym sposobem zrobiłam:

Pojemniczki na ołówki i długopisy:

z opakowań po serkach Almette. Wystarczy przykleić sznurek klejem na gorąco i gotowe . Pojemniczki mają ogólnie sporo zastosowań, bo w garażu mam pomalowane na biało i trzymam w nich przeróżne śrubki i gwoździki. 



Kosz na śmieci:

Stary zardzewiały kosz, dostał nowe ubranko, w postaci pogniecionego i zawoskowanego szarego papieru ( choć za Boga nie mogę zrozumieć, dlaczego on jest szary, skoro jest brązowy? To zupełnie tak jak z białym winem, które tak naprawdę jest żółte, a do tego robione z zielonych winogron...wszystko to jest bardzo logiczne...).  Parę okrążeń grubym sznurem i gotowe. Niby w Ikea kosztuje 12 zł tylko, na ale po co przepłacać, za coś co i tak piękne nie jest. No dobrze, może i jest , ale do nowoczesnych pomieszczeń, a nie do mnie.






Tablica / organizer na ścianę

Rzecz dla mnie niezbędna, jako że ja wszystko planuję i rozpisuję. Oczywiście nie zdążyły jeszcze na niej zawisnąć setki moich notatek, więc widać jak wygląda. Płótno malarskie przykryłam cienką gąbką, obiłam resztkami zasłon z pokoju Dominiki  i rozpięłam sznurek. Można zarówno w nią wbijać pinezki, jak i wtykać za sznureczki, tak więc jest bardzo wygodna i prezentuje się całkiem nieźle.

Obraz na ścianę

Obraz to może zbyt dużo powiedziane, bo wyjęłam jedynie plakat, a na tekturze, która została, odbiłam dokładnie ten sam szablon co na biurku, tylko że tym razem w białym kolorze. Wianuszek , który wisi na obrazie, ma już swoje lata, a pierwsze takie zrobiłam iks lat temu i pewnie niektórzy jeszcze pamiętają. Do dnia dzisiejszego, tworzę je sukcesywnie, w momencie kiedy zjemy wystarczającą ilość orzeszków i jest dość łupinek.



Patera

Patera przywędrowała z sypialni i zrobiłam już ją jakiś czas temu , ze starych tac, nóżek od półki ( tych samych co przy biurku ) i kawałka metalowego karnisza. Baaa...nawet nóżki ma z jakiś takich gałek od tej samej półki.

No i jest jeszcze obraz z łosiem, który namalowałam w momencie, kiedy rok temu zapragnęłam zostać przez chwilę artystą :)




Krzesła

Na krzesłach spała wcześniej Sonia ( kot mojej Mamy). Mama nie mogła ich  doprać, a że się przeprowadzała, więc w efekcie trafiły do mnie.  Do prania polecam piankę do prania tapicerki samochodowej. Madzia gdzieś wyczytała w necie i sprawdza się rewelacyjnie.





I to już z grubsza wszystko. Biurko jest naprawdę duże, ma półki pod blatem. Mieści wszystkie moje statywy, pudła , aparaty.. jest miejsce na dwie drukarki i tysiące innych pierdół.  Niestety nie zmieściły się tylko tła fotograficzne i dalej leżą na regale, no ale ostatecznie to jest przecież pokój do pracy :)

Pozdrawiam Was cieplutko i mam nadzieję, że do usłyszenia po krótszej przerwie niż ostatnio. 



Być jak Tasha Tudor - część pierwsza

wtorek, maja 19, 2020

Być jak Tasha Tudor - część pierwsza



  Tęsknota za czymś nieokreślonym

Odkąd tylko sięgnę pamięcią kochałam zwierzęta i przyrodę. U dziecka wychowanego w bloku,  na warszawskich Bielanach było to dosyć niespotykane, chodziłam po Lasku Bielańskim wsłuchując się w śpiew ptaków, na wiosnę ściągałyśmy buty i latałyśmy z przyjaciółkami w strumyku, wyciągając z niego szklane butelki po piwie i opony , w ramach oczyszczania świata ( ludzie kiedyś też śmiecili, tylko może bardziej ekologicznie, bo plastiku nie było ), robiłam pikniki w starym sadzie i godzinami patrzyłam przez okno, na wypasające się na przeciwko krowy..tak, tak Kochani, kiedyś w Warszawie żyły sobie spokojnie krowy, a świat wydawał się piękniejszy. Zazdrościłam koleżankom, które miały Babcie na wsi i wyjeżdżały na wakacje, moja rodzina od pokoleń mieszkała tylko w mieście, więc ten komfort, który dla moich koleżanek był udręką, dla mnie był szczytem marzeń. Później Rodzice kupili działkę i choć raczej bardziej była to miejscowość rekreacyjna, niż wieś, to jednak pamiętam jaką radością było dla mnie chodzenie z Mamą na targ, gdzie przyjeżdżały konie, gdzie mleko było sprzedawane w bańkach, pachniały pomidory i unosił się zapach słoneczników i floksów, które leżały obok świeżutkich serów i jajek. Marchewki z długą nacią, z których później gotowałam zupę na ognisku, świeże ogórki z octem, połykane tonami w ukryciu, bo Mama nie pozwalała, bo ocet niezdrowy, chlebki świętojańskie i kłosy zboża zjadane na potęgę, chabry, maki, rumianki i kąkole w zbożu, zabawy na miedzach, mgła nad polami i ten boski zapach  unoszący się wieczorem nad łąkami , kiedy biegałam,o zmierzchu i bawiłam się w chowanego, z poobijanymi kolanami i strupami na łokciach, wiecznie brudna, z posklejanymi w strąki włosami.. a Mama załamywała tylko ręce i pytała , dlaczego nie mogę być taka jak inne dziewczynki? No nie mogłam...inne dziewczynki bawiły się lalkami i były najzwyczajniej w świecie nudne. Ubrane w sukienki , czyste i pachnące , z włosami w warkoczach, a ja wiecznie słyszałam ,że wyglądam tak , jakbym świnię ssała. I właśnie to wszystko do dnia dzisiejszego wywołuje we mnie bliżej nieokreślony smutek, za innym życiem, bardziej prostym, w zgodzie z naturą i porami roku. Tęsknotę za radością jaką dawało łapanie majowych chrabąszczy i wypuszczanie z powrotem do rzeki ryb, które mój wujek łowił i nieświadomy wkładał sobie do wiaderka z tyłu. Jak tylko dorosłam, a Madzia miała roczek, uciekłam z Miśkiem na moją wieś.. To właśnie wtedy zaczęłam zbierać zioła i przeróżne dary lasu, chodziłam z Madzią na "kwiatki" , robiliśmy pikniki nad wodą i zakopywałyśmy "widoczki" pod szkiełkami. Jesienią zbieraliśmy grzyby, a zimą, codziennie o szóstej , chodziłam po chleb do sklepu, bo o siódmej już go nie było, a sklep zamykali około 8. Graliśmy w gry, dużo rozmawialiśmy, czytaliśmy książki, robiłam na drutach i szydełku, szyłam sama Madzi ubranka, bo te w sklepach były albo paskudne, albo w kolorze gaciowego różu , którego szczerze nie cierpiałam. Misiek zabierał nas na sanki, rąbaliśmy drewno i paliliśmy w piecu, a jak może raz w tygodniu usłyszeliśmy samochód, to lecieliśmy do okna , zobaczyć kto to :). To były jedne z bardziej szczęśliwych lat w moim życiu. 
 

