Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SPOSÓB NA SZCZĘŚCIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SPOSÓB NA SZCZĘŚCIE. Pokaż wszystkie posty
Jak żyć bardziej ekologicznie

wtorek, lutego 02, 2021

Jak żyć bardziej ekologicznie


W ostatnich czasach ochrona środowiska, bycie eko , dbałość o to, co nas otacza, to modne tematy i bardzo dobrze, Chłonę co tylko wpadnie mi w ręce , jak gąbka. Moje dziecko twierdzi, że do wszystkiego trzeba dorosnąć i jeśli o to chodzi, to chyba się z nią zgodzę. Szacunek do przyrody, wyssałam i to chyba dosłownie z mlekiem matki, gdyż mamy bardzo podobne poglądy, aczkolwiek moja mama, może nie aż tak restrykcyjne, jak ja. Ale spokojnie, moje podejście do życia nie zahacza nawet o fanatyzm. Mieszkam w domu, a nie w szałasie, nad głową mam dach, a nie gałęzie, jeżdżę samochodem , a nie konno, ale jeśli tylko mogę , w miarę możliwości, oczywiście na ile pozwalają na to dzisiejsze czasy, staram się być świadomym konsumentem.

Już od dłuższego czasu myślałam, żeby o tym napisać, chociażby nawet dla siebie, żeby zobaczyć co robię w tej kwestii, bo wydaje mi się, że cały czas bardzo niewiele. Chętnie się dowiem co robicie Wy i jakie macie sposoby, na to żeby tak masakrycznie nie zaśmiecać świata.
Śmieciarkę to ja miałam zaprzyjaźnioną, booo.... bo wyobraźcie sobie, że tutaj, jak się wprowadziłam, przez całe lata, nie było czegoś takiego jak wywóz śmieci. Aczkolwiek, śmieciarka czasami się przemieszczała po gminie, być może zabierając śmieci ze szkoły bądź przedszkola, więc zapolowałam na nią i po krótkich negocjacjach, udało mi się umówić, że będą przyjeżdżali i do mnie raz na dwa tygodnie. A za drobną opłatą , bodajże 20 zł każdorazowo zostawianych na śmietniku pod cegłą, zabierać będą cały fajans, za któryż to dodatkowo musiałam zabulić 150 zł, bo Panowie musieli ukraść z zakładu i na ryzyko się narazić. Kradzież w tym wypadku uznałam za rzecz niebywale potrzebną, z racji tego, że nie bardzo wiedziałam co z tymi śmieciami mam niby robić, więc skwapliwie zapłaciłam.
Odkąd tylko pamiętam, makulaturę, której kiedyś z braku internetu było zdecydowanie więcej, wiązałam pieczołowicie sznureczkiem i zostawiałam osobno obok śmietnika. 
Kiedyś padał deszcz, więc nie chcąc, żeby przygotowana przeze mnie paczka zmokła, nasłuchiwałam warkotu śmieciarki i jak tylko zaczęła się zbliżać, wybiegłam na dwór. Krzyczę do nich, że jeszcze mam gazety i żeby poczekali, Pan powiedział "aha" patrząc na mnie jak na ćwierćinteligenta i z impetem ciepnął moją paczuszkę do tych samych śmieci. Pytam więc, pełna oburzenia:
- Ale...jak to tak ? Przecież to makulatura, pojemniki w gminie stoją.
- A kto by się tym przejmował, a Pani myśli ,że z tych pojemników papier to gdzie trafia?
- No chyba na makulaturę?
- Hahaha...

Moje rozczarowanie nie miało granic, tym bardziej ,że ponosiłam dodatkowe koszty w postaci sznurka.
Stwierdziłam, że więcej im nie oddam i zaczęłam taszczyć gazety pod szkołę, do pojemników, łudząc się ,że widocznie ta moja śmieciarka nieprzystosowana, ale tam, to z pewnością segregacja jest, jak się patrzy, no bo przecież po coś w te pojemniki na papier, szkło i plastik zainwestowali.
No niestety...nie mam pojęcia po co pojemniki stały, bo wszystko trafiało jednak do " jednego wora " , a właściwie śmieciarki.
Ograniczając zakup gazet, tnąc wszystko w niszczarce, robiłam brykiety do rozpalania w kominku i tak, dotrwałam bodajże do 2012 roku, kiedy to ustawa śmieciowa weszła, która notabene bokiem też mi wyszła, gdyż z przyzwyczajenia oprócz regularnego, wymaganego z urzędu płacenia za wywóz śmieci, chyba przez dwa lata, zostawiałam dodatkowo pod cegłą 20 zł. Tak więc i nowi Panowie za ćwierćinteligenta musieli mnie uważać. A i powiem Wam szczerze, że jak się w końcu zorientowałam, to bałam się przestać, bo nie wiedziałam czego się spodziewać. Na szczęście przyfilowałam, że co i rusz przyjeżdża tu inna ekipa, więc problemu nie było.

No i generalnie wypadałoby powoli kończyć ten post, a ja jeszcze nawet nie zaczęłam wymieniać tego co robię, a właściwie tego czego nie robię.

Nie da się ukryć, że kuchnia to największa wytwórnia plastiku. Temat plastiku, to temat rzeka i tu myślę nie starczyłoby miejsca na to wszystko co chciałabym napisać. Szczególnie po lekturze książki " Jak zerwać z plastikiem ", którą polecam zdecydowanie wszystkim. 
To z niej dowiedziałam się ,że  1/3 plastiku w oceanach stanowią mikrowłókna , które przedostają się przez wszystkie filtry, podczas prania. To samo tyczy się mikrogranulek, w proszkach i środkach czystości. Co więc można zrobić, aby  żyć bardziej świadomie i dbać o środowisko ? 

Kuchnia



1. Oprócz segregacji śmieci ( gdzie do dnia dzisiejszego mam wątpliwości czy to faktycznie działa ), namiętnie zbieram korki, które to przez lata moje dzieci nosiły do szkoły, później zalegały mi tonami w hydrofornii, aż w końcu Tosia poszła do szkoły, więc mogłam się ich pozbyć. Te korki, to ponoć jakiś wysokogatunkowy plastik, który nadaje się do przetworzenia.

2. Cała zielenina z domu, trafia na kompost.

3.  Chyba pierwszym świadomym krokiem, był zakup wielorazowej butelki. Na początku była plastikowa ( zawsze to i tak lepsze , niż kupowanie w sklepie napojów w plastikowych butelkach ) i służyła mi ładnych parę lat ( na marginesie służy dalej, bo teraz zabieram w niej wodę dla psów ). Teraz mam już szklaną butelkę, którą uwielbiam.  
Staram się całkowicie ograniczyć kupowanie czegokolwiek w plastikowych pojemnikach, aczkolwiek, przyznam bez bicia, że czasami jest ciężko, bo piję bardzo dużo i niekiedy muszę się posiłkować na spacerze zakupem jakiegoś gotowca ( aczkolwiek wtedy wybieram coś w szkle, ewentualnie sok w kartonie ). Mam nadzieję, że woda będzie sprzedawana znowu w szklanych, kaucjonowanych butelkach. Kto jeszcze pamięta "Mazowszankę "?

4. Od lat nie korzystam z plastikowych toreb na zakupy. Zawsze mam ze sobą wielorazowe torby, które po prostu ubóstwiam, bo są bardzo pojemne. Przy większych zakupach biorę kartony ze sklepu i to właśnie w nie pakuję część produktów.

