Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnień czar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnień czar. Pokaż wszystkie posty
O podrózach słów kilka i o tym, dlaczego zwiedzając Petrę trzeba się zaopatrzyć w tony jedzenia i butelki z wodą.

środa, maja 15, 2019

O podrózach słów kilka i o tym, dlaczego zwiedzając Petrę trzeba się zaopatrzyć w tony jedzenia i butelki z wodą.


Jak wiecie kocham podróże, nie powiem, że jak większość ludzi, bo jednak moje podróże i sposób w jaki spędzam wolny czas, niejednemu mojemu znajomemu spędza sen z powiek i mówi… wiesz co, bardzo cię lubię, ale już nigdy więcej z tobą nie wyjadę, no chyba, że do spa. No nie da się ukryć, że nie mam umiaru w niczym. Nie jestem absolutnie typem wylegującym się nad basenem, popijąjącym drinki z palemką pod parasolem plażowym. Moje podróże to tysiące przemierzonych kilometrów, miliony zużytych plastrów na odciski, to wieczny zachwyt nad wszystkim i pragnienie zobaczenia wszystkiego …bo przecież już tu nigdy nie wrócę, a tyle rzeczy trzeba jeszcze zobaczyć..I tym sposobem wstaję bladym świtem,a wracam do hotelu późno w nocy, by od rana powtórzyć wszystko od początku. Mało kto jest w stanie wytrzymać intensywność moich wyjazdów, stąd też mam niemały problem z doborem towarzystwa do podróży. Pan K wydawał się to wszystko nieźle wytrzymywać, nie mam pojęcia czy to z miłości do podróży, czy do mnie … grunt,że dawał radę i nawet zaryzykuję stwierdzenie, że mu się podobało. Wyjeżdżam, jak tylko mam taką możliwość, jak tylko uda mi się wyrwać parę dni urlopu, jak odłożę parę groszy, albo i nie…bo przecież w domu też jeść trzeba. Podróże są niskobudżetowe i choć na nadmiar gotówki nie cierpię, to jednak w tym wszystkim nie o to chodzi. Pamiętam pierwsze wakacje ze znajomymi. To była istna męczarnia zarówno dla nich, jak i dla mnie. No sorry, nie widzę powodów, dla których mam wyjeżdżać tysiące kilometrów, tylko po to żeby cały dzień moczyć tyłek w basenie, całymi dniami chodzić na rauszu, albo następnego dnia zdychać na kacu. Samodzielne życie zaczęłam bardzo wcześnie, mając 18 lat mieszkałam już sama… gdybym miała się ochotę nastukać, to spokojnie mogłabym to robić w domu i nie musiałam w związku z tym przemierzać pół świata.




Tak więc jako istota młoda, poszłam na kompromis i letnie wakacje spędzaliśmy zawsze sami, w gronie rodzinnym, natomiast na ferie zimowe jeździliśmy ze znajomymi, no bo na narty to nawet po całonocnej bibie się chodziło i większych problemów nikt z tym nie miał.  Podróże zawsze planuję sama,zaczyna się od miejsc w okolicy , które chciałabym zobaczyć, poprzez ceny, zniżki, menu restauracji w których mam zamiar być, wejściówki, ceny taksówek, generalnie wszystkiego co wiąże się z wydaniem jakiejkolwiek gotówki. Nie lubię być zaskakiwana i nie lubię przekraczać zaplanowanego budżetu. Jeszcze nigdy w życiu nie wyjechałam z biurem podróży, nigdy nie wykupuję też posiłków, które ograniczają mnie czasowo. Jeśli są to dłuższe wyjazdy, wtedy z reguły zmieniam miejsce zamieszkania codziennie, jeśli krótkie,  jedno lub dwudniowe, to ograniczam się do zwiedzania konkretnego miejsca i jego okolic. Nie było tych podróży bardzo dużo, ale jednak trochę zobaczyłam. Ponieważ ten rok spędzam w domu, z Księciuniem u boku i nic nie wskazuje nawet na to, żeby udało mi się wyjechać choć na dwa dni na działkę, więc postaram się podzielić z Wami hahaha …wspomnieniami. A tak zupełnie poważnie, to niejednokrotnie ludzie pytają mnie jak co załatwić, kiedy jechać, co zobaczyć i jak ja to robię za takie pieniądze. Sama zresztą również wertuję internet w poszukiwaniu ciekawych miejsc, cen, czy tego co po prostu warto zobaczyć, więc myślę, że takie podpowiedzi mogą się przydać, nawet o ile nie zostaną wykorzystane w całości, to jednak warto wiedzieć, co ciekawego można zobaczyć, gdzie i jak. Jak chyba każdy, kto kocha podróże, mam swoją listę miejsc do których za wszelką cenę chcę dotrzeć.








