Powrót do Stolicy

Co drugi tydzień, ponieważ jeszcze się uczyliśmy, musieliśmy na parę dni wyjeżdżać do Warszawy. Nie było wtedy pieców, które by podtrzymywały temperaturę, więc żeby rur nie rozsadziło, musieliśmy za każdym razem spuszczać wodę, sama podróż , zwłaszcza w zimę też pochłaniała mnóstwo czasu i pieniędzy, których w nadmiarze nie było, mieliśmy w końcu tylko po dwadzieścia parę lat. W momencie, kiedy zdechł mi ukochany pies, z bólem serca podjęliśmy decyzję o chwilowym przeniesieniu się, do Warszawy. Magda poszła do przedszkola, my do pracy, kończyliśmy szkołę i pomimo tego, że mieszkaliśmy sami z dzieckiem w trzypokojowym mieszkaniu, dusiłam się,...po pracy uciekałam z Madzią na łąki i marzyłam o tym, że kiedyś ucieknę z Warszawy i nigdy już tutaj nie wrócę. Szukałam długo, aczkolwiek budowa Trasy Toruńskiej, wycinka drzew, zasypywanie stawów i równanie z ziemią moich wspaniałych górek na których rosły kwiaty, przeważyły szalę dla zainteresowanych link...Poszukiwania .
 

Ucieczka na wieś

 
W końcu udało mi się uciec, znaleźć dom w upragnionej lokalizacji, co było szalenie trudne, bo pomijając kwestię finansową, nie było tutaj ziemi i domów na sprzedaż. Jedyna szansa to kupno gotowego domu, w momencie kiedy ktoś sprzedawał. Spełniłam swoje marzenia o domku w przecudnej, cichej okolicy, otoczonej lasami i rezerwatami przyrody...w ogrodzie chodziły bażanty, po ulicach dziki i łosie. Tu był mój raj, raj w odległości 20 minut drogi od Warszawy, raj, który miał trwać wiecznie, bo przecież puszczy nie można wycinać, a ziemi tutaj kupić się nie da. 
Tu było wszystko: lasy , łąki , pola, zwierzęta i ten upragniony spokój i cisza. 
 
 

Szara rzeczywistość

Wraz z wkroczeniem Unii Euroopejskiej wkroczyła również dewastacja środowiska. Puszczę zaczęto wycinać, przecudne piaszczyste wydmy,  zostały zrównane z ziemią , przez tych samych ludzi, którzy wcześniej stawiali tabliczki " Uwaga, wydmy pod ochroną " , zasypywano stawy, a w bagna wrzucano tony gruzu. Teraz stoją tu wszędzie nowe domy i obostrzenia dotyczące pozostawiania powierzchni biologicznie czynnej, szlag jakoś trafił i nikt już nawet nie pamięta, że takowe kiedyś były. Pobocza zostały pozbawione stuletnich dębów, bo odkąd jesteśmy w Unii, okazuje się ,że drzewa to najgorsi mordercy w tym kraju...stoją przy poboczach i same zabijają, więc nim one zabiją nas, lepiej się ich pozbyć, piaszczyste drogi przykrył asfalt, a ludzie którzy się tu przenieśli, chcą mieć dokładnie takie samo miasto na wsi, jak to, z którego uciekli. Budują nam ronda, a droga która kończy się puszczą, ma dokładnie takie same ogromniaste tablice jak na autostradach. To tak na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział jak dojechać do puszczy, jedyną , prostą drogą bez zakrętów...
Więc znowu uciekam, wsiadam w samochód i jadę dalej, tam gdzie nie widać dachów, chodników, tam gdzie nie ma asfaltu, a zajączki skaczą po polach...


 I w końcu, dla wytrwałych, przyszedł ten moment, żeby wyjaśnić, dlaczego właśnie

  Tasha Tudor

Dziwaczka, ekscentryczka czy może szczęśliwa kobieta?

Jestem zafascynowana tą wyjątkową kobietą od niepamiętnych czasów, kobietą która twierdziła, że jest  bardzo zacofana, ponieważ nie wierzy, że postęp jest piękny. Kobietą, która stworzyła swój własny świat, wypełniony radością, zwierzętami i roślinami.
Ale zacznijmy od początku:
Dla tych co nie wiedzą Tasha Tudor była bardzo znaną, amerykańską pisarką i jednocześnie ilustratorką książek dla dzieci. Tworzyła przepiękne, sielskie obrazki, przywodzące na myśl spokój , szczęście i radosne lata dzieciństwa. Ale choć podziwiam jej twórczość , to nie to, jest w tej kobiecie niezwykłe. W wieku 57 lat ( więc jakby nie patrzeć, jeszcze trochę czasu mam), zamieszkała w domu z ogrodem, który sama stworzyła. 
Żyła w zgodzie z naturą, otoczona ukochanymi zwierzętami, nie miała prądu, a po wodę chodziła codziennie rano, boso do studni. Nie używała pestycydów, za to hodowała kozy i kury, które dostarczały jej nabiał i nawóz, zbierała miód z własnej pasieki, w ogrodzie hodowała warzywa i owoce, z których później robiła przetwory, zbierała zioła, sama tkała materiały i szyła ubrania, oczywiście na wzór tych wiktoriańskich, łowiła ryby, nie miała zegarka, za to żyła zgodnie z porami roku. Na podwieczorki codziennie przychodziły jej dzieci i wnuki, a w wolnych chwilach, pisała i ilustrowała książki. Wieczorami dom oświetlały ciepłe płomienie świec, które sama robiła z pszczelego wosku, zaś w zimę robiła na drutach, grzejąc się w cieple kominka/
Stworzyła swój raj na ziemi, własny azyl, w którym szczęśliwie dożyła 92 lat, pozostawiając po sobie majątek w wysokości 2 mln. euro.
 
Wszystkich zainteresowanych, zapraszam na Pinterest, gdzie pod linkiem Tasha Tudor 
znajdziecie zdjęcia z sielskiego ogrodu i uroczego domku, żywcem przeniesionego z czasów epoki wiktoriańskiej.



Zaczęło się wiele lat temu ....

Na koniec, chcę Wam przytoczyć mój pierwszy tekst, który pojawił się na blogu. Słowa, które doskonale obrazują, dlaczego Tasha Tudor jest tak bliska mojemu sercu. 
 
...W natłoku obowiązków, codziennych spraw, małych radości i wielkich smutków, gdzieś obok, zupełnie niepostrzeżenie przemija życie. Po drodze gubimy dziecięcą radość, szczery śmiech, marzenia oraz niezłomną chęć do życia, którą daje jedynie dzieciństwo i młodość. Praca, dom i wieczne problemy powodują, iż zatracamy naszą wewnętrzną wrażliwość. Aż któregoś dnia zdajemy sobie sprawę z tego, że czasu pozostaje coraz mniej, że nie wiadomo jak i kiedy minął nam kolejny rok życia. Zmęczeni wracamy z pracy, siadamy przed telewizorem i nic nam się nie chce. Wtedy właśnie przychodzi moment wyciszenia i postanawiamy coś zmienić, zrobić coś dla siebie, zająć się tym co lubimy i wytyczyć na nowo życiowe priorytety. Mieliśmy przecież kiedyś tyle planów, tyle marzeń, chcieliśmy zrobić tyle rzeczy. Osiągnęliśmy już bardzo wiele, tylko brakuje nam czasu żeby to docenić i czerpać radość z tego co już posiadamy. A wystarczy przecież odrobina wewnętrznej mobilizacji, aby to zmienić i na nowo zacząć cieszyć się życiem, życiem które tak szybko przemija...
  