5. Zamiast małych, szeleszczących siatek, mam woreczki do których wrzucam warzywa, pieczywo i ziarna. I choć na początku przy kasie patrzyli się na mnie jak na dziwadło, ewentualnie szukali metki do zeskanowania, w tej chwili mnóstwo ludzi korzysta z takich woreczków i nikogo to nie dziwi.

6. Staram się kupować rzeczy na wagę, a nie w opakowaniach ( ziarna, bakalie, makarony, ryż itp. )

7. Jeśli nie mam wyboru i muszę kupić coś w plastiku, to wybieram duże, opakowanie.

8. Nie używam folii spożywczej, ani aluminiowej( zamiast tego żywność przechowuję w szklanych pojemnikach, a pieczywo obwijam w "woskowijki"

9. Staram się nie kupować produktów spożywczych, które są pakowane w plastik, aczkolwiek...tego niestety, żebym nie wiem jak się starała, nie da się uniknąć, bo nawet głupia sałata, musi być obwinięta w kawał plastiku. 

8. Robię sama jogurty ( i tutaj nie muszę wrzucać do śmieci codziennie plastikowych kubeczków )

9. Jajka kupuję tylko od szczęśliwych kur, a zakupy staram się robić na bazarze, gdzie można kupić produkty na wagę ( bo jak się pytam czy jabłka nie pryskane, to każdy mi się śmieje w twarz :) i mówi, że żadne by się nie utrzymało. I nie rozumiem tego. Pamiętacie moją cudną jabłonkę? No miała tyle jabłek co roku i przenigdy nie była pryskana. Czereśnia, co to mówili żeby ją wyciąć jak się wprowadziłam , bo jest chora, też ma co roku czereśnie i jakoś żyje, że już o braku oprysków nie wspomnę. Porzeczki co prawda co roku chorują, ale tylko liście, a na owoce wpływu to nie ma. To samo jeśli chodzi o agrest, tu liście właściwie nie chorują, bo po prostu ich nie ma, zżerają chyba larwy motyla bielinka, ale owoców jest co roku mnóstwo, więc co mi przeszkadza,że motyl zje sobie wszystkie liście ?

10.  Na kawę mam od lat niezawodny kubek "Contingo" ( i choć drogi, to tylko ten polecam, a przetestowałam już wiele). Oczywiście oprócz zakrętki, w całości wykonany z metalu. Nigdy nie kupuję kawy w jednorazowych kubkach.

11. Mąkę, cukier, zioła i inne sypkie produkty, trzymam w szklanych słojach . Niestety mam jeszcze parę plastikowych, z czasów kiedy to o szkle można było pomarzyć. Trafią pewnie na działkę, bo wyrzucić szkoda.

12. Sztućce i noże mam metalowe ewentualnie z drewnianymi rączkami, tak samo deski do krojenia, drewniane albo szklane ( i jest jedna plastikowa )

13. No i nie jem mięsa od dwóch i pół roku, a oprócz względów czysto humanitarnych, ma to ogromny wpływ na środowisko. Podobno emisja gazów cieplarnianych pochodzących z hodowli zwierząt, stanowi aż 17% CO2 w całej Unii Europejskiej.

14. Na zakupy chodzę zawsze najedzona ( nawet nie wiecie jak to bardzo pomaga w ograniczaniu kupowanych produktów ), z przygotowaną zawczasu listą.

15. To co zostaje, mrożę. Właściwie to mroziłam, bo zamrażarka dalej nie działa. A mroziłam kiedyś naprawdę bardzo pokaźne ilości :klik

16. Szmatki do kurzu mam wielorazowe i takie pocięte z ubrań Tosi, które nie nadawały się już do oddania.
 
I tak chodzę po tej mojej kuchni i się rozglądam i właściwie więcej plastiku nie posiadam. A i tak za każdym razem , jak przychodzi do wywozu śmieci, ilość po prostu mnie powala. Niestety moje dzieci jakby totalnie mają na to wywalone i choć zięciowi kupiliśmy nawet ustrojstwo, żeby wodę gazowaną sobie robił, to i tak kupuje w plastikowych butelkach i aż dziw, że się nie krztusi, bo za każdym razem mówię mu, że jest mordercą i właśnie pozbawił życia kolejnego kormorana. Ilość plastiku w zabawkach Tośki, zaznaczam bezsensownych zabawkach, jest wręcz szokująca. Leży toto , do niczego nie służy, bo bawi ją to jedynie w momencie kiedy dostanie, a w efekcie trafia do śmieci. No ale co ja mogę zrobić?

Łazienka



 Tu sprawa ma się trochę lepiej niż w przypadku kuchni, ale też jakby nie do końca.

1. Proszek do prania kupuję w kartonowym opakowaniu. ( chcę się przerzucić na te orzechy piorące, ale...tak bardzo lubię zapach czystego prania, że odkładam to w czasie ) Proszek kupuję bez mikrogranulek.

2. Płyn do prania to moje kolejne utrapienie ..jest w plastikowych butelkach. Kupuję co prawda te największe, ale to jakby mnie nie usprawiedliwia. I też czytałam o tym, jak zrobić własny i też odwlekam decyzję. Ale teraz to mi wstyd pewnie już będzie, więc może w końcu zrobię i zacznę prać w tych orzechach:) 

3.  Kupuję tylko kosmetyki , które nie są testowane na zwierzętach.

4. Pastę do zębów robię sama.

5. Piling do ciała też ( przez lata nie używałam, bo nie powinnam ze względu na przepływ limfy i rozprzestrzenianie się komórek nowotworowych, ale... mam dosyć i czniam to i używam. a jaką frajdę mam :)

6. Nie używam płynów do kąpieli, zamiast nich stosuję napary ziołowe i sól epsom.

7. Używam mydła w kostce.

8. To samo tyczy się szamponu do włosów.

9 . Z odżywką jest problem..w kostce jest do niczego , a butelki są plastikowe :( Niestety kupuję, więc jeśli macie jakiś pomysł na zastępstwo, koniecznie dajcie znać w komentarzu.

10. Jeśli chodzi o mleczka do demakijażu, płyny etc...nie używam. Sama robię tonik do twarzy, a'la płyn micelarny. Zamiast płatków kosmetycznych, stosuję ściereczkę do demakijażu.

11. Patyczki kosmetyczne jedynie bambusowe, tak samo szczoteczki do zębów.

12. Jeśli chodzi o codzienną pielęgnację, to oprócz wyżej wymienionych, chyba niczego innego nie stosuję. Często się mnie pytacie, jakich używam kosmetyków. No więc nie używałam  ( i choć sobie po 40 obiecywałam, że zacznę ), to dalej nie używam żadnych kremów, balsamów ani innych rzeczy. Co prawda nawet nie wiem jakie inne rzeczy są, ale kiedyś tak sobie myślałam, że może właśnie dlatego, że niczego nie używam tak wyglądam? Skóra tylko z policzków, jakoś zaczęła mi się przemieszczać w stronę ziemi, ale poza tym, oprócz mimicznych zmarszczek, innych nie posiadam. `    

13.  Za to maluję się namiętnie i raczej bez makijażu z domu nie wyjdę, choć obecnie jakby coraz mniej mi się chce. Podkłady kupuję w szklanych butelkach i ogólnie kupuję bardzo, naprawdę bardzo mało kosmetyków. 

