Witajcie po długiej, bardzo długiej przerwie. Ile to lat już minęło? Pięć, a może więcej..Tak, na świecie była już Tośka, więc pewnie coś około sześciu.... w sumie wystarczyłoby sprawdzić, ale tajne dane posiadam w laptopie, którego nie chce mi się w tej chwili odpalać. Piszę sobie na kartce, ot tak, tradycyjnie, jak kiedyś. Co sprawiło,że po Nią sięgnęłam? Chwila? Impuls? Poczucie pustki? Z pewnością któraś z tych rzeczy, a może nawet wszystkie jednocześnie. Pamiętacie jak to ze mną i z blogiem było na początku? Tępy człek ze mnie był, nie wyznający się absolutnie na internecie. Myślałam, że piszę dla siebie, dla potomnych, że dokąd nie podam komuś adresu, to nikt się nie dowie. Teraz było podobnie. Piszę do siebie, a jednak do Was. Czy zdecyduję się to opublikować? Przepisać? Jeszcze nie wiem, a przynajmniej nie wiedziałam do tej pory. Teraz już wiem,że nie zostałam niezauważona. Wczoraj zmieniłam pierwszy raz od siedmiu lat chyba, zdjęcie profilowe na FB. Ilość komentarzy, polubień ,e maili, wiadomości na messengerze jakie dostałam wręcz mnie poraziła. Chciałam Wam za to bardzo podziękować. Za miłe słowa, za radość, za uśmiech na Waszych twarzach, za wsparcie,które teraz jest mi niezwykle potrzebne, zarówno z przyczyn osobistych, jak i tych blogowych,za to że jesteście, że czekaliście, a przede wszystkim za to,że choć minęło tyle lat, to mówicie,że o mnie nie da się zapomnieć, że jestem jedyna w swoim rodzaju. Dziękuję za to że przyjęliście mnie z powrotem. Dziękuję za rozmowy godzinami na messengerze, z ludźmi których nigdy nie widziałam, a których znam tak dobrze, z ludźmi, którzy znają mnie i moje życie. Powroty są zawsze trudne, wyzwalają strach, niepewność, poczucie winy...ale ktoś mądry kiedyś powiedział, że rezygnować z marzeń ze strachu przed porażką, to tak, jakby popełnić samobójstwo ze strachu przed śmiercią, a chwila , w której chcemy zrezygnować, zazwyczaj jest tym momentem, przed którym ma się wydarzyć cud.

Więc jestem, obiecałam, nie mam zamiaru zrezygnować. Czy będę tak płodna jak kiedyś- nie wiem. Nie wiem czy potrafię jeszcze pisać, minęło już tyle lat, że czasami czuję się jak analfabeta. Czy starczy mi czasu? Czy będę miała o czym pisać ? Staram się o tym nie myśleć, kiedyś było tak samo, a jednak jakoś dawałam radę. Ludzie, którzy pytali się mnie kiedyś o czym jest mój blog, byli bardzo zdziwieni, jak mówiłam,że nie wiem, że jest... o niczym. Bo jakby się tak nad tym zastanowić, to o czym on właściwie jest? O mnie, domu, moim życiu, zwierzętach, gotowaniu,przemyśleniach, dzieciach, jakiś pierdoletach, które robiłam...moje zainteresowania były tak rozległe, że ciężko było mi sprecyzować. A słowa? Wypływały z moich ust z prędkością karabinu maszynowego. Tak mówię i tak piszę. Ludzie, którzy mnie nie znają, często gubią wątek, bo potrafię błyskawicznie przechodzić z tematu na temat, czasami nawet nie wypowiadając niektórych zdań, a jedynie myśląc. Wy byliście już do tego przyzwyczajeni, ale czas robi swoje, człowiek zapomina i niekiedy ciężko mu się odnaleźć. No nic, spróbujemy.

Moje życie zawsze było jak otwarta księga, co bynajmniej nie wynikało z chęci dzielenia się ze wszystkimi, wszystkim, a jedynie z mojej totalnej nieumiejętności kłamania. Czasami udawało mi się pewne rzeczy po prostu przemilczeć. Czasami, bo niestety z mojej twarzy można wyczytać wszystko- radość, miłość, żal, smutek, obrzydzenie. Nie umiem skrywać emocji, nie umiem udawać i kłamać, a w dzisiejszych czasach, wierzcie mi- to jest potworna ułomność i wada, przez którą niejednokrotnie cierpiałam. Choć mam takie myśli, pogrzebane gdzieś na samym dnie serca o których nie wie nikt. Takie myśli, że boję się ,że jak je wypowiem na głos, to się spełnią , bądź będzie właśnie na odwrót.Hmmm...tradycyjnie gadam i gadam, a właściwie piszę i piszę i sama już straciłam wątek.