Domowa apteczka

poniedziałek, kwietnia 20, 2020

Domowa apteczka

Czyli cudowne właściwości ziół

Ponieważ po każdej wzmiance o ziołach jestem zasypywana pytaniami, postanowiłam zapoczątkować nowy cykl postów. Postaram się dodawać informacje jeszcze przed zbiorem konkretnych gatunków, tak żebyście mieli możliwość  przygotowania się i zobaczenia czy akurat to konkretne ziółko jest Wam potrzebne i czy warto po nie sięgnąć. Niestety parę roślinek już nam w tym roku umknęło, ale nie spodziewałam się, aż tak dużego zainteresowania tematem, co nie ukrywam, że bardzo mnie cieszy, jako, że jestem zdecydowaną orędowniczką odstawienia sztucznych tabletek i zwrócenia się w stronę natury.  Nie oczekujcie efektów po jednorazowym wypiciu. Zioła, żeby zechciały ujawnić nam cudowną moc potrzebują czasu, a taka kuracja musi potrwać, niemniej jednak z własnego doświadczenia mogę Wam powiedzieć, że naprawdę warto.
Od razu zaznaczam, że nie kończyłam w tym kierunku studiów, a całą wiedzę jaką mam, czerpałam garściami, na początku ze starych książek, a obecnie również z internetu, który jest nieocenioną skarbnicą wiedzy, ale również i błędów, dlatego też informacje jakie czytamy na różnych blogach, warto sprawdzić w paru miejscach. Zioła mają cudowną moc, ale stosowane nieodpowiednio, potrafią również poważnie zaszkodzić.

Moja fascynacja ziołami zaczęła się jak miałam naście lat, kiedy to czarownicą chciałam zostać i moce tajemne posiąść i trwa niezmiennie do dnia dzisiejszego. Bardzo daleko mi do eksperta w tej dziedzinie, natomiast po latach, wyselekcjonowałam ziółka na wszystko, co może mi się przydać. Nie ma chwastów, każda roślina jest na wagę złota i każda spełnia określoną rolę. Bardzo łatwo zgubić się w tym gąszczu i powiem uczciwie, że gdybym chciała stosować wszystko, to nic innego bym nie robiła, tylko całymi dniami piła napary ziołowe. Rośliny, bardzo często powtarzają swoje właściwości i mają podobne działanie, więc wtedy wybieram te , które w mojej okolicy są dostępne i nie ma problemu z ich zebraniem.
Moim ostatnim odkryciem jest Jelena Zajcewa (klik) i o ile zawsze wierzyłam w moc ziół o tyle teraz jestem w stanie uwierzyć, że w okolicy naszych domów, rosną zioła , które wskazują na co chorują domownicy. W moim przypadku sprawdza się to chyba w 100%. Od lat w ogrodzie panoszy się glistnik, czyli jaskółcze ziele, który zwalcza między innymi komórki nowotworowe , pokazał się w ogrodzie jakieś 17 lat temu, czyli podejrzewam, że dokładnie wtedy, kiedy zaczął się u mnie rozwijać nowotwór :),a córka zachorowała na łuszczycę. Niestety panoszy się do dnia dzisiejszego, bo dziecko twierdzi, że chcę je otruć co by chwaściora z ogrodu się wyzbyć :) , a choroby skórne również leczy. O walce z podagrycznikiem i moich bólach, chyba już wszyscy co tu bywają słyszeli, za to rdest ptasi pojawił się wraz z pokazaniem się u mnie bardzo zaawansowanej w następstwie choroby i przyjmowania lekarstw, osteoporozy. Mniszek lekarski, a właściwie jego korzeń wykazuje również działanie przeciwnowotworowe, listki wspomagają rekonwalescencję...to dla mnie, a dla Tośki, która choruje na dziecięcą astmę, idealny jest "miód" z mniszka. Mam też pokrzywę, skrzyp i gwiazdnicę, która przyszła chyba wraz ze zubożeniem mojego portfela, bo to podobno ziele biedaków:).Dokąd nie przeczytałam wypowiedzi Jeleny, nigdy w ten sposób nie patrzyłam na zioła, ale musi, no musi coś w tym być, bo niektóre zioła, jak dziurawiec, który jest lepszy od wszystkich antybiotyków i działa jak ziołowy prozac poprawiając nam nastrój, pojawiają się tylko na chwilę i później gdzieś znikają. Popatrzcie co u Was rośnie i być może zdołacie zdiagnozować w porę chorobę. Takie przykłady mogę mnożyć, ale nie chcę się teraz rozwodzić nad tematem, bo właściwości, przeciwwskazania i sposoby przyjmowania opiszę przy każdym ziółku.

Jeśli ktoś nie jest pewny, czy dana roślina to na pewno ta, polecam pobrać i zainstalować w telefonie
aplikację Plantsnap (klik) jest darmowa i wystarczy zrobić zdjęcie rośliny, żeby ją rozpoznała. Próbowałam wielokrotnie i nie pomyliła się ani razu, więc z pewnością może okazać się w praktyce bardzo pomocna.

A na zakończenie powiem tylko, że u kogo jeszcze kwitnie forsycja to zbierać, jeść surowe kwiatki i suszyć ile się da :) , a o tym, że się przyda, napiszę w następnym poście. Poza tym, jeżeli już kwitną mlecze, to teraz jest dobry czas, żeby je zbierać i zrobić miód, który pomimo szokującej ilości cukru, ma ponoć rewelacyjne właściwości. Przepis podaję w linku, z tym że po latach pomarańczę zamieniłam na cytrynę, a kwiatków nie trzeba skubać z zielonych przylistków miód z mniszka lekarskiego, niedługo podam przepis w lepszej jakości, ale gdybym miała nie zdążyć przed przekwitnięciem mniszków , to na wszelki wypadek podaję ten.

Przed chwilą właśnie w telewizji "leciała" reklama hydrominum, że pomaga w odchudzaniu i likwiduje cellulit, tylko po co truć się chemią , rozwalać wątrobę, jak można wypijać napar z liści mniszka i mieć dokładnie to same działanie, a oprócz tego dostarczyć masę witamin, przy okazji obniżając poziom złego cholesterolu :)? A jak jest u Was? Piszcie, bo jestem bardzo ciekawa, jakie jest Wasze zdanie? Czy używacie ziół? Stosujecie regularnie? Czy wolicie tabletki?

Pozdrawiam cieplutko, życząc miłego wieczoru.

Czy warto jeść mięso

niedziela, lutego 23, 2020

Czy warto jeść mięso


Dzień dobry Kochani. 

Jak widzicie, staram się jak mogę i choć nic nie będę już obiecywać, bo czasami z przyczyn niezależnych, po prostu nie daję rady bywać częściej, to jednak mam jakieś tam wewnętrzne postanowienia i mam nadzieję, że uda mi się ich dotrzymać.