GARDEROBA



1. Ubrania odkąd tylko pamiętam kupuję tylko i wyłącznie z naturalnych włókien, więc w tym wypadku plastik do oceanów się raczej nie przedostaje. W swojej garderobie, która jest naprawdę o wiele za duża, posiadam jeden sztuczny sweter ( bo wzór miał cudny ) i jedną sztuczną sukienkę, w której wyglądam jak Kleopatra i po prostu to była miłość od pierwszego wejrzenia, choć bardzo długo biłam się z myślami przed zakupem, czy aby ja w tym plastiku chodzić będę? No nie chodzę, ale za to czasami ją sobie oglądam i dalej mi się bardzo podoba, więc może jeszcze kiedyś włożę

2. Jeśli chodzi o buty i torebki , to mam bardzo mieszane uczucia, bo do końca nie wiem jak to jest, a i tak naprawdę nie chcę wiedzieć. Mam bardzo delikatne stopy, ogólnie mam bardzo delikatną w dotyku skórę, a pięty mam takie jak wnętrze dłoni. Buty mam z reguły skórzane. I tłumaczyłam sobie, że skoro tą krowę ktoś i tak zje, to chociaż ja tą skórę wykorzystam na buty i torebki...ale moje sumienie jakoś mi podpowiada, że chyba nie do końca to tak działa, więc spróbowałam kupić z plastiku. Pomijając sam fakt sztuczności, powodowały po prostu uczucie pieczenia i ból... Tak więc mam sporo butów skórzanych, a reszta jest z materiału. Na szczęście nie niszczę butów, wszystkie mam bardzo dobre gatunkowo, więc oddaję do szewca jeśli coś się z nimi stanie i jestem ich szczęśliwą posiadaczką od wielu lat, więc czuję się jakby choć trochę usprawiedliwiona. Aczkolwiek jeśli mówimy o zanieczyszczeniu świata, to jest to wybór słuszny. Gorzej z sumieniem. 

3.  Ubrania od lat kupuję  u-Żiwaniego. No kocham łachacze ponad wszystko. Czuję się jak dziecko w sklepie z zabawkami, a jak coś upoluję, to tak, jakbym otwierała prezent na Gwiazdkę. Pomijając fakt dbałości o środowisko, to jeśli znajdziemy ubranie która jest w idealnym stanie, to mamy gwarancję, że jest to coś , co jest dobre gatunkowo i będzie nam służyć przez kolejne lata, a nie wyglądać za chwilę jak szmata. Poza tym sami przyznajcie, że Gucci czy Chanel za  0,32 gr to jest to strzał w dziesiątkę. Od paru lat, ze względu na ilość posiadanych ubrań ( których również nie niszczę zupełnie ) wprowadziłam ograniczenia cenowe i jakościowe. Nigdy, żeby nie wiem co nie kupuję rzeczy , które są droższe niż 5 zł i kupuję jedynie rzeczy z wysokiej półki cenowej. Znaczy się w normalnym sklepie tyle kosztują, bo nie w łachaczu. I nie bardzo rozumiem co ludzi kręci w tych sieciówkach, gdzie zostawiają kupę hajsu, jak za złotówkę można chodzić w płaszczu Max Mary :) A ile radochy w szukaniu :)

4. Meble to na pewno już wiecie. Robię, przerabiam, szlifuję, maluje na inny kolor, odnawiam...i tak w kółko. Generalnie te same od lat, a często wyglądają inaczej. Mam nawet w holu przerobiony mój regał z czasów podstawówki, kiedy miałam 7 lat, więc pod tym względem jestem super ekologiczna :)

Ogólnie jak tak patrzę, to nic tylko brać :) Jestem bardzo tania w utrzymaniu, a jak potencjalny narzeczony zabierze mnie do łachacza, to normalnie zrobi mi niesamowity prezent i nie będzie musiał  hajsu wydawać. No przynajmniej zapłaci zdecydowanie mniej, niż za kolację w knajpie.

I tu Kochani znów muszę się z Wami pożegnać, choć post jakby niedokończony, ale ... rozwaliłam matrycę w laptopie. Po jodze, która to w dniu dzisiejszym, moje skołatane nerwy miała uspokoić, podniosłam laptopa do góry za ekran i...szlag go trafił. Mnie swoją drogą też, bo pomijając wydatki związane z naprawą, brakiem laptopa, joga na nic się nie zdała, a ja mam ochotę usiąść i wyć. I to tyle jeśli chodzi o mój wyjazd:( Teraz muszę laptopa oddać do naprawy :( 
Zdjęcia też miały być bardziej tematyczne, ale z wyżej wymienionych względów, takowe być nie mogą, bo niestety nie widzę całkiem sporego kawałka ekranu. W związku z tym, żegnam się z Wami cieplutko, a na komentarze, będę już odpowiadać z telefonu :)



Idą zmiany

wtorek, stycznia 26, 2021

Idą zmiany


W pewnym momencie mojego życia, zaczęłam zupełnie inaczej postrzegać świat... świat , w którym nadmierny konsumpcjonizm, zaczął mi wręcz przeszkadzać i przytłaczać. Może dlatego, że teraz wszystkiego jest pełno, może dlatego, że każda pierdoła kosztuje grosze, a jeśli coś jest na wyciągnięcie ręki, to przestaje być marzeniem? A może dlatego, że półki w sklepach  uginają się od takiej  ilości towaru, że właściwie   większość rzeczy przestaje mi się  podobać. W ten właśnie sposób, zakończyłam zbieranie moich filiżanek w róże..za pierwsze płaciłam chore   pieniądze, marzyłam o zakupie.. ..  a teraz...widząc tysiące innych, na każdej   półce w sklepie, opatrzyły mi się i już nie marzę o kolejnej. Za to cały czas marzy mi się proste życie. Życie  dala od wielkich aglomeracji miejskich, marzy mi się ,że w końcu  będę robiła to co  lubię i żyła tak jak  lubię. Zaczęłam się więc zastanawiać nad tym bardzo intensywnie.

Co ja tak właściwie lubię?


I doszłam do prostych wniosków, że przede wszystkim bardzo lubię pisać ( więc może by tak napisać książkę, wrócić do pisania bloga) lubię ludzi i kontakt z nimi ( Myślę, że nawet odległość, ze względu na przyszłe miejsce zamieszkania tego nie zmieni). Przecież dzisiejsze czasy otwierają nam mnóstwo możliwości. Myślę bardzo intensywnie, właśnie nad tym,  żeby stworzyć takie miejsce, gdzie ludzie będą chcieli bywać. Bez wątpienia bardzo lubię kontakt z przyrodą ( stąd ucieczka dalej, wydaje się bardzo wskazana , lubię dekorowanie domu i tworzenie nowych rzeczy ( więc tak sobie myślę ,że może w końcu powinnam wziąć się do pracy i zacząć od podstaw budować tą moją wymarzoną Chatkę Puchatka ) , lubię zwierzęta ( i cały czas chcę mieć te kury, o których pisałam dawno, dawno temu ). 
Lubię mieć obok siebie kochaną osobę ( i tu pojawia się problem, który tak naprawdę wcale nie musi być problemem). A przede wszystkim lubię się śmiać, czuć wewnętrzny spokój, kochać, marzyć i żyć. Żyć pełnią życia, cieszyć się każdym dniem i znów móc się śmiać co rano  i czuć tą wszechobecną radość.
Potrzebuję w końcu uporządkować swoje życie. Już tak na zawsze. Znacie mnie dosyć dobrze, więc wiecie, że nie lubię zmian, że moje życie zawsze było usystematyzowane. A przez ostatnie lata czuję się bardzo zagubiona, czuję się tak, jakbym mocno zboczyła ze znanej sobie drogi. Przez ten okres, w miejsce poczucia bezpieczeństwa wkradł się chaos, zamiast wiary, zwątpienie i brak zaufania. Życie , które wydawało mi się miłe, przyjemne i proste, zrobiło się skomplikowane, zagmatwane i trudne. To nie jest moja bajka. W mojej nie ma miejsca na bezwzględność, brak empatii i bezcelowe ranienie ludzi. Nie ma miejsca na egoizm i kłamstwa. W mojej bajce, dominuje przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa, zaufanie, radość, pomoc innym i nieustanne dążenie do szczęścia. W mojej bajce ludzie kochają, a zwierzęta są szczęśliwe.