Pierwszą podróż, którą odbyliśmy oddzielnie tzn. bez znajomych, była podróż do Włoch. Znajomi wyjechali z bardzo znanym w tamtych czasach biurem podróży. Umówiliśmy się na wspólne spotkanie na Etnie. Czas wyjazdu to 2 tygodnie. Koszt my zapłaciliśmy za 4 osoby ( 2 dorosłych i 2 dzieci) 8.000 zł, oni za 2 osoby dorosłe 9.700 zł. To tak w bardzo dużym skrócie. My przejechaliśmy całe wybrzeże Włoch, łącznie z Sycylią, parokrotnie w celu zobaczenia czegoś łał wbijając się w głąb lądu, odwiedzając mnóstwo pięknych i ciekawych miejsc, będąc w parku na Safari, bawiąc się w parkach rozrywki, a po drodze zaliczając Wiedeń, Budapeszt, dwudniowy pobyt nad Balatonem, Ljubljanę na Słowenii, oraz dla miłośników Sagi Ludzi Lodu, Postojną Jamę, w której ukrył się Tengel Zły. A znajomi… wywieźli ich nad morze tyreńskie, do którego niestety nie mieli jak wejść, bo fale były ogromne, a wybrzeże bardzo skaliste, posiedzieć też tam nie mogli, bo obok jedynego miejsca gdzie dało się dojść do morza stał kontener, do którego rybacy wrzucali resztki wypatroszonych ryb, których hmmm … zapaszek, wraz z morską bryzą docierał nawet do hotelu. Wracając z Sycylii zatrzymaliśmy się w tym hotelu na jedną noc, mocno nadwyrężając nasz budżet. Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka po zaopatrzenie. Po ulicy chodziły gangi i strach było patrzeć, co robią z samochodami, które stały obok, więc dla bezpieczeństwa Misiek został w aucie, a ja ze znajomym przemknęłam do sklepu. Wieczorem kąpaliśmy się w malutkim basenie i jedyny pozytyw tego wszystkiego, był taki,że moje dzieci po tygodniu życia bez telewizora obejrzały Pokemony….niestety po włosku. Tak … telewizja w hotelu była. Generalnie wyszło im dużo drożej, bo chcąc ruszyć się z tego zadupczyna, musieli wykupić dodatkowe wycieczki, niestety płatne i to wcale nie mało. Boziu … skroili ich nawet za wycieczkę na Etnę… chyba jedyne miejsce w całych Włoszech, które było darmowe… ba… był tam nawet jedyny, jaki udało nam się znaleźć w całych Włoszech, darmowy parking. Następnego dnia, bladym świtem pożegnaliśmy się bez żalu i wyruszyliśmy do Pompei. To tak w bardzo dużym skrócie, dlaczego podróżuję bez biur podróży. Oczywiście rozumiem ludzi, którzy wolą leżeć na plaży i czytać książkę, każdy ma swoje upodobania i spędza czas jak lubi. Ja…zdecydowanie wybieram wolność, nie wszystko chcę zobaczyć i nie wszystko mnie interesuje. Zdecydowanie bardziej cenię podróże pod względem widokowym. Krajobrazy i architektura jakoś bardziej do mnie przemawiają niż muzea i sztuka…, ja wiem ,że powinnam się tym zachwycać, ale jestem w tym temacie totalnym laikiem i szczerze mówiąc niektóre obrazy na Starówce w Warszawie, dużo bardziej mi się podobają, niż np. Mona Lisa, że o  Pablo Picasso nie wspomnę. No tylko nie krzyczcie na mnie, pamiętajcie, że każdy jest odrębną jednostką ludzką, ja może jakąś bardziej tępawą po prostu.  Ale nie zdzierżę jeśli coś chcę zobaczyć, a jakiś przewodnik każe mi iść dalej i pędzi ludzi jak stado owiec.



To,że moje podróże są niskobudżetowe, to nie znaczy, że nie bywam tam gdzie chcę. Potrafię kupić mnóstwo rzeczy taniej, aby zobaczyć czy też pójść do najlepszej restauracji albo wejść do upragnionego miejsca, za które muszę słono zapłacić. Tak naprawdę największe oszczędności mam na biletach lotniczych i hotelach. To nie znaczy,że nocuję w jakiś podłych warunkach, brudzie i syfie…no co to, to nie. Mało tego, moje miejscówki są zawsze w rewelacyjnych punktach, tylko często nie są pięciogwiazdkowymi hotelami, a malutkimi pensjonatami, bądź też szumnie zwanymi apartamentami. Jeśli jadę samochodem w grę wchodzą tylko i wyłącznie namioty, które kocham i uwielbiam. Jeśli mam możliwość wyboru zamknięcia mnie w czterech ścianach, a bycia cały dzień na dworze, do tego bardzo często z cudownym widokiem na wyciągnięcie ręki, to nie zastanawiam się ani minuty, w domu to mogę posiedzieć u siebie i też ładnie mam, no przynajmniej mnie się podoba.

A więc jak tanio podróżować po świecie? To nie my wybieramy miejsce, a miejsce wybiera nas. Jeśli mamy rozległe plany, to i tak z dużym prawdopodobieństwem znajduje się na naszej liście, więc nie ma różnicy czy pojedziemy tam teraz czy może za rok lub dwa … przecież i tak chcemy je zobaczyć, więc nie musimy jechać w konkretnym terminie. To samo niestety, co już dla większości może być pewnym utrudnieniem, stanowi termin. Szukamy…znajdujemy…jedziemy.. i tutaj ludzie pracujący w korporacjach, gdzie urlopy są planowane z dużym wyprzedzeniem, często są przegrani na starcie. Zdarzało mi się kupić bilety parę miesięcy do przodu, ale bywało i tak ,że trafiło się coś za tydzień lub dwa tygodnie. I jeśli nie możemy w tym czasie wziąć paru dni wolnego, tracimy okazję. Pozostaje wierzyć, że tą stratę, wynagradzają nam zarobki, więc nie musimy przejmować się cenami biletów, choć ja z założenia nie znoszę przepłacać, w momencie kiedy mam świadomość, że mogę coś kupić dużo taniej.










