O tym jak przestałam jeść mięso 

Od chyba półtora roku nie jadam mięsa...w ogóle, nic a nic. Może powinnam jeszcze dodać, że odstawiłam mięso ssaków, bo jadam ryby, choć też niezbyt często . Jak się okazało sporo z Was , też rozważa taką decyzję i zadajecie mi pytania. W związku z tym, postaram się odpowiedzieć na te najczęściej się powtarzające.

Zaczęło się od wędliny, no kurczę, kolokwialnie mówiąc: nie wchodziła mi, była paskudna i każda smakowała tak samo. Przez pewien czas kupowałam pasztetową, Kindziuka i krakowską- przynajmniej smakowało inaczej niż szynka. Jestem z tego pokolenia, które pamięta jeszcze smak pysznego chleba, baleronu i ogórka kiszonego, w związku z tym, chyba trudniej było mi zaakceptować dzisiejszy smak wędlin. Tak więc w pierwszej kolejności całkowicie wyeliminowałam wędliny. Czasami jeszcze robiłam swoje, piekłam boczek, schab, robiłam wędliny suszone a'la szynka parmeńska, ale coraz częściej zastępował je nabiał. Obiady już od dłuższego czasu w przeważającej mierze były bezmięsne. Mięso jadałam może raz w tygodniu, tak więc decyzja o całkowitym zaprzestaniu nie stanowiła dla mnie większego problemu. O względach czysto psychicznych, i o tym, że czułam się jak hipokryta, nie chcę tutaj  pisać, ale nie ukrywam, że od długiego czasu, stanowiło to dla mnie ogromny problem i spędzało sen z powiek, tak więc myślę, że organizm podążając za moim tokiem myślenia, zbuntował się i powiedział dosyć.
Nie przygotowywałam się do tego w żaden sposób, nie czytałam, nawet nie wiem jak nazywa się osoba , która nie je mięsa , a je ryby..strasznie to skomplikowana nazwa i jakoś nie zapamiętałam.
Pytacie czy nastąpiły jakieś widoczne zmiany? Nie miałam pojęcia czego się spodziewać, więc nie oczekiwałam żadnych zmian. Pojechaliśmy na Mazury pod namioty i tam doszłam do wniosku, że to koniec. To tam nastąpiło pożegnanie, w każdej knajpie jadłam tatara, którego kiedyś uwielbiałam, a po powrocie już nie tknęłam mięsa.

Zalety wyeliminowania mięsa z diety 

Migrena

Na początku nie działo się zupełnie nic, ale po pewnym czasie ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie pamiętam kiedy już miałam migrenę. Nie wiem czy Wam o tym kiedyś pisałam, ale potworne migreny miałam od dziecka, potrafiłam nie ruszać się z łóżka, pół dnia spędzić z głową w klozecie, a każde mrugnięcie oczami powodowało przeszywający ból. Minęło...całkowicie. Nie wiem co to znaczy migrena od półtora roku i to jest chyba najcudowniejsza rzecz jaka mnie spotkała, a życie jest od razu piękniejsze. Zdarza się bardzo rzadko, że pobolewa ( bo boli to za duże słowo) mnie głowa, ale i to mija błyskawicznie.

Cellulit

Kolejnym ogromnym zaskoczeniem było zdecydowane cofnięcie się cellulitu na udach. 
Nie znoszę go całym sercem. Sam proces starzenia, nie jest dla mnie absolutnie, w żaden sposób przerażający. Mogę mieć zmarszczki, siwe włosy i wszystko co jest związane z wiekiem w który nieuchronnie wkraczam, ale cellulit jest be, cellulit to obrzydlistwo, które od zawsze wywoływało we mnie niesmak, a które nie chciało mnie ominąć i zaczęło paskudnie zagnieżdżać się na moich ( skądinąd niczego sobie jeszcze:) nogach. Nie było tragedii, ale zdecydowanie się już zaczynała. Zrezygnowałam całkowicie z szortów tudzież krótkich spódnic. A teraz jest zdecydowanie mniejszy i mam nadzieję, że któregoś dnia zniknie całkowicie ( pewnie jak będę tak pomarszczona, że nie da się go już zobaczyć) Jeśli chodzi o inne nawyki, w tym wypijanie hektolitrów kawy słodzonej dwie łyżeczki, to wszystko pozostało tak jak było, a jedyną zmianą jest niejedzenie mięsa, czyli znaczy, że musi, że od tego. 

 

Senność

Bardzo ważną kwestią jest jeszcze samopoczucie, które uległo zdecydowanej poprawie. Czuję się mniej zmęczona, mam zdecydowanie więcej energii i nie łapię regeneracyjnych drzemek w czasie reklam telewizyjnych, co było nieustającym powodem kpin w moim domu. Wcześniej miałam takie dni, że nie mogłam wręcz zapanować nad sennością, oczy zamykały mi się same, a w pracy snułam się jak cień. Dzisiaj to wszystko minęło. Od półtora roku, chyba nigdy nie usnęłam w ciągu dnia.

Zaskórniaki

Szczerze mówiąc nawet nie wiem jak to nazwać, tak samo jak nie wiem do dnia dzisiejszego co to było. Otóż na prawym policzku, dokładnie w tych samych 4 miejscach, raz na jakiś czas, pokazywały się takie krostki, nie krostki ...wybrzuszenia, sama nie wiem jak to nazwać. To coś siedziało pod skórą, było małą górką i nijak nie dało się nic z tym zrobić, nawet wycisnąć, wyglądało trochę jak bąbel po ugryzieniu komara. Cholerstwo nawiedzało mnie zdecydowanie częściej w miesiącach zimowych, po czym znikało na jakiś czas, by wyleźć dokładnie w tych samych miejscach i swędzieć. Ponieważ moja twarz wyglądała jakby czołg po niej przejechał, więc udałam się o dziwo , sama z siebie, do dermatologa. Pani dermatolog, powiedziała, że grzyb i żebym dziób "nizoralem" smarowała. Z deczka zdziwiona kupiłam ten szampon i nakładałam ( maści jeszcze wtedy nie było)...nic nie pomogło. Miałam to dziwne coś, w różnych odstępach czasu przez parę lat, aż do pamiętnego lata, kiedy ostatni raz mnie nawiedziło. Nie wiem co to było, nie wiem czy zniknęło dlatego, że nie jem mięsa ,czy jest to po prostu zbieg okoliczności, ale fakt pozostaje faktem, że odkąd nie jem mięsa, nie wróciło to już nigdy i oby tak zostało.

Wzdęcia

Ogólnie nie mogę narzekać na swoją wagę. Przy wzroście 168cm, ważę obecnie 58 kg, więc nie ma tragedii, ale...pomimo braku tłuszczu na brzuchu, czasami wyglądałam jakbym była w 5 miesiącu ciąży. Raz nawet przerażona Magda, w obawie że zostanę drugą najstarszą matką w Polsce, kupiła mi test ciążowy :). Dzisiaj nie czuję tego dziwnego uczucia rozpychania w brzuchu, ani nie wyglądam na ciężarną.