Więc te właśnie wszystkie rzeczy sprawiły, że już od dłuższego, powiedziałabym nawet, że od długiego czasu, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego żyję wbrew sobie, swoim przekonaniom i pragnieniom. Dlaczego tylko częściowo realizuję swój plan na życie i co zrobić, żeby to zmienić.
Myślałam, ale nie robiłam nic, żeby tą sytuację zmienić, co jak wiecie jest do mnie zupełnie niepodobne. Ja myślę i robię, nie czekam , nie analizuję. Więc dlaczego ?

Dzień Świstaka



Od paru lat, moje życie wygląda tak, jak w "Dniu Świstaka ". Może jest to zbyt dosłowne porównanie, ale z pewnością w dużej mierze, tak właśnie było, z tym, że powtarzalność była zdecydowania rzadsza i występująca na początku raz, a później już parę razy do roku.
Było cudownie i wspaniale. Później dostawałam z dnia na dzień obuchem w łeb, więc następował okres bólu, cierpienia i rozpaczy, aż przychodził czas na stagnację i czekanie, by w końcu marzenia mogły się znów zrealizować, a ja wracałam do punktu wyjścia. Takie życie wyczerpuje człowieka do granic wytrzymałości. Powoduje w psychice spore wyrwy, a ja ponieważ jestem bardzo emocjonalnie nastawiona do wszystkiego, przeżywam to w tragiczny sposób. Niestety empatia, którą podejrzewam mogłabym obdarzyć parę osób, nie pozwalała na inne działania. Wieczne wzloty, upadki, strach, bezsilność, ból, lęk, nieprzespane noce to był koszmar z którego skutkami, zmagam się do dnia dzisiejszego.
Po którymś właśnie takim uderzeniu w łeb, stwierdziłam, że żeby nie oszaleć, zacznę coś robić. Ból, rozpacz, można przełożyć na coś dobrego. Zobaczcie jak ludzie potrafią niesamowicie zmienić swój świat, po traumatycznych przeżyciach. Rzucił Cię facet? - jak już otrzepiesz piórka, chcesz poczuć się lepsza, dowartościowana...idziesz na siłownię, zaczynasz się odchudzać, wprowadzasz nową dietę..
Straciłaś pracę? - jeśli tylko się nie poddasz, zaczynasz się doszkalać szukasz, analizujesz, myślisz, zapisujesz się na kursy. Nawet przedwczesna śmierć, w wielu przypadkach powoduje, że ludzie zaczynają patrzeć na świat inaczej- otwierają fundację, zajmują się wolontariatem, zapisują do grup wsparcia... Chyba najgorsze co można zrobić w takiej sytuacji, to nie zrobić nic. Absolutnie nie namawiam do tego, żeby bagatelizować problemy, o czym pisałam w poprzednim poście, ale namawiam do tego, żeby nie tracić czasu, tak jak to było w moim przypadku. Nie czekać na finał, tylko w międzyczasie działać. Gdzie byłabym dzisiaj, gdybym podjęła się tego wcześniej ? Jak to mówili mądrzy ludzie " Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że wymaga czasu. Czas i tak upłynie ".
A człowiek jest tępy...no dobra...ja jestem tępa. Patrząc na to, co napisałam wyżej, rozpacz..  rodzi w ludziach silną potrzebę zmiany. Nie będę rozkminiać o co w tym chodzi, nie jestem psychologiem, ale fakt jest niezaprzeczalny, więc tak sobie pomyślałam za którymś razem gdy znów dostałam w łeb, że skoro już muszę cierpieć, to niech chociaż to na coś się przełoży sensownego i...zaczęłam pisać książkę. Oczywiście,  że pisanie owo porzuciłam w momencie kiedy tylko wkroczyłam w etap : jest pięknie i cudownie i oczywiście, że zrobiłam najgłupszą rzecz w życiu.

Czy się boję ?

O tak, boję się i to bardzo, bo pomimo mojej wrodzonej tępoty, jestem człowiekiem myślącym, a tylko głupiec nie odczuwa strachu. 
Boję się tysiąca rzeczy. Boję się,  że wyprowadzę się na zadupie i nie będę widywać ludzi. Ale po głębszym zastanowieniu, dochodzę to wniosku, że ostatnimi czasy, żyjące ludzkie istoty to ja widuję tylko w sklepie. No i w domu...a tam , dom  też będzie zupełnie pusty, więc boję się, czy mieszkając samej, po tylu latach życia jak w komunie, nie będę czuła się samotnia. Ale...ten porządek, ten spokój, ta czystość wyzierająca z każdego zakamarka, tak bardzo kusi :) I wszystkie półki w lodówce tylko moje i żadna śmierdząca padlina nie będzie się tam rozkładać, no i facet, który chyba jednak kiedyś będzie...tutaj jaki komfort psychiczny człowiek odczuje.
Według dzieci moich facet musi być, żeby moje zdrowie psychiczne ocalić, bo grozi mi podobno,  że zdziwaczeję  do reszty i będę smętnie snuć się po polach, gadając do każdej napotkanej roślinki. Więc w jakimś, bliżej nieokreślonym czasie, również mężczyznę owego, w planach życiowych uwzględniam.
A przecież są telefony, jest internet, no i prawda jest taka ,że mamy z założenia mieszkać wszyscy dość blisko siebie.
Poza tym, boję się, że na tym  zadupiu utknę po kres swych dni, bo nie będę mogła wyjechać ze względu na posiadane zwierzęta...a ja uwielbiam wyjeżdżać. Ale założenie jest takie, że przecież ja tam wsiową bizneswoman zostanę, więc będę mieć na pewno bardzo zaufanych pracowników, którzy nakarmią moje kurki, ewentualnie jeszcze tę krowę, co mam piękne wilgotne oczy,  a psy i koty , to dzieciom podrzucę. No bo pszczoły to chyba będą mogły bez mojej opieki zostać, choć do końca jakby tematu jeszcze nie rozkminiłam.
No i będę sama i będzie na około pusto i będzie bardzo ciemno.
Tu było podobnie jak się wprowadziłam, ale...był Misiek, a i ja nie miałam 50 lat tylko dwadzieścia parę. Nie boję się ciemności, nie boję się bycia i życia samotnie, ale...co będzie jak ktoś postanowi mnie ubić i okraść, no bo raczej na towar przeterminowany mocno, to żaden desperat już nie poleci.   Do tej pory , był jeden taki co to chciał u mnie w stróżówce mieszkać, ale zdanie zmienił. To trochę komplikuje sprawę, ale pewnie nawet tam,  też będzie jakaś firma ochroniarska.
A ponieważ te myśli tłuką mi się po głowie już od paru lat, więc po naprawdę bardzo dogłębnej analizie , zaczęłam działać. Długa droga przede mną, jako że okazało się, że Misiek położył na łopatki całą papierologię i muszę to wszystko teraz prostować, co wymaga czasu, pieniędzy i zaangażowania, ale małymi kroczkami przybliżam się do celu i myślę, że na wiosnę ruszę ze sprzedażą domu. 
I oby się udało wtedy jak najszybciej, bo prawda jest taka ,że u mnie są takie ceny, że domy stoją latami nim je ktoś kupi.  A ja muszę szybko, nie mogę już dłużej czekać na ... wszystko. Potrzebuję ruszyć z miejsca i raz na zawsze, definitywnie , nie oglądając się za siebie zmienić obecne życie.