I właśnie tym sposobem do Budapesztu w dwie strony pojechaliśmy wygodnie Polskim Busem za całe 39 zł.,ale już za lemoniadę podawaną wedle dawnej receptury w New York Cafe, uznawanej za jedną z najpiękniejszych i najwytworniejszych kawiarni na świecie, zapłaciłam dużo więcej niż cena podróży w obie strony. Do Pragi koszt był jeszcze niższy, zaś do Gdańska lecieliśmy samolotem, co prawda na jeden dzień, ale za to za 9 zł od osoby… szczerze mówiąc wsiobus do Warszawy w tą i z powrotem kosztował mnie więcej, a mam jedynie 6 km. Za Jordanię zapłaciłam 316 zł od osoby … czyli po 158 zł w jedną stronę… -taksówka z lotniska w Modlinie do Warszawy kosztuje podobnie, a i tak wyszło drogo, bo w momencie kiedy wisieliśmy na telefonie ustalając czy damy radę urlop w tym czasie wspólnie wziąć, ceny biletów wzrastały z minuty na minutę. I tutaj mówię o wszystkich opłatach , a nie tylko o cenie biletu… a wiadomo… dochodzi bagaż, jakieś pierwszeństwo wejścia na pokład, wykup miejsc, opłaty lotniskowe itd. Izrael wyszedł jeszcze taniej. Nie chcę Was teraz zanudzać cenami, może napiszę o tym już przy konkretnym poście, ale to fakt niezaprzeczalny, że świat można zwiedzać za tzw. psie pieniądze. Nie biorę nigdy bagażu rejestrowanego, nawet na dwa tygodnie bagaż podręczny musi mi wystarczyć i nie mam naprawdę żadnego problemu, żeby spakować ubrania na każdy dzień i na różne okazje.Wiadomo, że nie pójdę w dżinsach do eleganckiej restauracji czy też muzeum, dlatego zawsze mam ze sobą oprócz ubrań sportowych, również szpilki i sukienki. Wszystko jest tak naprawdę kwestią dobrej organizacji i umiejętności pakowania, a w tym jestem po prostu, bez przechwalania się, miszczuniu! Po powrocie i tak zawsze się okazuje,że paru ubrań nawet na siebie nie włożyłam i że spokojnie mogłabym zabrać jeszcze mniej. Z takich bardzo ogólnych rzeczy, warto może jeszcze dodać,że tam gdzie jest naprawdę ciepło jeżdżę w listopadzie i w grudniu, czyli w tzw. niskich sezonach, co daje zdecydowaną przewagę cenową, ale niesie ze sobą również niewielkie ryzyko brzydkiej pogody, choć tak naprawdę wiele zależy od miejsca. Jak dla mnie zwiedzanie przy 20 / 25* jest optymalne, wyższe temperatury nie zachęcają jakoś specjalnie do  dłuższego chodzenia. Oprócz cen i zdecydowanie lepszych do funkcjonowania temperatur, zimowe miesiące mają zdecydowanie tą zaletę, że jest o wiele mniej ludzi. Nie ma tłumów, więc można faktycznie coś zobaczyć, a na szlakach chodzi się podziwiając widoki, a nie cudze tyłki, tak jak to ostatnio miałam okazję oglądać, przy wejściu w lipcu na Gubałówkę. Jeśli chodzi o jazdę autokarami, samochodami, samolotami, statkami czy czym tam jeszcze się podróżuje, to jak widzicie na zdjęciach, jestem mało wymagająca. Usypiam zawsze, wszędzie i w każdej pozycji, w związku z tym staramy się podróżować po nocach, tak aby nie tracić nic z kolejnego dnia. Często bezpośrednio po podróży jechałam z lotniska czy też z dworca prosto do pracy.




Szczerze mówiąc chciałam w jednym poście napisać dużo więcej, a przynajmniej taki był zamysł, żeby o Petrze tu jeszcze napisać i o tym dlaczego trzeba taszczyć to wszystko ze sobą, no ale wstęp…jakoś się wydłużył, więc chyba napiszę rozwinięcie innym razem. Jak część osób pewnie już wie, posiadam również profil na IG. Za każdym razem kiedy dodaję zdjęcie, bardzo blokuje mnie… opis, który powinnam dodać. Czytam te swoje żałosne wypociny i litość mnie normalnie ogarnia, bo ja nie umiem tam napisać nic … miłego dnia Kochani, dobranoc Kochani, pada deszcz lub nie pada…i chyba powinnam się do tego ograniczyć, bo nawet jak pada deszcz, to ja od razu mam tysiące przemyśleń i od razu chciałabym dodać mnóstwo rzeczy na temat tego deszczu, że powinien padać, bądź też nie, że ogród, że zwierzęta ,że susza i globalne ocieplenie, że rośliny mi usychają, a jak usychają no to mamy problem, bo podlewać nie mogę i że w taką suszę to nawet ja bym zaczęła podlewać, czego nigdy nie robiłam, no ale teraz to bym zrobiła, żeby nie uschło, a nie mogę bo woda ze studni mi ucieka i dla nas ledwo starcza, no a jak jej brakuje, to z kolei w domu jest też problem..i tu pewnie zaczęłabym opisać o ciężkim życiu bez wody …a tam nie ma miejsca! Masakra jakaś, czytam opisy ludzi pod innymi zdjęciami i zastanawiam się jak oni to wszystko potrafią sprytnie ująć w paru zdaniach i że sens to ma i logika jakaś w tym jest…i wiecie co…czuję się jak imbecyl. Bo ja muszę z siebie wypluć tysiące słów, często sama zapominając o tym co chciałam na początku powiedzieć, bo przecież wątki poboczne są tak ważne, że w rezultacie zapominam o meritum sprawy… I cóż mogę powiedzieć więcej, oprócz tego,że się nie zmienię, że dużo gadam o wszystkim i na każdy temat. No może jeszcze zdradzę wam w tajemnicy,że im jestem starsza, tym zdecydowanie mniej mówię, więc można by powiedzieć,że dzisiejszy wstęp do postu, jest zdecydowanie krótszy, niż byłby kiedyś. Progres Kochani, miejmy nadzieję,że za parę lat będzie jeszcze lepiej.