 Badania krwi

Ponieważ po odstawieniu mięsa nie spodziewałam się niczego dobrego i bardziej miało to dla mnie   znaczenie, jeśli chodzi o względy humanitarne, niż zdrowotne, więc po pół roku postanowiłam zrobić badania krwi, spodziewając się najgorszego i tutaj również przeżyłam miłe zaskoczenie, bo moje wyniki okazały się rewelacyjne, wręcz książkowe. A w momencie kiedy usłyszałam, że "w tym wieku" to bardzo dziwne, że nie mam żadnych odchyleń, to naprawdę się zdziwiłam. Co prawda nie wiem czy było to wynikiem niejedzenia mięsa, gdyż wcześniejsze badania robiłam chyba przed operacją. Być może brak spożycia mięsa , nie miał na to wpływu, w każdym bądź razie, wyniki są bardzo dobre.  


Wady niejedzenia mięsa

Szczerze mówiąc nie zauważyłam, żeby były jakiekolwiek. Spodziewałam się najgorszego, a tymczasem wyszły z tego same pozytywy. Jedyna rzecz, która jest trudna do zniesienia to smród. Moje dzieci dalej jedzą mięso i często gotują typowo mięsne obiady. W zależności od potrawy, ale czasem autentycznie mnie mdli. Smród, szczególnie gotowanego mięsa, jest trudny do wytrzymania. Kiedy postanowiłam zrezygnować z mięsa, myślałam ,że pewnie jedynym momentem, kiedy będzie mi trudno wytrzymać, będzie grill i ten wspaniały zapach. W najśmielszych snach , nie sądziłam, że kiedyś powiem...Jessuuuuu...jak cuchnie.

Podsumowanie

Założeniem tego posta, nie było absolutnie przekonywanie kogokolwiek do tego, żeby nie jeść mięsa. Szanuję ludzkie wybory i uważam, że do tego typu decyzji trzeba samemu dojrzeć i na nic się zda przekonywanie kogokolwiek. Nie zamierzam wkraczać w polemikę słowną i debatować, czy człowiek jest mięsożercą czy nie, czy mózg wykształcił się dlatego, że ludzie jedli mięso czy nie ( mam nadzieję jedynie, że mój nie zdąży do końca  zaniknąć, nim dokonam żywota), nie zamierzam opowiadać o degradacji środowiska i emisji gazów cieplarnianych..o tym wszystkim poczytacie na innych stronach w internecie. Odpowiedziałam i wydaje mi się, że bardzo obiektywnie, na najczęściej powtarzające się pytanie. Spodziewałam się pogorszenia stanu zdrowia, zaniku mięśni ( co w mojej sytuacji byłoby katastrofą), a tymczasem zostałam mile zaskoczona, zdecydowanie lepszym samopoczuciem. Obecnie jestem na etapie dopracowywania jadłospisu, tak aby dostarczać do organizmu, wszelkie niezbędne składniki.
Pozdrawiam Was cieplutko i mam nadzieję, że do usłyszenia wkrótce.


Problemy z kominkiem

środa, lutego 12, 2020

Problemy z kominkiem

Witajcie, witajcie. Tak, to znowu ja. Jakie to piękne uczucie jak człowiek rano wstaje i za chwilę już jest widno. Powiem Wam uczciwie, że choć zawsze powtarzam, że lubię wszystkie pory roku, to jakoś ten okres najmniej do mnie przemawia. Po prostu chyba już za długo. A do tego nie mieszkam niestety w górach, więc okres zimowy to dla mnie, przez ostatnie lata jedynie czas szarości za oknem, braku słońca i ponurych dni. Ponieważ cały zeszły tydzień rozbierałam i chowałam wszystkie ozdoby i dekoracje świąteczne, w związku z tym, w tym tygodniu chciałam powolutku dekorować dom, już tak wiosennie. Nie, nie do świąt Wielkanocnych się jeszcze nie szykuję, ale chciałam wprowadzić wiosenne akcenty...jakieś gałązki, zielone listki, hiacynty i narcyzy w doniczkach. 

Dymiący kominek

Od jakiegoś czasu nie korzystamy z kominka, coś się stało dziwnego i na górze czuć dymem, więc doszłam do wniosku, że może jeszcze przed tym, nim w domu zawita wiosna, zakończę wszystkie zimowe sprawy, tym bardziej,że drewna sporo mi zalega i z pewnością jest jeszcze ten czas, kiedy przy kominku można spędzić cudowne wieczory po pracy. Ale wracając do kominka, to wszystko co możliwe, wszystko do czego można było się dostać i co można było zobaczyć, zostało sprawdzone pod względem szczelności i nigdzie nie widać. 

 Wspomnienia

Mój mózg jest z deczka pokręcony, jeśli się czegoś boję ( a wiecie jaka ze mnie panikara ), to nauczyłam się to wypierać i totalnie o tym nie myśleć. A boję się rzeczy na których się nie znam , a które stanowią potencjalne zagrożenie...gaz, prąd, samochody... Pamiętam mój pierwszy raz:). Dosyć długo nie miałam prawka i nie odczuwałam potrzeby posiadania, dokąd to nie przeprowadziłam się na moje zadupie, gdzie autobusy do stolicy jeździły parę razy dziennie i nie miałam jak dojeżdżać do pracy. Wtedy prawko zrobiłam na gwałt i...się zaczęło. Autko fajne było, dokąd jeździł Misiek , który na wszystkim się znał i potrafił zrobić, a przynajmniej wiedział czy to groźne czy nie, choć jemu też do końca nie dowierzałam. Kiedyś jechaliśmy nad morze...mówię:
- Śmierdzi coś
- Kochanie, nic nie śmierdzi, 
- A właśnie ,że śmierdzi...
- Powtarzam Ci,że nic nie śmierdzi, jesteś przewrażliwiona.

No więc siedzę i rozkminiam...śmierdzi czy nie śmierdzi, no przecież czuję,że śmierdzi, więc idiotkę ze mnie robi. Kiedyś zjadłam przez niego śmierdzącego kurczaka, który to też ponoć nie śmierdział i byłam ciężko chora przez dwa tygodnie. Śmierdzi jak nic, to on ma jakieś przytępione zmysły.
Nie dam sie, myślę , bo zaraz życie stracimy i uparcie powtarzam: 

- Śmierdzi...musisz czuć! 
- Cholera jasna, uspokój się nic nie śmierdzi. Tobie wiecznie coś śmierdzi- warknął już nieźle wkurzony.
- Stój !!!!!  Pali się !!! - wrzeszczę w panice, patrząc na wydobywające się spod maski malutkie płomyczki.
Wdepnął gwałtownie w hamulec, wylądowaliśmy z pyskami na szybie, Magda stoczyła się pod siedzenie, bo kto tam kiedyś słyszał o pasach z tyłu! 
- Czyś Ty kuźwa do końca zgłupiała!!!!???- najwyraźniej płomyczków dalej nie widział, tylko wystraszył się mojego wrzasku.