Uprzedzając Wasze pytania:
Tak będzie mi szkoda, będzie mi cholernie szkoda i będę z pewnością wyła jak bóbr  ( a może mops ? , nie bardzo pamiętam kto tam wyje ). Ten dom to tysiące wspomnień, to włożone w każdą rzecz moje serce i rozwalony kręgosłup. Tysiące rzeczy zrobiłam tutaj sama, szlifowałam, murowałam, tynkowałam , układałam podłogi, szyłam zasłony i firanki, nauczyłam się obsługi betoniarki i dowiedziałam się jak nazywa się większość roślin. Wzdrygając się z  obrzydzenia przerzucałam na łopacie turkucie podjadki i rozczulałam nad każdą uratowaną myszką czy nornicą. Tu dorastały moje dzieci, tu latami dojrzewał ogród. Jakaś część mnie zostanie tu na zawsze...
Ale...dom jest duży, dzieci duże, ba...już nawet wnuczka całkiem spora. Zarówno ja , jak i oni potrzebujemy swojego miejsca na ziemi, żeby zacząć żyć. Dla mnie, kupno ziemi i postawienie domu, to również plan na życie i możliwości zarobkowe, które sobie wymyśliłam już x lat temu, a tak jak powiedziałam wcześniej, chciałabym w końcu w życiu robić to co lubię.  

Zdrowie psychiczne

A tu człowiek wiecznie musi się wkurzać, no bo niby jak się nie wkurzać, jak wszyscy się wypierają, a finalnie i tak ja muszę robić ? Taka zamrażarka na przykład. 

Popsuła się, a jak to zamrażarka wypełniona była po same brzegi żarciem .Teoretycznie każdy miał po parę szuflad, ale działo to tak długo, jak długo działała zamrażarka. Pech chciał, że popsuła się przed samym wyjazdem nad morze, więc niestety mnóstwo jedzenia się zmarnowało. Każdy swoje szuflady miał opróżnić. Magik domowy miał zobaczyć czy uda się ją reanimować, więc została przekręcona przodem do ściany...Po przyjeździe z nad morza coś  śmierdzi ( Miśka co to gadał, że mi coś wiecznie śmierdzi, nie ma już od dawna, w związku z tym smród był jak najbardziej realny i nikt wody z mózgu robić mi nie mógł ) Więc chodzę, węszę, szukam... aż szarpnęło mną w końcu przeczucie okrutne i już wiedziałam...przekręciłam zamrażarkę znów drzwiami do przodu, otworzyłam i....no i niech Wam wyobraźnia podpowie. Myślałam, że umrę z obrzydzenia. Paszczę rozdarłam na cały dom, więc przyleciała Madzia.

- Boziu, Mamuś co się stało ?
- Czyja to do cholery padlina tam gnije  ???!!! - wrzeszczę w napadzie dzikiej furii:
Magda popatrzyła i ze stoickim spokojem stwierdziła, że to niej, bo ona wszystko opróżniła przed wyjazdem.
- Nuuuurrrrkkkkaaaa!!!! 
Ponieważ zdenerwowana okrutnie byłam, więc nie do końca pamiętam co odpowiedziała, ale one ostatnio gadają do mnie jak do wariata...znaczy spokojnie...znaczy, żeby podkreślić, że matka jakby nie do końca zrównoważona psychicznie i trzeba się z nią delikatnie obchodzić ( a tak na marginesie, to szkoda ,że nie przytakują, bo wariatom to się przecież przytakuje )
- To nie moje mięso Mamo, my wyrzucaliśmy od razu.
No i się zaczęło: 
- Magda, nie wpieraj mi, chyba lepiej wiem, co robiłam.
- No co Ty gadasz, przecież my wyrzucaliśmy od razu.
- Musieliście zostawić.
- Nie, to na pewno nie nasze, tylko Wasze, więc sprzątnij.
- Chyba żartujesz, ja tego na pewno nie będę sprzątać, bo nie nasze.
- Nasze też nie. Ja nie sprzątnę , bo się brzydzę, zresztą nie będę po Was sprzątać.

Ponieważ jakby nie mogą dojść do konsensusu, więc na pomoc wzywają "posiłki", które to na uboczu, przy wszelkich chryjach rodzinnych, starają się trzymać.
Posiłki w postaci dwóch osiłków, bardzo niechętnie schodzą ,więc jedna przez drugą:
- Adriannnn....pamiętasz? Sam wyrzucałeś, ja ci podawałam.
- Piotrrrekkk, w miednicy wynosiłeś od razu do śmieci ? Pamiętasz? 
No i który chłop, nie ugnie się przed dzikością w oczach i nie przytaknie ?
Ale...tutaj oprócz ich furii jestem jeszcze ja, więc sytuacja jakby się komplikuje .Wróg i zbawca w jednej osobie, któremu podpaść raczej nie wypada i którego jakby nie patrzeć w jajo robią, ale z szacunkiem traktują.
Więc coś tam burczą niewyraźnie pod nosami, za co dostaje im się od rozwścieczonych bab.

U mnie złość, w momencie kiedy sięga zenitu i osiąga apogeum, objawia się spokojem i pogardą dla otaczającego mnie świata, więc syczę przez zęby:
- Więc kuźwa moje, tak ? Skoro nie wasze, to znaczy, że moje??? 
I tu nastąpiło cisza i coś na kształt konsternacji, więc od syczenia przechodzę znów do wrzasku:
- No to ja się pytam, jak to może być moje jak OD DWÓCH LAT NIE JEM MIĘSA ???!!!!
- No tak, to fakt   - na pewno nie Twoje- mówi Nurka ....i po krótkim zastanowieniu :
- Ale i nie moje. 
- Moje też nie - dodaje Magda.
Więc naprawdę ,chcąc pozostać przy zdrowych zmysłach, muszę uciekać. Zamrażarka , to przykład i coś co mogłam udowodnić, ale takie sytuacje zdarzają się notorycznie.
- To nie ja ,
- Ja też nie.
A ja zastanawiam się gdzie mogłam wynieść sztućce i talerze, które przecież zawsze odkładam na miejsce, bo skoro nie one, to znaczy, że ja ? I czy jakby powoli na Alzheimera zapadam ?
Kiedyś pojechałam kupić znów kubki, bo nie bardzo było w czym pić...myślałam ,że po pokojach może gdzieś mają, sprawdziłam, ale nie. Więc pomyślałam, że pewnie potłukli. Za parę dni, wchodzę do kuchni, a tam na blacie stoi ich z 15..nie mieściły się do szafki, bo kupiłam nowe. Nie pytajcie gdzie oni to przechowują, bo nie mam bladego pojęcia. 
Przeca najbardziej wytrzymały psychicznie człowiek, by tego nie wytrzymał. Oprócz moich dzieci, ich narzeczonych, zwierząt i mojej wnuczki, -mam dwóch tajemniczych lokatorów...To Ktoś i Nikt.
Ktoś zrobił i Nikt nie wie kto.
Więc jest nas tu zdecydowanie za dużo, za dużo jak dla mnie, bo niech sobie mówią co chcą, mam natręctwa sprzątania czy nie, nie znoszę bałaganu i na tym tle, zawsze będzie dochodzić do spięć, tym bardziej, że przez nich, to i ja mam mniejszą chęć na porządki. A jak nie sprzątam, to jestem zła ,że jest burdel, a jak sprzątam, to też jestem zła, że sprzątam za resztę :) A ja nie lubię być zła.