Z pewnością interesuje Was dlaczego przestałam pisać. No więc ( tak, tak, wiem..nie zaczyna się zdania od więc), a w ogóle co to za słowo |"więc", że niby od czego? Od więcej? W sumie nieistotne. Po prostu nie wiedziałam o czym. Widzieliście we mnie kobietę pełną radości i chęci do życia, wesołą, zaradną, silną, dawałam Wam nadzieję, wiarę na lepsze jutro, siłę napędową...żeby nie było, że ja tak sama o sobie, to wszystko Wasze słowa ( tutaj się śmieję, ale brak mi dwukropka na klawiaturze, więc nie mam jak wstawić emotikonka- musicie sobie wyobrazić ) I w pewnym momencie moje życie uległo drastycznym zmianom. Chcąc ratować to, czego i tak nie udało się naprawić, przestałam prowadzić firmę, dwa lata życia z karty kredytowej zrobiły swoje, popadłam w bardzo modną spiralę długów, a moje małżeństwo i tak rozpadło się po 23 latach, zaś dorastające dziecko dostarczało tak wielu wrażeń ,że zaczęło mnie to wszystko przerastać. Później , ktoś włamał się na mojego bloga i minęło sporo czasu nim udało się go odzyskać ponownie. Jednym słowem mój bezpieczny świat utkany z marzeń runął i się zawalił.I tak to się wszystko posypało...

W międzyczasie było raz lepiej raz gorzej. Przez 4 lata kochałam i byłam bardzo kochana. Dzisiaj jestem dokładnie w tym samym miejscu..znowu bez pracy,potwornie zraniona...liżę rany. Czasami zastanawiam się ile razy w życiu będę musiała zaczynać jeszcze wszystko od nowa, ale ponoć nie ma co narzekać,że się jest na samym dnie, skoro zmierzamy na szczyt. Tylko, że ja mam wrażenie,że nie jestem na dnie, a gdzieś głęboko pod mułem.
Chwilowo jestem bardzo rozczarowana, czuję się oszukana i skrzywdzona, ale niestety jedyną złość jaką jestem w stanie odczuwać, to złość na samą siebie, za nastrój w jakim jestem,za zmarnowany miesiąc życia w którym nie potrafiłam się z niczego cieszyć. Ale twardo walczę, wytyczam nowe plany, dużo myślę i piszę, starając się przywrócić moje życie na właściwe tory, zamartwianie się nic nie zmieni, a życie ucieka w zastraszającym tempie, zaś każda sekunda przybliża nas do śmierci, szkoda więc czasu i trzeba żyć.Jednak ni cholery nie potrafię ogarnąć moim małym, kubusiowym rozumkiem sytuacji w której się obecnie znajduję. Wspomnienia nie pozwalają zrozumieć i zaakceptować tego co się stało. Czasami wolałabym ich nie mieć, ale to właśnie wspomnienia identyfikują nas jako indywidualne jednostki ludzkie, bez nich bylibyśmy jedynie pustą skorupą. Ostatnio czytałam, że co piąta osoba na świecie ma osobowość socjopaty i cholera mnie bierze ,że to nie mogę być akurat ja. Chwilami myślę,że dobrze by było nie wiedzieć co to empatia, obarczać innych za swoje zachowania i przewinienia, manipulować ludźmi dla osiągnięcia własnych korzyści, nie liczyć się z uczuciami innych i nie mieć przy tym poczucia winy- idealny człowiek na dzisiejsze czasy. A ja z socjopaty mam jedynie przyjemną powierzchowność, urok osobisty i inteligencję...no dobra, to żarcik taki był.
Mam silny charakter, jestem twarda i choć czasami można mnie bardzo skrzywdzić, to i tak nie da się mnie złamać. W związku z tym twardo cieszę się, że słońce jak co dzień wstaje raniutko, że pomimo upałów jeszcze dycham, że mam jeszcze mnóstwo rzeczy tych materialnych i niematerialnych, których nie straciłam, że mogę czuć i mieć w sobie ludzkie uczucia, że Ryśka , największy koci śpioch w rodzinie, wstaje mimo wszystko razem ze mną o czwartej rano i pijemy sobie na tarasie poranną, a może nocną jeszcze kawę, że później niebo daje wspaniały spektakl kolorów, poczynając od różu przez złocienie po granat, aż zrobi się zupełnie widno i że pomimo wszystko i na przekór wszystkim i tak bardzo kocham to życie.