Poza tym w dalszym ciągu mam potworny problem z blogiem. Pomijając ilość spamu, znikają mi Wasze komentarze, czasami jest tak,że widzę na komórce, wchodzę i nie ma już nic... oczywiście oprócz spamu. Mało tego, opublikowałam pod poprzednim postem parę komentarzy i ...zniknęły...już ich nie ma. Nie mogę sobie poradzić z dodawaniem zdjęć, wychodzi fatalnie, nierówno,nie mogę zmienić miejsca rozmieszczenia, a całą resztę postów na blogu po prostu delikatnie mówiąc mi rozwaliło, tak że wygląda to masakrycznie. Dzisiaj cały boczny pasek przerzuciło mi na sam dół...chyba się zestarzałam, bo naprawdę brakuje mi już cierpliwości. Dzieją się tutaj tak dziwne rzeczy,że zastanawiam się czy przypadkiem znowu ktoś mi się nie włamuje. Jeśli ktoś miał podobnie i jakoś sobie z tym poradził, bardzo proszę o kontakt...dzisiaj ze złości o mało już nie skasowałam wszystkiego.
Miałam zamiar publikować posty w miarę regularnie, ale to co się dzieje, ilość czasu jaki poświęciłam, żeby umieścić zdjęcia ...to mnie przerasta.
Pomimo wszystko życzę Wam cudownego dnia.