Tak więc choć kocham okrutnie miłością wielką , nadszedł ten czas, że muszę pomyśleć o sobie. A jak do mnie przyjadą, to proszę bardzo...wtedy to ja obiadek nawet ugotuję ,pozmywam, talerze posprzątam i dokładnie będę wiedziała, gdzie je schowałam. I wytrę je sobie w czyściutkie ściereczki, które w tym domu notorycznie nazywane są SZMATAMI. No szlag mnie trafia na miejscu jak słyszę podaj szmatę! Chociaż może i nie powinno mnie to dziwić , bo moja szmata do podłogi, wygląda zdecydowanie lepiej niż te ścierki! O...  do łazienki nie będę musiała chodzić jak na koloniach, z kosmetyczką, bo NIKT nie tknie moich kosmetyków :). 
A Babcią jaką będę Kochaną , jak nie będę paszczęką kłapać, że dziecko wiecznie przed telewizorem siedzi...a proszę bardzo, wtedy to po spacerku, nawet sama bajeczkę włączę. A tak to tylko zła jestem, bo rodziców wbijam w poczucie winy, a dziecko cierpi, bo karzą jeszcze nie daj Bóg wyłączyć...i przez kogo ? No jasne, że przez Babcię niedobrą.

I jakby tak, ten post niedokończony muszę wrzucić, bo musiałam przerwać pisanie i po drodze gdzieś wątek straciłam, więc żegnam się z Wami cieplutko i do usłyszenia wkrótce :)



O podrózach słów kilka i o tym, dlaczego zwiedzając Petrę trzeba się zaopatrzyć w tony jedzenia i butelki z wodą.

środa, maja 15, 2019

O podrózach słów kilka i o tym, dlaczego zwiedzając Petrę trzeba się zaopatrzyć w tony jedzenia i butelki z wodą.


Jak wiecie kocham podróże, nie powiem, że jak większość ludzi, bo jednak moje podróże i sposób w jaki spędzam wolny czas, niejednemu mojemu znajomemu spędza sen z powiek i mówi… wiesz co, bardzo cię lubię, ale już nigdy więcej z tobą nie wyjadę, no chyba, że do spa. No nie da się ukryć, że nie mam umiaru w niczym. Nie jestem absolutnie typem wylegującym się nad basenem, popijąjącym drinki z palemką pod parasolem plażowym. Moje podróże to tysiące przemierzonych kilometrów, miliony zużytych plastrów na odciski, to wieczny zachwyt nad wszystkim i pragnienie zobaczenia wszystkiego …bo przecież już tu nigdy nie wrócę, a tyle rzeczy trzeba jeszcze zobaczyć..I tym sposobem wstaję bladym świtem,a wracam do hotelu późno w nocy, by od rana powtórzyć wszystko od początku. Mało kto jest w stanie wytrzymać intensywność moich wyjazdów, stąd też mam niemały problem z doborem towarzystwa do podróży. Pan K wydawał się to wszystko nieźle wytrzymywać, nie mam pojęcia czy to z miłości do podróży, czy do mnie … grunt,że dawał radę i nawet zaryzykuję stwierdzenie, że mu się podobało. Wyjeżdżam, jak tylko mam taką możliwość, jak tylko uda mi się wyrwać parę dni urlopu, jak odłożę parę groszy, albo i nie…bo przecież w domu też jeść trzeba. Podróże są niskobudżetowe i choć na nadmiar gotówki nie cierpię, to jednak w tym wszystkim nie o to chodzi. Pamiętam pierwsze wakacje ze znajomymi. To była istna męczarnia zarówno dla nich, jak i dla mnie. No sorry, nie widzę powodów, dla których mam wyjeżdżać tysiące kilometrów, tylko po to żeby cały dzień moczyć tyłek w basenie, całymi dniami chodzić na rauszu, albo następnego dnia zdychać na kacu. Samodzielne życie zaczęłam bardzo wcześnie, mając 18 lat mieszkałam już sama… gdybym miała się ochotę nastukać, to spokojnie mogłabym to robić w domu i nie musiałam w związku z tym przemierzać pół świata.




Tak więc jako istota młoda, poszłam na kompromis i letnie wakacje spędzaliśmy zawsze sami, w gronie rodzinnym, natomiast na ferie zimowe jeździliśmy ze znajomymi, no bo na narty to nawet po całonocnej bibie się chodziło i większych problemów nikt z tym nie miał.  Podróże zawsze planuję sama,zaczyna się od miejsc w okolicy , które chciałabym zobaczyć, poprzez ceny, zniżki, menu restauracji w których mam zamiar być, wejściówki, ceny taksówek, generalnie wszystkiego co wiąże się z wydaniem jakiejkolwiek gotówki. Nie lubię być zaskakiwana i nie lubię przekraczać zaplanowanego budżetu. Jeszcze nigdy w życiu nie wyjechałam z biurem podróży, nigdy nie wykupuję też posiłków, które ograniczają mnie czasowo. Jeśli są to dłuższe wyjazdy, wtedy z reguły zmieniam miejsce zamieszkania codziennie, jeśli krótkie,  jedno lub dwudniowe, to ograniczam się do zwiedzania konkretnego miejsca i jego okolic. Nie było tych podróży bardzo dużo, ale jednak trochę zobaczyłam. Ponieważ ten rok spędzam w domu, z Księciuniem u boku i nic nie wskazuje nawet na to, żeby udało mi się wyjechać choć na dwa dni na działkę, więc postaram się podzielić z Wami hahaha …wspomnieniami. A tak zupełnie poważnie, to niejednokrotnie ludzie pytają mnie jak co załatwić, kiedy jechać, co zobaczyć i jak ja to robię za takie pieniądze. Sama zresztą również wertuję internet w poszukiwaniu ciekawych miejsc, cen, czy tego co po prostu warto zobaczyć, więc myślę, że takie podpowiedzi mogą się przydać, nawet o ile nie zostaną wykorzystane w całości, to jednak warto wiedzieć, co ciekawego można zobaczyć, gdzie i jak. Jak chyba każdy, kto kocha podróże, mam swoją listę miejsc do których za wszelką cenę chcę dotrzeć.








