Miałam to w poważaniu, wyskoczyłam z samochodu , wyciągnęłam Magdę i dzida w pole... usiadłam przerażona na glebie,w bardzo bezpiecznej odległości.  Misiek najwyraźniej płomyczki dojrzał, bo otwierał maskę. Wrzeszczę coby to gówno zostawił i się ewakuował, a skąd...ugasił..nie wiem co się tam jarało, już nawet nie pamiętam, w każdym razie 3 godziny zajęło mu przekonanie mnie,żebym do auta ponownie chciała wejść. Nad morze dojechałam w potwornym stresie, trzymając na kolanach gaśnicę.
Później przyszedł czas na moje autko, które wydawało wiecznie jakieś dziwne, niezidentyfikowane odgłosy, więc cały czas dzwoniłam do Marcina, że coś piszczy, brzęczy, trze...że dziwnie, że tak chyba nie powinno być...w każdym razie Misiek cierpliwością się wykazywał..przez jakiś czas. Później miał dosyć, co jakby niespecjalnie mnie dziwiło, no ale cóż mogłam zrobić, jak na prawku gadałam przez cały czas i w dziwne odgłosy się nie wsłuchiwałam, więc nie wiedziałam czy to normalne czy nie. Sama czułam się już jak idiotka, więc żeby nie siać niepotrzebnej paniki,wpadłam na pomysł i  zaczęłam słuchać radia na cały regulator, przestałam się stresować, bo nie słyszałam już nic i w końcu mogłam w pełni korzystać z wszystkich przywilejów, które daje posiadanie samochodu. Misiek też był szczęśliwy. Po jakimś czasie pojechałam z jakąś błahostką na warsztat i...okazało się ,że cudem dojechałam, bo koła były totalnie wyłamane i sterczały na zewnątrz pod dziwnym kątem. Warsztat kolegi Miśka, więc Misiek zjawił się natychmiast i obydwoje z mordą na mnie, że jak tak można, że jestem nieodpowiedzialna, że zabić się mogłam, że przecież to musiało walić już od tygodni i jak mogłam nawet nie słyszeć!!! 
- Ano mogłam! Radia słucham! Nic nie słyszę oprócz muzyki! Jak dzwoniłam to źle, jak przestałam też źle! Więc się zdecyduj!
No i tak to właśnie ze mną jest. Jak czegoś się boję, to spycham to gdzieś daleko, tak żeby nie widzieć, nie słyszeć i nie myśleć o tym. 

Teraźniejszość 

Ale wracając do kominka...Jak wiecie dom już był , a my zmienialiśmy w nim wszystko. Tam gdzie był komin, powstała dolna łazienka, a w miejscu w którym była wyczystka jest teraz szafa. Pytam się Miśka czy te paskudne drzwiczki muszą tu być? Misiek myślał, myślał i doszedł do wniosku ,że nie , że komin mamy wysoki , więc nie ma takiej potrzeby, bo i tak wszystko się wypali. Więc drzwiczki zamurowaliśmy, moje poczucie estetyki, zostało udobruchane i na lata o tym zapomniałam. Raz na jakiś czas, szczególnie w okresie zimowym, kiedy to domy w naszych wioskach zapalały się od płonących kominów, nachodziła mnie refleksja,że chyba cholera jednak ten komin powinno się czyścić...no ale przeca Misiek powiedział, że wysoki....strażak powiedział, żeby obierki od ziemniaków spalać raz na jakiś czas, a Misiek żeby proszek taki , co płomień niebieski daje i wszystko miało być ok...jakimś cudem było, przez całe 23 lata. W miarę upływu lat, myśl co jakiś czas uparcie powracała, a ja uparcie ją ignorowałam, aż do teraz...myślę, może to od komina jednak, może jednak obierki mu nie pomagają. Misiek okiem specjalisty oblukał i stwierdził...raczej nie...ale ja odkąd to z Miśkiem się rozwiodłam, to taka ufna już nie jestem...Poza tym w razie pożaru tudzież innych wypadków losowych już nie będzie tego naprawiał i nas ratował, bo go tu nie ma, a ja jedyne co umiem , to się ewakuować, więc rozporządzenie domowego dyktatora zostało wydane "Szukamy wyczystki". Szafa łazienkowa została rozebrana i opróżniona...w całym domu zrobił się chlew nieziemski, bo szafa bardzo pojemna, mieści obrusy, lekarstwa, odkurzacze, mopy i wiadra, ściereczki, ręczniki, suszarki i tysiące innych pierdół.Wszystko zostało porozrzucane po różnych pokojach. Drzwi i części od szafy w holu, obrusy i ścierki w salonie, lekarstwa w biurze ( bo psy mam wszystkożerne, więc w otwartych pomieszczeniach zostawiać nie można). Wyczystka została odszukana, dosyć szybko, jako,że orientacyjne położenie znałam. Piotruś ( to ten od Nurki), wlazł na dach i końcówką od siekiery zaczął komin przeczyszczać, tak żeby na początku zobaczyć czy bez problemu do dołu się przebijemy. I owszem...przebiliśmy się, my i cztery wiadra sadzy...MASAKRA. Przerażenie mnie ogarnęło, bo chyba te obierki jakby nie do końca działały. Co prawda, uważam że jak na 23lata, to chyba jakiejś tragedii nie ma, ale i tak mogło się zajarać chyba...i nie wiem ,czy tam nie paliło się już parokrotnie , a ja nawet o tym nie wiedziałam. I tego boję się najbardziej, bo...ciąg na dole był całkiem niezły, a na górze śmierdziało, więc tak sobie wydumałam, że może ten komin się jarał, gdzieś pękł i dlatego cuchnie dymem, bo tamtędy się wydobywa. I obym się myliła, bo jak tak jest, to kaplica. W każdym razie, po przeczyszczeniu siekierą ściemniło się na dworze i oczywiście nic więcej nie dało rady zrobić, syf masakryczny, na szczęście właściwie tylko w dolnej łazience, więc z grubsza został ogarnięty, doszłam do wniosku,że jakoś ten tydzień przeżyję. Kolejny krok, to zakupienie szczoty kominiarskiej i dokładne wyczyszczenie ścianek komina. Przyszedł kolejny weekend..i polegliśmy, wszyscy chorzy, wydobrzeliśmy jako tako w kolejną niedzielę, która ku mojej rozpaczy pracująca nie jest, więc nie było gdzie szczotki kupić. Kolejny tydzień...syf,a ja zaczynam cierpieć, umieram w brudzie, moja dusza wyje z rozpaczy, od razu mam zły humor. Ja wiem,że normalnym ludziom , ciężko jest to zrozumieć...ale ja próbowałam być normalna, naprawdę próbowałam nie raz , ale nie umiem, nie potrafię, nic i nikt nie jest w stanie tego zmienić, chronicznie nie cierpię bałaganu. Aż w końcu wczoraj, ze szczotą którą Piotruś kupił , wlazł na dach i zaczął czyścić komin. Siekiera...to był pryszcz i nikt nie spodziewał się tego co teraz nastąpi. Wtedy leciało to właściwie bezpośrednio pod tą wyczystkę, takim partiami, a teraz....spadał pył , jak po wybuchu wulkanu...wszystko unosiło się w powietrzu, jak czarny, radioaktywny obłok, który opanował cały dom...do tego, zafascynowani łazienką,nie zdążyliśmy zamknąć drzwiczek od kominka. Pył jest wszędzie...w całym domu, oblepił ściany w łazience, meble, podłogi są czarne. Czy ja naprawdę narzekałam kiedyś na szlifowanie gipsów??!! To było chociaż białe , więc sprawiało czystsze wrażenie, nie mazało się przy odkurzaniu szczotą i nie zostawiało tłustych, czarnych śladów. Nie ma jak tego sprzątnąć, bo ledwo machnę szczotką, unosi się i osiada w innym miejscu, odkurzacz, nawet budowlany, nie daje rady, każdą najmniejszą rzecz, każdy duperel w całym domu trzeba umyć, uprać, i pewnie jeszcze przyjdzie ściany w niektórych pomieszczeniach malować. Koszmar...a na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że w momencie budowy domu, mieliśmy tylko po 26 lat, a wiedzy z internetu nie dało się posiąść, bo po prostu go nie było....Tak więc zamiast wiosny w domu, mam urwanie glowy i kolejny problem, z którym przyszło nam się zmierzyć i modlę się, żeby chociaż to było to i żeby po rozpaleniu kominka, okazało się,że już nigdzie nie śmierdzi. Trzymajcie kciuki Kochani, a ja idę dalej bawić się w kominiarza.
Co należy zabrać do Petry.