Powroty są trudne

środa, sierpnia 01, 2018

Powroty są trudne

Witajcie po długiej, bardzo długiej przerwie. Ile to lat już minęło? Pięć, a może więcej..Tak, na świecie była już Tośka, więc pewnie coś około sześciu.... w sumie wystarczyłoby sprawdzić, ale tajne dane posiadam w laptopie, którego nie chce mi się w tej chwili odpalać. Piszę sobie na kartce, ot tak, tradycyjnie, jak kiedyś. Co sprawiło,że po Nią sięgnęłam? Chwila? Impuls? Poczucie pustki? Z pewnością któraś z tych rzeczy, a może nawet wszystkie jednocześnie. Pamiętacie jak to ze mną i z blogiem było na początku? Tępy człek ze mnie był, nie wyznający się absolutnie na internecie. Myślałam, że piszę dla siebie, dla potomnych, że dokąd nie podam komuś adresu, to nikt się nie dowie. Teraz było podobnie. Piszę do siebie, a jednak do Was. Czy zdecyduję się to opublikować? Przepisać? Jeszcze nie wiem, a przynajmniej nie wiedziałam do tej pory. Teraz już wiem,że nie zostałam niezauważona. Wczoraj zmieniłam pierwszy raz od siedmiu lat chyba, zdjęcie profilowe na FB. Ilość komentarzy, polubień ,e maili, wiadomości na messengerze jakie dostałam wręcz mnie poraziła. Chciałam Wam za to bardzo podziękować. Za miłe słowa, za radość, za uśmiech na Waszych twarzach, za wsparcie,które teraz jest mi niezwykle potrzebne, zarówno z przyczyn osobistych, jak i tych blogowych,za to że jesteście, że czekaliście, a przede wszystkim za to,że choć minęło tyle lat, to mówicie,że o mnie nie da się zapomnieć, że jestem jedyna w swoim rodzaju. Dziękuję za to że przyjęliście mnie z powrotem. Dziękuję za rozmowy godzinami na messengerze, z ludźmi których nigdy nie widziałam, a których znam tak dobrze, z ludźmi, którzy znają mnie i moje życie. Powroty są zawsze trudne, wyzwalają strach, niepewność, poczucie winy...ale ktoś mądry kiedyś powiedział, że rezygnować z marzeń ze strachu przed porażką, to tak, jakby popełnić samobójstwo ze strachu przed śmiercią, a chwila , w której chcemy zrezygnować, zazwyczaj jest tym momentem, przed którym ma się wydarzyć cud.
Więc jestem, obiecałam, nie mam zamiaru zrezygnować. Czy będę tak płodna jak kiedyś- nie wiem. Nie wiem czy potrafię jeszcze pisać, minęło już tyle lat, że czasami czuję się jak analfabeta. Czy starczy mi czasu? Czy będę miała o czym pisać ? Staram się o tym nie myśleć, kiedyś było tak samo, a jednak jakoś dawałam radę. Ludzie, którzy pytali się mnie kiedyś o czym jest mój blog, byli bardzo zdziwieni, jak mówiłam,że nie wiem, że jest... o niczym. Bo jakby się tak nad tym zastanowić, to o czym on właściwie jest? O mnie, domu, moim życiu, zwierzętach, gotowaniu,przemyśleniach, dzieciach, jakiś pierdoletach, które robiłam...moje zainteresowania były tak rozległe, że ciężko było mi sprecyzować. A słowa? Wypływały z moich ust z prędkością karabinu maszynowego. Tak mówię i tak piszę. Ludzie, którzy mnie nie znają, często gubią wątek, bo potrafię błyskawicznie przechodzić z tematu na temat, czasami nawet nie wypowiadając niektórych zdań, a jedynie myśląc. Wy byliście już do tego przyzwyczajeni, ale czas robi swoje, człowiek zapomina i niekiedy ciężko mu się odnaleźć. No nic, spróbujemy.
Moje życie zawsze było jak otwarta księga, co bynajmniej nie wynikało z chęci dzielenia się ze wszystkimi, wszystkim, a jedynie z mojej totalnej nieumiejętności kłamania. Czasami udawało mi się pewne rzeczy po prostu przemilczeć. Czasami, bo niestety z mojej twarzy można wyczytać wszystko- radość, miłość, żal, smutek, obrzydzenie. Nie umiem skrywać emocji, nie umiem udawać i kłamać, a w dzisiejszych czasach, wierzcie mi- to jest potworna ułomność i wada, przez którą niejednokrotnie cierpiałam. Choć mam takie myśli, pogrzebane gdzieś na samym dnie serca o których nie wie nikt. Takie myśli, że boję się ,że jak je wypowiem na głos, to się spełnią , bądź będzie właśnie na odwrót.Hmmm...tradycyjnie gadam i gadam, a właściwie piszę i piszę i sama już straciłam wątek. Z pewnością interesuje Was dlaczego przestałam pisać. No więc ( tak, tak, wiem..nie zaczyna się zdania od więc), a w ogóle co to za słowo |"więc", że niby od czego? Od więcej? W sumie nieistotne. Po prostu nie wiedziałam o czym. Widzieliście we mnie kobietę pełną radości i chęci do życia, wesołą, zaradną, silną, dawałam Wam nadzieję, wiarę na lepsze jutro, siłę napędową...żeby nie było, że ja tak sama o sobie, to wszystko Wasze słowa ( tutaj się śmieję, ale brak mi dwukropka na klawiaturze, więc nie mam jak wstawić emotikonka- musicie sobie wyobrazić ) I w pewnym momencie moje życie uległo drastycznym zmianom. Chcąc ratować to, czego i tak nie udało się naprawić, przestałam prowadzić firmę, dwa lata życia z karty kredytowej zrobiły swoje, popadłam w bardzo modną spiralę długów, a moje małżeństwo i tak rozpadło się po 23 latach, zaś dorastające dziecko dostarczało tak wielu wrażeń ,że zaczęło mnie to wszystko przerastać. Później , ktoś włamał się na mojego bloga i minęło sporo czasu nim udało się go odzyskać ponownie. Jednym słowem mój bezpieczny świat utkany z marzeń runął i się zawalił.I tak to się wszystko posypało...
W międzyczasie było raz lepiej raz gorzej. Przez 4 lata kochałam i byłam bardzo kochana. Dzisiaj jestem dokładnie w tym samym miejscu..znowu bez pracy,potwornie zraniona...liżę rany. Czasami zastanawiam się ile razy w życiu będę musiała zaczynać jeszcze wszystko od nowa, ale ponoć nie ma co narzekać,że się jest na samym dnie, skoro zmierzamy na szczyt. Tylko, że ja mam wrażenie,że nie jestem na dnie, a gdzieś głęboko pod mułem. Chwilowo jestem bardzo rozczarowana, czuję się oszukana i skrzywdzona, ale niestety jedyną złość jaką jestem w stanie odczuwać, to złość na samą siebie, za nastrój w jakim jestem,za zmarnowany miesiąc życia w którym nie potrafiłam się z niczego cieszyć. Ale twardo walczę, wytyczam nowe plany, dużo myślę i piszę, starając się przywrócić moje życie na właściwe tory, zamartwianie się nic nie zmieni, a życie ucieka w zastraszającym tempie, zaś każda sekunda przybliża nas do śmierci, szkoda więc czasu i trzeba żyć.Jednak ni cholery nie potrafię ogarnąć moim małym, kubusiowym rozumkiem sytuacji w której się obecnie znajduję. Wspomnienia nie pozwalają zrozumieć i zaakceptować tego co się stało. Czasami wolałabym ich nie mieć, ale to właśnie wspomnienia identyfikują nas jako indywidualne jednostki ludzkie, bez nich bylibyśmy jedynie pustą skorupą. Ostatnio czytałam, że co piąta osoba na świecie ma osobowość socjopaty i cholera mnie bierze ,że to nie mogę być akurat ja. Chwilami myślę,że dobrze by było nie wiedzieć co to empatia, obarczać innych za swoje zachowania i przewinienia, manipulować ludźmi dla osiągnięcia własnych korzyści, nie liczyć się z uczuciami innych i nie mieć przy tym poczucia winy- idealny człowiek na dzisiejsze czasy. A ja z socjopaty mam jedynie przyjemną powierzchowność, urok osobisty i inteligencję...no dobra, to żarcik taki był. Mam silny charakter, jestem twarda i choć czasami można mnie bardzo skrzywdzić, to i tak nie da się mnie złamać. W związku z tym twardo cieszę się, że słońce jak co dzień wstaje raniutko, że pomimo upałów jeszcze dycham, że mam jeszcze mnóstwo rzeczy tych materialnych i niematerialnych, których nie straciłam, że mogę czuć i mieć w sobie ludzkie uczucia, że Ryśka , największy koci śpioch w rodzinie, wstaje mimo wszystko razem ze mną o czwartej rano i pijemy sobie na tarasie poranną, a może nocną jeszcze kawę, że później niebo daje wspaniały spektakl kolorów, poczynając od różu przez złocienie po granat, aż zrobi się zupełnie widno i że pomimo wszystko i na przekór wszystkim i tak bardzo kocham to życie.
A poza tym co u mnie? Otóż Osioł zszedł sobie po cichutku w nocy, parę lat temu, w wieku lat 17. Schizy miewał przeokrótne, ale aż do końca cieszył się dobrym zdrowiem, choć Misiek mówił,że on zdechł parę lat temu,tylko o tym zapomniał, bo tak śmierdzi,że na pewno już się rozkłada. Obecnie jego schizy przeszły na Plastra, lat 16. W mózgu mu się przestawia. Od dwóch lat komunikuje się chyba ze swoimi przodkami wydając przy tym głośne i upiorne szczeknięcia, przez pół nocy. Murka odeszła w zeszłym roku, miała wadę genetyczną i nikt nie był w stanie jej pomóc. Ale ludzko/bydlęcy stan ni cholery się nie zmniejsza. Królik, żółw, Rysia , Mafja przez J czują się świetnie, aczkolwiek Mafja, wredna kocia suka, nie jest w stanie zaakceptować nowej kotki Chili, która trafiła do nas po tym, jak z powrotem ludzie oddali ją do adopcji , bo brzydka była ( no w każdym razie tak brzmiała oficjalna wersja, która została mi przedstawiona). Brzydka może taka nie jest, choć z mózgiem też ma niestety coś nie halo, bo myśli,że jest kotem i znaczy cały dom, obsikując przy tym ściany w iście kocim stylu. Ponad to, jakby w spadku została mi suka brzydka i znerwicowana, która to prezentem była. Ma teraz cztery lata, a wygląda starzej od Plastra, suka jest ludojadem, ale o tym napiszę już chyba kiedy indziej. Schizy ma również, bo to suka po przejściach. Choć po dwóch latach zamieszkiwania z nami i tak jest znaczny postęp. Daje się czasami pogłaskać, a jak dobrze, po dziesięciominutowych przepychankach, przyprze się ją do muru, to i szelki można założyć. Baaaa.... nawet już lubi spacery i nie zjada smyczy. Ponoć prezentów się nie oddaje, ale najwyraźniej niektórzy do tej zasady się nie stosują, bo została mi jeszcze kotka ogromna, Brendy, która jest młodsza od Chili, za to dwa razy większa i...o dziwo, nie boi się Mafji. Jeśli chodzi o remanent ludzki to Madzia mieszka cały czas ze mną, do Madzi Tośkę lat 6 należy oczywiście dopisać, no i tego od Madzi, też należy uwzględnić, bo pomieszkuje tu co weekend, no i właściwie co drugi tydzień. Ponad to jest oczywiście Nurka i Jej narzeczony. Już na stałe. Na stałe zamieszkał oczywiście, a nie na stałe z Nią będzie, bo z tym, to nigdy nie wiadomo jak się ułoży. Jakoś tak pomieszkiwał, pomieszkiwał, aż w końcu zamieszkał na dobre. No i oczywiście jestem ja. Łącznie na stanie posiadamy trzynaście ludzko psich pysków do wykarmienia i jeden na dochodne. I tak własnie w dużym, a nawet bardzo dużym skrócie wygląda obecnie moje życie. Obiecałam, napisałam... i tak jak obiecałam, zostanę. Przynajmniej na razie, dokąd mam całe mnóstwo czasu. Do szczegółów może przejdę w kolejnych postach. Jeśli chodzi o zdjęcia...to takie hmmm...poglądowe .Ostatecznie przerwa 6 letnia chyba robi swoje i niestety już nie jestem , tak jak wcześniej Wam pisałam kobietą po 30 z bardzo dużym hakiem, ale kobietą po 40 również z bardzo dużym hakiem. Prośbę mam wielką do ludzi, którzy tu wejdą.. w czym teraz piszecie posty? Tzn. w jakim programie? Mój , na którym pisałam nie działa pod Windows 10, a pisanie w bloggerze, zaś szczególnie dodawanie zdjęć, okazało się bardzo problematyczne. Później postaram się rozpracować może jakieś nowe szablony, ale póki co chyba nie mam do tego głowy. I choć minęło tyle lat, mój nowy komputer również szwankuje, a właściwie nie ma znaków specjalnych, tam gdzie być powinny. Czasami ma wrażenie ,że czas stanął w miejscu. Oooo... widzę,że znowu zaczynam gadać. No nic...uciekam już w takim razie.I bez hejtu mnie tu bardzo proszę, bo chwilowo jestem mało uodporniona na zadawane ciosy (uśmiech) Jeszcze raz bardzo, bardzo, bardzo Wam dziękuję i posyłam buziaki w wirtualną przestrzeń.
To jest mój świat