Pierwszą podróż, którą odbyliśmy oddzielnie tzn. bez znajomych, była podróż do Włoch. Znajomi wyjechali z bardzo znanym w tamtych czasach biurem podróży. Umówiliśmy się na wspólne spotkanie na Etnie. Czas wyjazdu to 2 tygodnie. Koszt my zapłaciliśmy za 4 osoby ( 2 dorosłych i 2 dzieci) 8.000 zł, oni za 2 osoby dorosłe 9.700 zł. To tak w bardzo dużym skrócie. My przejechaliśmy całe wybrzeże Włoch, łącznie z Sycylią, parokrotnie w celu zobaczenia czegoś łał wbijając się w głąb lądu, odwiedzając mnóstwo pięknych i ciekawych miejsc, będąc w parku na Safari, bawiąc się w parkach rozrywki, a po drodze zaliczając Wiedeń, Budapeszt, dwudniowy pobyt nad Balatonem, Ljubljanę na Słowenii, oraz dla miłośników Sagi Ludzi Lodu, Postojną Jamę, w której ukrył się Tengel Zły. A znajomi… wywieźli ich nad morze tyreńskie, do którego niestety nie mieli jak wejść, bo fale były ogromne, a wybrzeże bardzo skaliste, posiedzieć też tam nie mogli, bo obok jedynego miejsca gdzie dało się dojść do morza stał kontener, do którego rybacy wrzucali resztki wypatroszonych ryb, których hmmm … zapaszek, wraz z morską bryzą docierał nawet do hotelu. Wracając z Sycylii zatrzymaliśmy się w tym hotelu na jedną noc, mocno nadwyrężając nasz budżet. Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka po zaopatrzenie. Po ulicy chodziły gangi i strach było patrzeć, co robią z samochodami, które stały obok, więc dla bezpieczeństwa Misiek został w aucie, a ja ze znajomym przemknęłam do sklepu. Wieczorem kąpaliśmy się w malutkim basenie i jedyny pozytyw tego wszystkiego, był taki,że moje dzieci po tygodniu życia bez telewizora obejrzały Pokemony….niestety po włosku. Tak … telewizja w hotelu była. Generalnie wyszło im dużo drożej, bo chcąc ruszyć się z tego zadupczyna, musieli wykupić dodatkowe wycieczki, niestety płatne i to wcale nie mało. Boziu … skroili ich nawet za wycieczkę na Etnę… chyba jedyne miejsce w całych Włoszech, które było darmowe… ba… był tam nawet jedyny, jaki udało nam się znaleźć w całych Włoszech, darmowy parking. Następnego dnia, bladym świtem pożegnaliśmy się bez żalu i wyruszyliśmy do Pompei. To tak w bardzo dużym skrócie, dlaczego podróżuję bez biur podróży. Oczywiście rozumiem ludzi, którzy wolą leżeć na plaży i czytać książkę, każdy ma swoje upodobania i spędza czas jak lubi. Ja…zdecydowanie wybieram wolność, nie wszystko chcę zobaczyć i nie wszystko mnie interesuje. Zdecydowanie bardziej cenię podróże pod względem widokowym. Krajobrazy i architektura jakoś bardziej do mnie przemawiają niż muzea i sztuka…, ja wiem ,że powinnam się tym zachwycać, ale jestem w tym temacie totalnym laikiem i szczerze mówiąc niektóre obrazy na Starówce w Warszawie, dużo bardziej mi się podobają, niż np. Mona Lisa, że o  Pablo Picasso nie wspomnę. No tylko nie krzyczcie na mnie, pamiętajcie, że każdy jest odrębną jednostką ludzką, ja może jakąś bardziej tępawą po prostu.  Ale nie zdzierżę jeśli coś chcę zobaczyć, a jakiś przewodnik każe mi iść dalej i pędzi ludzi jak stado owiec.



To,że moje podróże są niskobudżetowe, to nie znaczy, że nie bywam tam gdzie chcę. Potrafię kupić mnóstwo rzeczy taniej, aby zobaczyć czy też pójść do najlepszej restauracji albo wejść do upragnionego miejsca, za które muszę słono zapłacić. Tak naprawdę największe oszczędności mam na biletach lotniczych i hotelach. To nie znaczy,że nocuję w jakiś podłych warunkach, brudzie i syfie…no co to, to nie. Mało tego, moje miejscówki są zawsze w rewelacyjnych punktach, tylko często nie są pięciogwiazdkowymi hotelami, a malutkimi pensjonatami, bądź też szumnie zwanymi apartamentami. Jeśli jadę samochodem w grę wchodzą tylko i wyłącznie namioty, które kocham i uwielbiam. Jeśli mam możliwość wyboru zamknięcia mnie w czterech ścianach, a bycia cały dzień na dworze, do tego bardzo często z cudownym widokiem na wyciągnięcie ręki, to nie zastanawiam się ani minuty, w domu to mogę posiedzieć u siebie i też ładnie mam, no przynajmniej mnie się podoba.

A więc jak tanio podróżować po świecie? To nie my wybieramy miejsce, a miejsce wybiera nas. Jeśli mamy rozległe plany, to i tak z dużym prawdopodobieństwem znajduje się na naszej liście, więc nie ma różnicy czy pojedziemy tam teraz czy może za rok lub dwa … przecież i tak chcemy je zobaczyć, więc nie musimy jechać w konkretnym terminie. To samo niestety, co już dla większości może być pewnym utrudnieniem, stanowi termin. Szukamy…znajdujemy…jedziemy.. i tutaj ludzie pracujący w korporacjach, gdzie urlopy są planowane z dużym wyprzedzeniem, często są przegrani na starcie. Zdarzało mi się kupić bilety parę miesięcy do przodu, ale bywało i tak ,że trafiło się coś za tydzień lub dwa tygodnie. I jeśli nie możemy w tym czasie wziąć paru dni wolnego, tracimy okazję. Pozostaje wierzyć, że tą stratę, wynagradzają nam zarobki, więc nie musimy przejmować się cenami biletów, choć ja z założenia nie znoszę przepłacać, w momencie kiedy mam świadomość, że mogę coś kupić dużo taniej.










