wtorek, grudnia 10, 2019

Co należy zabrać do Petry.



zwiedzanie, siq
Kochani, ja wiem, że nie tego się spodziewaliście i czekacie na typowo świąteczny post z mnóstwem zdjęć i choinką... i obiecuję, że napiszę taki i mam nadzieję, że zdążę przed świętami. Wiem, że jestem nieobowiązkowa i niesystematyczna i nie chcę już Was tutaj zanudzać dlaczego tak się dzieje, ale naprawdę z tym czasem to u mnie krucho, nawet bardzo krucho. Ale cały czas jestem i staram się naprawić blog do końca. Najgorszy problem mam obecnie z komentarzami, nie mam jak na nie odpisywać, mogę jedynie z telefonu, a tam giną wśród setek innych maili i spamu. Ale w końcu ogarnę całość. Poza tym, pozostając w temacie świąt, to u mnie jeszcze niewiele się dzieje. W tym roku postawiłam na naturę, więc suszę plastry pomarańczy i nawlekam je na nitki, podpiekam mocno pierniczki, żeby były bardziej brązowe, kapusta na pierogi już prawie gotowa, piernik sobie dojrzewa...a z ozdobami, to jeszcze czekam, więc jak tylko zacznę dekorować dom, to wrzucę post. Dzisiaj będzie dużo zdjęć. A ponieważ mija równo rok od naszej wizyty w Jordanii, chciałam skończyć to co kiedyś zaczęłam, bo może ktoś będzie jechał w tym samym co ja okresie, więc chciałam powiedzieć Wam...

Dlaczego zwiedzając Petrę, trzeba obowiązkowo zaopatrzyć się w dużą ilość jedzenia i hektolitry wody...

Petra jest piękna, Petra wywołuje ogromne wrażenie na człowieku, majestat budowli powala...o tym wszystkim, poczytacie w internecie , więc niekoniecznie będę powtarzać te informacje, przynajmniej nie dzisiaj. Oprócz tych wspaniałości, które można wyczytać, Petra ma też swoją mroczną stronę o której nie mówi nikt.
Ponieważ jak wiecie planuję wszystko bardzo dokładnie, więc wyczytałam również ,że należy wykupić Jordan Pass  i wtedy są znaczne zniżki , a koniem można pojechać za darmo. Weszliśmy do Petry bodajże o 7 rano, na zwiedzanie przeznaczyliśmy dwa dni. Prawie przy samym wejściu konie... powoli wsiadają ludzie, że my nie pojedziemy, to wiedzieliśmy już w domu. Dla mnie to oczywiste, nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie, żebym jechała czymkolwiek co nie posiada silnika , no chyba ,ze w siodle bo moja osoba , choć może nie jakaś wątła specjalnie, bo ważąca 53 kg, to jednak dla konia chyba zbytnim obciążenie nie jest, ale te wozy, te bryczki, no to ważą już swoje. Pan K. z pewnością zdania mego nie podzielał, ale wiecie...miłość, moja dyktatura i te sprawy, nie pozostawiały wątpliwości.
Chyba najgorszą rzeczą jaką mój facet mógłby wymyślić na romantyczną randkę, byłaby przejażdżka dorożką :) by się zdziwił:) Idziemy, mijają nas kolejne bryczki, patrzę na drogę, oprócz jednego podjazdu, dosyć dobra, więc powoli się uspokajam, bryczki, choć często przeciążone jadą powoli, spokojnie...ludzie dopiero weszli, więc chcą podziwiać siq. Uspokajam się, patrzę i cieszę się chwilą. Plecak po brzegi wypchany jedzeniem, bo przecież wyjdziemy wieczorem, taszczy na plecach Pan K. , więc ja mogę sobie spokojnie pozwolić na robienie zdjęć. Kończy się siq i wychodzimy na plac przed Skarbcem.


 Cudny jest, ogrom przytłacza, po prostu coś niesamowitego, ale jak zwykle odbiegam od tematu...więc robię zdjęcia i ...podchodzi do mnie pies...chudy pies.
 Myślę...może to też jakaś taka dziwna rasa, (już kiedyś w Chorwacji karmiłam wszystkie koty, bo myślałam,że one jakieś zabiedzone, a one po prostu tak wyglądały, jakieś chudsze niż te nasze dachowce..), ...spokojnie, przestań panikować i doszukiwać się rzeczy, których nie ma ...rozglądam się szukając właściciela, na wszelki wypadek, gdyby go jednak nie było, wyciągam z plecaka kanapkę, zjada z apetytem.
ceny
 Mówię do Pana K, żeby się spytał miejscowych, co  obok stoją, czy to nie ich, a ich...a jakże. Powiem Wam, że Panu K. też nie do końca dowierzam, bo nigdy nie wiem czy on nie kłamie, żeby mnie nie denerwować, ale ponieważ gostek zagwizdał , więc doszłam do wniosku, że chyba jego, krzyknęłam tylko,że może karmić powinien lepiej, a nie na turystów liczyć i uspokojona odeszłam...piesek został. Wielbłądy, osiołki...to nie dla mnie,szkoda mi tych zwierząt szalenie, bryczki już tam na szczęście nie dojeżdżają, bo za wąsko. Idę dalej...kolejny pies..podchodzi niepewnie..oddaję kolejną kanapkę. Myślę ...spokojnie, to taka "ichnia" rasa...są tylko rude i czarne i wszystkie tak samo chude...pewnie jakieś jordańskie a'la charty. Za chwilę kolejny i kolejny....śniadania już dawno nie ma, Pan K patrzy zaniepokojony, mówię, że mamy jeszcze czekoladki, to jakoś damy radę, a te psy nie wiadomo kiedy jadły i kiedy znowu coś zjedzą. Słońce co raz wyżej, zaczyna się upał ( przypominam, że mamy połowę grudnia ). W koło ani grama wody...nic..oprócz naszego obiadu, w psich pyskach znika nasza woda do picia, no bo przecież jak się tak najadły to muszą popić, my nie musimy...damy radę, choć ja nie ukrywam, że ledwo, bo bez picia nigdzie się nie ruszam. Turyści chodzą, wydają pieniądze na chińskie pamiątki i skorupy, oczywiście, że wszystkie oryginalne z III wieku:) za niebotyczne kwoty, ale jakoś nie widzę nikogo, kto by dał jeść psu. Siadamy, podchodzi kolejny pies...bardzo, bardzo chudy pies...wypija nam 3/4 litra wody, chce mi się płakać.
petra by night
 Po piciu, dostaje jedzenie i znów pije...
gory, ceny, jordan pass
Przez cały dzień , zjedliśmy tylko parę sucharów i po batoniku..za to psy, miały nie lada wyżerkę. Jest grudzień, nie wyobrażam sobie jak te zwierzęta radzą sobie w lato...
Wychodzimy z Petry...bryczki pędzą jak szalone, byleby zrobić jak najwięcej kursów, zarobić te miliony monet, zabrać jak największą liczbę ludzi, a ludzie chętni ....zmęczeni....
To nie dla mnie, ja jestem totalnie nieprzystosowana do życia...nie mogę na to patrzeć.