piątek, kwietnia 15, 2011

To jest mój świat


Chociaż właściwie powinnam napisać “ nasz świat”, znaczy się mój i zwierząt..Zadziwiające ile rzeczy, kwiatów i stworzeń bożych, może się zmieścić na 1,5 m2! A mieści się mnóstwo, musicie mi uwierzyć na słowo :) Stoi tu biurko- znaczy biuro moje domowe :) całkiem pokaźnych rozmiarów kolumbryna, jest niszczarka i drukarka, toaletka i stołeczek, dużo kwiatów, tysiące zupełnie niepotrzebnych dupereli , teraz już niestety tylko 3 koty i dwa duże psy ..Do tej pory Mama Pana Kota leżała mi na karku, Mafja spoczywa na kolanach,liżąc mnie, co chwila, ostrym języczkiem w szyję ,Pan Kot i Ryśka wybierają biurko, Osioł leży z jednej strony stołeczka, a Plaster z drugiej:) No i oczywiście gdzieś w tym wszystkim , jak ten pokurcz ostatni ,siedzę ja! Mieścimy się bez większych problemów, co prawda jak już wiecie Osioł kopytem wyłącza komputer, ale robi to bydle złośliwie , a nie z braku miejsca! Zwierzęta bywają tu oczywiście czasowo, a nie na stałe. Niestety ten kocio- psi ogon, przemieszcza się cały czas za mną w zależności od tego, w jakim punkcie domu akurat się znajduję

IMG_0989-1IMG_1003-1 IMG_0976-1IMG_1007-1IMG_1004-1 IMG_0979-1

IMG_0988-1IMG_1000-1

A ponieważ na dworze wiosna niby, tylko jakaś pochmurna i mało wiosenna w ostatnich dniach, więc sporo czasu spędzam przed komputerem, bynajmniej nie w celach relaksacyjnych, bo na to czasu zdecydowanie brak:( I żeby poczuć się na przekór temu co za oknem, bardziej wiosennie znoszę zieleninkę do domu. Ostatnio Nurka podpadła, więc wróciła do domu z bukietem tulipanów- w sumie nawet mi się to zaczyna podobać, bo bez podpadnięcia kwiatki rzadko przynosi, więc może to fajnie,że czasami coś przeskrobie :)