I właśnie tym sposobem do Budapesztu w dwie strony pojechaliśmy wygodnie Polskim Busem za całe 39 zł.,ale już za lemoniadę podawaną wedle dawnej receptury w New York Cafe, uznawanej za jedną z najpiękniejszych i najwytworniejszych kawiarni na świecie, zapłaciłam dużo więcej niż cena podróży w obie strony. Do Pragi koszt był jeszcze niższy, zaś do Gdańska lecieliśmy samolotem, co prawda na jeden dzień, ale za to za 9 zł od osoby… szczerze mówiąc wsiobus do Warszawy w tą i z powrotem kosztował mnie więcej, a mam jedynie 6 km. Za Jordanię zapłaciłam 316 zł od osoby … czyli po 158 zł w jedną stronę… -taksówka z lotniska w Modlinie do Warszawy kosztuje podobnie, a i tak wyszło drogo, bo w momencie kiedy wisieliśmy na telefonie ustalając czy damy radę urlop w tym czasie wspólnie wziąć, ceny biletów wzrastały z minuty na minutę. I tutaj mówię o wszystkich opłatach , a nie tylko o cenie biletu… a wiadomo… dochodzi bagaż, jakieś pierwszeństwo wejścia na pokład, wykup miejsc, opłaty lotniskowe itd. Izrael wyszedł jeszcze taniej. Nie chcę Was teraz zanudzać cenami, może napiszę o tym już przy konkretnym poście, ale to fakt niezaprzeczalny, że świat można zwiedzać za tzw. psie pieniądze. Nie biorę nigdy bagażu rejestrowanego, nawet na dwa tygodnie bagaż podręczny musi mi wystarczyć i nie mam naprawdę żadnego problemu, żeby spakować ubrania na każdy dzień i na różne okazje.Wiadomo, że nie pójdę w dżinsach do eleganckiej restauracji czy też muzeum, dlatego zawsze mam ze sobą oprócz ubrań sportowych, również szpilki i sukienki. Wszystko jest tak naprawdę kwestią dobrej organizacji i umiejętności pakowania, a w tym jestem po prostu, bez przechwalania się, miszczuniu! Po powrocie i tak zawsze się okazuje,że paru ubrań nawet na siebie nie włożyłam i że spokojnie mogłabym zabrać jeszcze mniej. Z takich bardzo ogólnych rzeczy, warto może jeszcze dodać,że tam gdzie jest naprawdę ciepło jeżdżę w listopadzie i w grudniu, czyli w tzw. niskich sezonach, co daje zdecydowaną przewagę cenową, ale niesie ze sobą również niewielkie ryzyko brzydkiej pogody, choć tak naprawdę wiele zależy od miejsca. Jak dla mnie zwiedzanie przy 20 / 25* jest optymalne, wyższe temperatury nie zachęcają jakoś specjalnie do  dłuższego chodzenia. Oprócz cen i zdecydowanie lepszych do funkcjonowania temperatur, zimowe miesiące mają zdecydowanie tą zaletę, że jest o wiele mniej ludzi. Nie ma tłumów, więc można faktycznie coś zobaczyć, a na szlakach chodzi się podziwiając widoki, a nie cudze tyłki, tak jak to ostatnio miałam okazję oglądać, przy wejściu w lipcu na Gubałówkę. Jeśli chodzi o jazdę autokarami, samochodami, samolotami, statkami czy czym tam jeszcze się podróżuje, to jak widzicie na zdjęciach, jestem mało wymagająca. Usypiam zawsze, wszędzie i w każdej pozycji, w związku z tym staramy się podróżować po nocach, tak aby nie tracić nic z kolejnego dnia. Często bezpośrednio po podróży jechałam z lotniska czy też z dworca prosto do pracy.




Szczerze mówiąc chciałam w jednym poście napisać dużo więcej, a przynajmniej taki był zamysł, żeby o Petrze tu jeszcze napisać i o tym dlaczego trzeba taszczyć to wszystko ze sobą, no ale wstęp…jakoś się wydłużył, więc chyba napiszę rozwinięcie innym razem. Jak część osób pewnie już wie, posiadam również profil na IG. Za każdym razem kiedy dodaję zdjęcie, bardzo blokuje mnie… opis, który powinnam dodać. Czytam te swoje żałosne wypociny i litość mnie normalnie ogarnia, bo ja nie umiem tam napisać nic … miłego dnia Kochani, dobranoc Kochani, pada deszcz lub nie pada…i chyba powinnam się do tego ograniczyć, bo nawet jak pada deszcz, to ja od razu mam tysiące przemyśleń i od razu chciałabym dodać mnóstwo rzeczy na temat tego deszczu, że powinien padać, bądź też nie, że ogród, że zwierzęta ,że susza i globalne ocieplenie, że rośliny mi usychają, a jak usychają no to mamy problem, bo podlewać nie mogę i że w taką suszę to nawet ja bym zaczęła podlewać, czego nigdy nie robiłam, no ale teraz to bym zrobiła, żeby nie uschło, a nie mogę bo woda ze studni mi ucieka i dla nas ledwo starcza, no a jak jej brakuje, to z kolei w domu jest też problem..i tu pewnie zaczęłabym opisać o ciężkim życiu bez wody …a tam nie ma miejsca! Masakra jakaś, czytam opisy ludzi pod innymi zdjęciami i zastanawiam się jak oni to wszystko potrafią sprytnie ująć w paru zdaniach i że sens to ma i logika jakaś w tym jest…i wiecie co…czuję się jak imbecyl. Bo ja muszę z siebie wypluć tysiące słów, często sama zapominając o tym co chciałam na początku powiedzieć, bo przecież wątki poboczne są tak ważne, że w rezultacie zapominam o meritum sprawy… I cóż mogę powiedzieć więcej, oprócz tego,że się nie zmienię, że dużo gadam o wszystkim i na każdy temat. No może jeszcze zdradzę wam w tajemnicy,że im jestem starsza, tym zdecydowanie mniej mówię, więc można by powiedzieć,że dzisiejszy wstęp do postu, jest zdecydowanie krótszy, niż byłby kiedyś. Progres Kochani, miejmy nadzieję,że za parę lat będzie jeszcze lepiej.

Poza tym w dalszym ciągu mam potworny problem z blogiem. Pomijając ilość spamu, znikają mi Wasze komentarze, czasami jest tak,że widzę na komórce, wchodzę i nie ma już nic... oczywiście oprócz spamu. Mało tego, opublikowałam pod poprzednim postem parę komentarzy i ...zniknęły...już ich nie ma. Nie mogę sobie poradzić z dodawaniem zdjęć, wychodzi fatalnie, nierówno,nie mogę zmienić miejsca rozmieszczenia, a całą resztę postów na blogu po prostu delikatnie mówiąc mi rozwaliło, tak że wygląda to masakrycznie. Dzisiaj cały boczny pasek przerzuciło mi na sam dół...chyba się zestarzałam, bo naprawdę brakuje mi już cierpliwości. Dzieją się tutaj tak dziwne rzeczy,że zastanawiam się czy przypadkiem znowu ktoś mi się nie włamuje. Jeśli ktoś miał podobnie i jakoś sobie z tym poradził, bardzo proszę o kontakt...dzisiaj ze złości o mało już nie skasowałam wszystkiego.
Miałam zamiar publikować posty w miarę regularnie, ale to co się dzieje, ilość czasu jaki poświęciłam, żeby umieścić zdjęcia ...to mnie przerasta.
Pomimo wszystko życzę Wam cudownego dnia.


nadszedł czas na zmiany

środa, stycznia 07, 2009

nadszedł czas na zmiany


...W natłoku obowiązków, codziennych spraw, małych radości i wielkich smutków, gdzieś obok, zupełnie niepostrzeżenie przemija życie. Po drodze gubimy dziecięcą radość,szczery śmiech, marzenia oraz niezłomną chęć do życia, którą daje jedynie dzieciństwo i młodość. Praca, dom i wieczne problemy powodują, iż zatracamy naszą wewnętrzną wrażliwość. Aż któregoś dnia zdajemy sobie sprawę z tego, że czasu pozostaje coraz mniej, że nie wiadomo jak i kiedy minął nam kolejny rok życia. Zmęczeni wracamy z pracy, siadamy przed telewizorem i nic nam się nie chce. Wtedy właśnie przychodzi moment wyciszenia i postanawiamy coś zmienić, zrobić coś dla siebie, zająć się tym co lubimy i wytyczyć na nowo życiowe priorytety. Mieliśmy przecież kiedyś tyle planów, tyle marzeń, chcieliśmy zrobić tyle rzeczy.Osiągnęliśmy już bardzo wiele, tylko brakuje nam czasu żeby to docenić i czerpać radość z tego co już posiadamy. A wystarczy przecież odrobina wewnętrznej mobilizacji, aby to zmienić i na nowo zacząć cieszyć się życiem, życiem które tak szybko przemija...



Copyright © Utkane z marzeń , Blogger