A poza tym co u mnie? Otóż Osioł zszedł sobie po cichutku w nocy, parę lat temu, w wieku lat 17. Schizy miewał przeokrótne, ale aż do końca cieszył się dobrym zdrowiem, choć Misiek mówił,że on zdechł parę lat temu,tylko o tym zapomniał, bo tak śmierdzi,że na pewno już się rozkłada. Obecnie jego schizy przeszły na Plastra, lat 16. W mózgu mu się przestawia. Od dwóch lat komunikuje się chyba ze swoimi przodkami wydając przy tym głośne i upiorne szczeknięcia, przez pół nocy. Murka odeszła w zeszłym roku, miała wadę genetyczną i nikt nie był w stanie jej pomóc. Ale ludzko/bydlęcy stan ni cholery się nie zmniejsza. Królik, żółw, Rysia , Mafja przez J czują się świetnie, aczkolwiek Mafja, wredna kocia suka, nie jest w stanie zaakceptować nowej kotki Chili, która trafiła do nas po tym, jak z powrotem ludzie oddali ją do adopcji , bo brzydka była ( no w każdym razie tak brzmiała oficjalna wersja, która została mi przedstawiona). Brzydka może taka nie jest, choć z mózgiem też ma niestety coś nie halo, bo myśli,że jest kotem i znaczy cały dom, obsikując przy tym ściany w iście kocim stylu. Ponad to, jakby w spadku została mi suka brzydka i znerwicowana, która to prezentem była. Ma teraz cztery lata, a wygląda starzej od Plastra, suka jest ludojadem, ale o tym napiszę już chyba kiedy indziej. Schizy ma również, bo to suka po przejściach. Choć po dwóch latach zamieszkiwania z nami i tak jest znaczny postęp. Daje się czasami pogłaskać, a jak dobrze, po dziesięciominutowych przepychankach, przyprze się ją do muru, to i szelki można założyć. Baaaa.... nawet już lubi spacery i nie zjada smyczy. Ponoć prezentów się nie oddaje, ale najwyraźniej niektórzy do tej zasady się nie stosują, bo została mi jeszcze kotka ogromna, Brendy, która jest młodsza od Chili, za to dwa razy większa i...o dziwo, nie boi się Mafji.
Jeśli chodzi o remanent ludzki to Madzia mieszka cały czas ze mną, do Madzi Tośkę lat 6 należy oczywiście dopisać, no i tego od Madzi, też należy uwzględnić, bo pomieszkuje tu co weekend, no i właściwie co drugi tydzień. Ponad to jest oczywiście Nurka i Jej narzeczony. Już na stałe. Na stałe zamieszkał oczywiście, a nie na stałe z Nią będzie, bo z tym, to nigdy nie wiadomo jak się ułoży. Jakoś tak pomieszkiwał, pomieszkiwał, aż w końcu zamieszkał na dobre. No i oczywiście jestem ja. Łącznie na stanie posiadamy trzynaście ludzko psich pysków do wykarmienia i jeden na dochodne.
I tak własnie w dużym, a nawet bardzo dużym skrócie wygląda obecnie moje życie. Obiecałam, napisałam... i tak jak obiecałam, zostanę. Przynajmniej na razie, dokąd mam całe mnóstwo czasu. Do szczegółów może przejdę w kolejnych postach. Jeśli chodzi o zdjęcia...to takie hmmm...poglądowe .Ostatecznie przerwa 6 letnia chyba robi swoje i niestety już nie jestem , tak jak wcześniej Wam pisałam kobietą po 30 z bardzo dużym hakiem, ale kobietą po 40 również z bardzo dużym hakiem. Prośbę mam wielką do ludzi, którzy tu wejdą.. w czym teraz piszecie posty? Tzn. w jakim programie? Mój , na którym pisałam nie działa pod Windows 10, a pisanie w bloggerze, zaś szczególnie dodawanie zdjęć, okazało się bardzo problematyczne. Później postaram się rozpracować może jakieś nowe szablony, ale póki co chyba nie mam do tego głowy. I choć minęło tyle lat, mój nowy komputer również szwankuje, a właściwie nie ma znaków specjalnych, tam gdzie być powinny. Czasami ma wrażenie ,że czas stanął w miejscu. Oooo... widzę,że znowu zaczynam gadać. No nic...uciekam już w takim razie.I bez hejtu mnie tu bardzo proszę, bo chwilowo jestem mało uodporniona na zadawane ciosy (uśmiech) Jeszcze raz bardzo, bardzo, bardzo Wam dziękuję i posyłam buziaki w wirtualną przestrzeń.