psy, gory, cenyWyszliśmy i popędziliśmy biegiem do restauracji na obiad. Ok. 19 zjedliśmy praktycznie pierwszy posiłek tego dnia.
Wieczorem znów pokonujemy siq. Idziemy obejrzeć Petrę nocą (wejście pomimo wykupionego jordan pass płatne) Idziemy oświetloną przez świece aleją, wchodzimy pomiędzy skały, płomienie pięknie migocą i odbijają się od skał...niestety...ludzie chcą poczuć urok dawnych lat, a potem oświetlają drogę latarkami z komórek!
petra by night, widok, gory
 No to gdzie sens, gdzie logika? Wychodzimy na plac przed skarbiec, brakuje miejsca na matach, ludzie cisną się gdzieś z tyłu, przepychają i nagle słyszę skowyczenie psa, ktoś po ciemku nadepnął jakiemuś biedakowi na łapkę...Biedak mnie jakimś cudem  wśród tłumu ludzi zobaczył i rozpoznał, więc całe przedstawienie siedział koło mnie, zjadł kolację i popijał herbatą, którą dostaliśmy, a ja trzymałam jego ogon, który zakręcał cały czas w stronę świecy. Jeśli chodzi o Petrę by night mam mieszane uczucia, z jednej strony płomienie świec, dają niesamowity urok, z drugiej ludzie, którzy nie są w stanie powstrzymać się przed błyskaniem , japończyk który walił fleszem po oczach i właził prawie na głowę biednemu beduinowi zawodzącemu dość smętnie na fujarce ...sama nie wiem, jak dla mnie komercja pochłonęła cały urok i czy jest to warte dodatkowo płatnych 100zl od osoby oceńcie sami.

Petra- dzień drugi

i znów wyruszyliśmy skoro świt, tym razem mieliśmy obejrzeć Petrę z góry. Czekały nas piękne widoki, ogromna przestrzeń i cudowne góry. Nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego, kupiliśmy psom mnóstwo sucharów ( są takie w Jordanii, nawet nie wiem jak się nazywają, mają przeróżne smaki i kształty, a ja się w nich po prostu zakochałam) lekkie, więc łatwo zabrać , no i nie zzielenieją w upał...karmy dla psów żadnej nie widziałam.. Ja miałam suchary, ale Pan K. na grzbiecie po górach taszczył wodę w butelkach. Ciężko mi nawet powiedzieć ile litrów tego było, ale dużo....bardzo dużo. Miłość dodaje skrzydeł :) Oprócz tego balastu, trzeba było jeszcze zabrać kubeczki jednorazowe,żeby psy miały z czego pić. Skręciliśmy z głównego szlaku w góry, jest takie miejsce nieoznaczone, zaraz przed budką , po lewej stronie od wejścia...nie dajcie się naciągaczom, chcą dużo pieniędzy i mówią Wam,że się zgubicie bez przewodnika. Pomylić się można tylko na samym początku, ale o tym kiedyś napiszę w poście o Jordanii:) No więc wspinamy się ...z tą moją wspinaczką , to różnie bywa...chęć zobaczenia wszystkiego jest tak silna, że ignoruję mój potworny lęk wysokości...ale dużą część trasy...pokonuję na tyłku, pełzając na brzuchu, bądź też chodzę na czworaka:)
gory, widok z gory na skarbiec
Gwiazdą insta, gdzie to panny na słynnym dywaniku się prężą, z pewnością nigdy nie zostanę....ale....byłam...dopełzałam na brzeg urwiska i widziałam to samo. Ba...nawet zdjęcia mam, a że nie wyglądam tak zwiewnie i eterycznie , no to trudno:)
gory, skarbiec, psy, biedne psy
Ja w każdym razie, podziwiałam góry i widoki z góry, a nie oko aparatu :).
Na pierwsze psiaki natknęliśmy się na skalnej półce, malutkie trzy sztuki piszczące i głodne...o mało zawału nie dostałam , jak widziałam jak balansują na krawędzi urwiska, wycałowane, nakarmione i napojone, z pełnymi brzuszkami poszły spać.
gory, skarbiec
 Idziemy dalej...skowyt straszny roznosi się po górach, więc ja, znana wszystkim panikara, jestem przerażona i snuję mroczne wizje. Z daleka widzimy maleńkie pieski, które piszczą okropnie za odchodzącymi ludźmi, Przyspieszamy i w końcu udaje nam się do nich dotrzeć , kolejne szczeniaczki, sześć czarno białych kuleczek piszczy z głodu...


te psie matki są mądre, bardzo mądre. Umieszczają swoje dzieci na trasie ludzi...zawsze jest szansa, że ktoś da jeść. Ale ludzie z reguły nic nie mają, albo po prostu nie dają, tylko całują , przytulają, robią zdjęcia i idą dalej. Stawiamy plecak, zapowiada się na dłuższą wizytę. Zaczynamy od picia, na skalnej półce jest niemiłosiernie ciepło...piją z małych kubeczków, przeskakują, są naprawdę urocze. Później jedzą, piją ,znowu jedzą i piją.

psy,
Potem głaskanie, wskakiwanie na kolana i zapada cisza....kładą się, zwijają w kłębuszki i idą spać.Wieczorem przyjdzie matka, jak udało jej się wyżebrać coś na dole , to istnieje szansa, że będzie miała mleko...
gory, skarbiec, jordan pass,ceny
Już jest cicho, żaden skowyt nie odbija się od górskich ścian. Z żalem odchodzimy.
Cały dzień natykamy się na kolejne psiaki, wszystkim dajemy jeść i pić. Wychodzimy z Petry wieczorem, upojeni cudnymi widokami, zmęczeni wspinaczką, z lekkimi plecakami i jeszcze lżejszym sercem. I właśnie dlatego o tym piszę
milosc, love, gory
Jeśli ktokolwiek wybiera się do Petry, to błagam...weźcie ze sobą trochę jedzenia, ale przede wszystkim duży zapas wody. To woda jest im potwornie potrzebna, jest gorąco, bardzo gorąco...a tam góry, skały, żwir i piach. Psiaki, są umieszczone niedaleko jeziorka ,taka trochę większa kałuża i myślę, że w porze letniej może całkowicie wysychać ,zresztą służy z pewnością starszym psom, szczeniaki mogą liczyć tylko na matkę, która pewnie wraca, po wyjściu ostatnich ludzi..
Petra jest ogromna, a znaleźliśmy jedyne źródło wody i to wysoko w górach. Nikomu ta jedna butelka wody nie zrobi większej różnicy, a tym biednym zwierzętom , być może uratuje życie.
Pozdrawiam Was cieplutko i mam nadzieję,że do usłyszenia niebawem.
Copyright © Utkane z marzeń , Blogger