IMG_0581-1IMG_0590-1 IMG_0591-1IMG_0573-2IMG_0588-1IMG_0578-1

Ale wracając do mojego świata… Czasami czytam o tym, jak to miejsce do pracy powinno być niezagracone, ascetyczne i takie żeby nic nie rozpraszało, jednym słowem powinno wyglądać zupełnie inaczej niż moje:) Nie byłabym w stanie pracować i się skupić w takim wnętrzu. Patrząc przed sobą na pustą ścianę, myślałabym chyba tylko o tym , jak jest nieprzytulnie i nieprzyjemnie. Mój mini pokoik, jest zagracony do granic możliwości…tylko tutaj mogę sobie pozwolić na umieszczenie niepotrzebnych dupereli, tylko tutaj, mogą bezkarnie spoczywać obok siebie przedmioty , które naprawdę lubię..to tu jest miejsce na ulubione zdjęcia, zapiski i cały ten bajzel, który wprowadza w innych wnętrzach niepotrzebny harmider i bałagan..to taki trochę chyba powrót do młodości, kiedy na półkach stały puszki po coca-coli i piwie, a ściany ozdabiały zdjęcia Limahla, zagranicznych reklam i pęki suszonych kwiatów..i wtedy też pamiętam,że uwielbiałam ten swój pokoik, właśnie za ten panujący rozgardiasz wkoło. Ale, wbrew pozorom, w tym szaleństwie jest metoda :).Pomimo,że każda rzecz jest z innej bajki, całość tworzy jednak atmosferę ciepła i wszechogarniającego spokoju

skrzypce-1

Nostalgiczna podróż w czasie

piątek, lutego 18, 2011

Nostalgiczna podróż w czasie

 Ponieważ wczoraj nie działała po południu klawiatura i nie mogłam pisać, a ja sukcesywnie nadrabiam blogowe zaległości, więc wpadłam z wizytą do Alizee:) Wpadłam i to w dokładnym tego słowa znaczeniu, bo zobaczyłam piękne peonie, które to: już, natychmiast, oczywiście w bliżej nieokreślonym celu , musiałam mieć :)


Znaczy się cel znalazłam, mówię do dziewczyn:
- Po co mi właściwie te peonie?
-No a skąd mamy wiedzieć, Ty zawsze musisz coś robić!  Widocznie dzisiaj peonie.
I tu spłynęło olśnienie!
- Madzia, jak zaczniemy robić hurtowo i pakować w kartony, to będą w sam raz na Twój ślub i wesele! – wrzasnęłam wniebowzięta, a musicie wiedzieć,że plan mam ambitny, no właściwie, to Magda ma taki plan, że wesele to ja jej zrobię sama. Znaczy się wszystko, i jedzenie i dekoracje i do tego u nas w ogrodzie :)
Madzia spojrzała się na mnie jak na wariatkę i mówi:
- Kobieto, Ty wiesz za ile to lat będzie?
- No i właśnie dlatego powinnyśmy zacząć teraz robić, to akurat zdążymy,żeby dużo było!
-Prędzej doczekasz się wnuka niż zięcia.
- No , nie powiem ,żeby mnie to jakoś specjalnie martwiło. To będą na chrzciny! Też pasują!
Madzia, mając na względzie odległą perspektywę ślubu własnego, stwierdziła ,że robić nie będzie. Nurka po namyśle jedną zrobiła, żeby wkład w przygotowania weselne siostry też mieć. Ja zrobiłam 6  i mi mało :))))) Bo ładne!

IMG_9858-1 IMG_9881-1

Dawno , dawno temu…………. , kiedy to w sklepach niewiele było, a przedszkola wykazywały spore braki w zaopatrzeniu,w materiały, pozwalające dzieci na przyszłych artystów wychować, nauczyciele rwali sobie włosy z głowy,co też wymyśleć, żeby  ładnie było, estetycznie i do tego ciekawie. No, bo ja się pytam jak niby kwiatki zrobić w pastelowych, delikatnych kolorach, jak krepina ,aż waliła po oczach, a do tego była w ilościach śladowych! Krepiny mało było, ale papieru śniadaniowego w kuchni zawsze dużo, bo na pikniki się chodziło, na wycieczki jeździło. Więc zabierałam z kuchni papier i robiliśmy przeróżne rzeczy, po prostu go farbując, tymi nędznymi resztkami krepiny, walącej po ślepiach :) I robiliśmy właśnie takie peonie :) Dzięki Alizee, nawet nie wiesz jaką mi radochę sprawiłaś swoim postem- już dawno o nich zapomniałam,! A do tego jak zaczęłam robić, okazało się ,że Nurka też takie robiła, parę dni temu w szkole, na bal, tylko nieużytek nic nie wspomniał wcześniej! Po dokładny opis, wpadnijcie do Alizee, ona Was poprowadzi dalej:) A ponieważ ja również uwielbiam peonie, takie delikatne, różowe, więc farbowałam papier.

IMG_9861-2  IMG_9859-1
IMG_9869-1 IMG_9878-2

A dla zainteresowanych farbowaniem papieru, to robię to tak: po zrobieniu kwiatka, bierzemy kawałki krepiny, bądź bibułki, we wściekłym, czerwonym kolorze, i idziemy z tym do zlewu. Moczymy krepinę i delikatnie wyciskamy na płatki i pomiędzy , kwiatek wsadzamy pod bieżącą wodę ( mały strumyczek ) i spłukujemy nadmiar farby.Tak postępujemy, aż do uzyskania pożądanego efektu. Nie wiem, być może w tej chwili jest już bibuła w takich  pastelowych odcieniach i nie ma potrzeby farbowania, ja w każdym razie takiej nie miałam, a kwiatki zobaczyłam wieczorem, więc do rana,żeby pójść do sklepu, bym nie wytrzymała.

IMG_9873-1 IMG_9881-1

Dotykając mokrą krepiną płatków, na końcu tworzą się ciekawe wzorki. Po zakończeniu pracy, wkładamy kwiatki do piekarnika i suszymy. Ja “piekłam  “ w temperaturze 200 stopni z termoobiegiem, ale w przedszkolu termoobiegu nie było na pewno, więc też można :) Trzeba tylko kontrolować, żeby się nie przyrumieniły :) 
IMG_9845-1
Nadrabiam zaległości, piszę posty jak wściekła, bo czuję,że juz niedługo nastąpi znowu śmierć kliniczna, mojego komputera. Znowu się wyłącza, zrzuca pamięć, nie działa w zależności od pory dnia, albo myszka, albo klawiatura, więc jak zniknę na dłużej…znaczy się- padliśmy w boju.
Buziaki przesyłam i  żegnam się z Wami - lecę piec eleganckie ciasteczka, bo dzisiaj mam gości
Moherowe kwiaty i drożdżowe serca

wtorek, lutego 15, 2011

Moherowe kwiaty i drożdżowe serca



Jakiś czas temu napisałam,że będę powoli kończyć dawno zaczęte rzeczy. Tym razem, słowo powoli i dawno, nabrało innego znaczenia. Kiedyś zrobiłam sweter. Założenie było takie ,że sweterek będzie bardzo prosty, za to miał posiadać ozdobną jesienną aplikację z przodu. Czasy były ciężkie i niestety aplikacja była jedynie w mojej głowie, sklepy wykazywały w tym temacie braki . Nie było aplikacji- nie będzie sweterka – wściekłam się i trafił na….. 15 lat do szuflady :))) O dziwo nie rozpadł się ze starości, a ponieważ krój ma uniwersalny, więc spokojnie w chwili obecnej, może uzupełnić ogrodowo – wsiowe  wyposażenie “niezbędnika kobiety wiejskiej”.Do kompletu dorobiłam mu kwiatki i o dziwo pierwszy raz założyłam na siebie :)
IMG_9764-1IMG_9757-1 
Wieczorem dziergając kwiatki opychałyśmy się drożdżówkami. Myślałam i myślałam i doszłam do wniosku,że jeszcze nigdy w życiu nie widziałam , ani też nie jadłam drożdżówki z budyniem czekoladowym! Upiekłam, zobaczyłam i zjadłam! Są pyszne, takie typowo “sklepowe” , z tym, że o niebo lepsze bo bez konserwantów:) A przepis i sposób wykonania znajdziecie tutaj
IMG_9727-1 IMG_9730-1 IMG_9720-1 IMG_9731-1
Pled na Walentynki

poniedziałek, lutego 14, 2011

Pled na Walentynki


  Żeby nie było,że nie wiem, że Walentynki dzisiaj, to dołożyłam do kompletu filiżankę w kształcie serca :) Nie przepadam jakoś za tym  świętem, ale i nie przeszkadza mi jak dostanę pudełko czekoladek i bukiet róż :). W Dzień Kobiet , mogą być goździki i ptasie mleczko:) Dziecko moje starsze  co roku obwieszcza : nienawidzę walentynek :) Pamiętam jak była mała i mówiła,że nikt  jej nie kocha i co ona zrobi jak nie dostanie żadnej kartki walentynkowej, a wszyscy będą sobie pokazywać co dostali, tylko ona nic nie będzie miała. Jakoś nie do końca wierzyłam,że nic nie dostanie, ale mając na względzie dobro dziecka własnego i ewentualne traumatyczne przeżycie z dzieciństwa, gdyby to ród męski jednak piękna nie docenił, zaopatrzyłam się w pokaźną ilość kartek i rozdałam kolegom w pracy wraz z wierszykami do przepisania… skrzynka pocztowa pękała w szwach, a uśmiech mojego dziecka i iskierki w oczach będę pamiętać chyba do końca życia :) Ale generalnie to nie o walentynki chodzi , tylko o pled , który skończyłam.
IMG_9650-1 IMG_9643-1
IMG_9656-1  IMG_9651-2
No więc skończyłam, choć łatwo nie było, bo oczywiście ledwo na chwilę odchodziłam, nieopacznie zostawiając robótkę, natychmiast zjawiał się Osioł i walił swym cielskiem na moim pledzie! A,że w paleniu głupa osiągnął mistrzostwo, więc zgonienie go graniczyło z cudem. Spójrzcie tylko na te oczka! Wcale nie są zamknięte! Tylko je przymknął cwaniak i co chwila zerkał czy sobie nie poszłam! Doskonale wie,że nie słyszy, więc, wie również, że ,aby osiągnąć upragniony cel, trzeba zamknąć oczy do kompletu i udawać,że jest się jeszcze ślepym, do tego przybrać odpowiednią pozę,że niby to sen wielki go zmorzył i pańcia w cholerę się odczepi!
IMG_9654-1    IMG_9499-1
Od Osła, mrużenia, zamykania oczu i palenia głupa, uczą się wszyscy pozostali, czworonożni domownicy, najbardziej pojętna jest młodzież! Moje dzieci bez pomocy psa jakoś się nauczyły…
Na pierwszej fotce obrus szyłam i usiłowałam go rozprasować! Proszę bardzo- następny cwaniak! A na kolejnej- pieczywo do koszyczka chciałam właśnie włożyć…widzicie te zmrużone ślepia ?! Wychodzi na to,że wszystko u mnie w domu jakieś głuche, ślepe i do tego jeszcze niegrzeczne!

IMG_8971-1 IMG_9703-1
Wszystkim zaglądającym, bez względu na to czy lubią Walentynki czy nie, życzę ogromu czekoladek i przepięknych , bukietów kwiatów – skoro nie można dostawać codziennie, to cieszmy się chociaż dzisiaj:)
Copyright © Utkane z marzeń , Blogger