Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porady. Pokaż wszystkie posty
Jak żyć bardziej ekologicznie

wtorek, lutego 02, 2021

Jak żyć bardziej ekologicznie


W ostatnich czasach ochrona środowiska, bycie eko , dbałość o to, co nas otacza, to modne tematy i bardzo dobrze, Chłonę co tylko wpadnie mi w ręce , jak gąbka. Moje dziecko twierdzi, że do wszystkiego trzeba dorosnąć i jeśli o to chodzi, to chyba się z nią zgodzę. Szacunek do przyrody, wyssałam i to chyba dosłownie z mlekiem matki, gdyż mamy bardzo podobne poglądy, aczkolwiek moja mama, może nie aż tak restrykcyjne, jak ja. Ale spokojnie, moje podejście do życia nie zahacza nawet o fanatyzm. Mieszkam w domu, a nie w szałasie, nad głową mam dach, a nie gałęzie, jeżdżę samochodem , a nie konno, ale jeśli tylko mogę , w miarę możliwości, oczywiście na ile pozwalają na to dzisiejsze czasy, staram się być świadomym konsumentem.

Już od dłuższego czasu myślałam, żeby o tym napisać, chociażby nawet dla siebie, żeby zobaczyć co robię w tej kwestii, bo wydaje mi się, że cały czas bardzo niewiele. Chętnie się dowiem co robicie Wy i jakie macie sposoby, na to żeby tak masakrycznie nie zaśmiecać świata.
Śmieciarkę to ja miałam zaprzyjaźnioną, booo.... bo wyobraźcie sobie, że tutaj, jak się wprowadziłam, przez całe lata, nie było czegoś takiego jak wywóz śmieci. Aczkolwiek, śmieciarka czasami się przemieszczała po gminie, być może zabierając śmieci ze szkoły bądź przedszkola, więc zapolowałam na nią i po krótkich negocjacjach, udało mi się umówić, że będą przyjeżdżali i do mnie raz na dwa tygodnie. A za drobną opłatą , bodajże 20 zł każdorazowo zostawianych na śmietniku pod cegłą, zabierać będą cały fajans, za któryż to dodatkowo musiałam zabulić 150 zł, bo Panowie musieli ukraść z zakładu i na ryzyko się narazić. Kradzież w tym wypadku uznałam za rzecz niebywale potrzebną, z racji tego, że nie bardzo wiedziałam co z tymi śmieciami mam niby robić, więc skwapliwie zapłaciłam.
Odkąd tylko pamiętam, makulaturę, której kiedyś z braku internetu było zdecydowanie więcej, wiązałam pieczołowicie sznureczkiem i zostawiałam osobno obok śmietnika. 
Kiedyś padał deszcz, więc nie chcąc, żeby przygotowana przeze mnie paczka zmokła, nasłuchiwałam warkotu śmieciarki i jak tylko zaczęła się zbliżać, wybiegłam na dwór. Krzyczę do nich, że jeszcze mam gazety i żeby poczekali, Pan powiedział "aha" patrząc na mnie jak na ćwierćinteligenta i z impetem ciepnął moją paczuszkę do tych samych śmieci. Pytam więc, pełna oburzenia:
- Ale...jak to tak ? Przecież to makulatura, pojemniki w gminie stoją.
- A kto by się tym przejmował, a Pani myśli ,że z tych pojemników papier to gdzie trafia?
- No chyba na makulaturę?
- Hahaha...

Moje rozczarowanie nie miało granic, tym bardziej ,że ponosiłam dodatkowe koszty w postaci sznurka.
Stwierdziłam, że więcej im nie oddam i zaczęłam taszczyć gazety pod szkołę, do pojemników, łudząc się ,że widocznie ta moja śmieciarka nieprzystosowana, ale tam, to z pewnością segregacja jest, jak się patrzy, no bo przecież po coś w te pojemniki na papier, szkło i plastik zainwestowali.
No niestety...nie mam pojęcia po co pojemniki stały, bo wszystko trafiało jednak do " jednego wora " , a właściwie śmieciarki.
Ograniczając zakup gazet, tnąc wszystko w niszczarce, robiłam brykiety do rozpalania w kominku i tak, dotrwałam bodajże do 2012 roku, kiedy to ustawa śmieciowa weszła, która notabene bokiem też mi wyszła, gdyż z przyzwyczajenia oprócz regularnego, wymaganego z urzędu płacenia za wywóz śmieci, chyba przez dwa lata, zostawiałam dodatkowo pod cegłą 20 zł. Tak więc i nowi Panowie za ćwierćinteligenta musieli mnie uważać. A i powiem Wam szczerze, że jak się w końcu zorientowałam, to bałam się przestać, bo nie wiedziałam czego się spodziewać. Na szczęście przyfilowałam, że co i rusz przyjeżdża tu inna ekipa, więc problemu nie było.

No i generalnie wypadałoby powoli kończyć ten post, a ja jeszcze nawet nie zaczęłam wymieniać tego co robię, a właściwie tego czego nie robię.

Nie da się ukryć, że kuchnia to największa wytwórnia plastiku. Temat plastiku, to temat rzeka i tu myślę nie starczyłoby miejsca na to wszystko co chciałabym napisać. Szczególnie po lekturze książki " Jak zerwać z plastikiem ", którą polecam zdecydowanie wszystkim. 
To z niej dowiedziałam się ,że  1/3 plastiku w oceanach stanowią mikrowłókna , które przedostają się przez wszystkie filtry, podczas prania. To samo tyczy się mikrogranulek, w proszkach i środkach czystości. Co więc można zrobić, aby  żyć bardziej świadomie i dbać o środowisko ? 

Kuchnia



1. Oprócz segregacji śmieci ( gdzie do dnia dzisiejszego mam wątpliwości czy to faktycznie działa ), namiętnie zbieram korki, które to przez lata moje dzieci nosiły do szkoły, później zalegały mi tonami w hydrofornii, aż w końcu Tosia poszła do szkoły, więc mogłam się ich pozbyć. Te korki, to ponoć jakiś wysokogatunkowy plastik, który nadaje się do przetworzenia.

2. Cała zielenina z domu, trafia na kompost.

3.  Chyba pierwszym świadomym krokiem, był zakup wielorazowej butelki. Na początku była plastikowa ( zawsze to i tak lepsze , niż kupowanie w sklepie napojów w plastikowych butelkach ) i służyła mi ładnych parę lat ( na marginesie służy dalej, bo teraz zabieram w niej wodę dla psów ). Teraz mam już szklaną butelkę, którą uwielbiam.  
Staram się całkowicie ograniczyć kupowanie czegokolwiek w plastikowych pojemnikach, aczkolwiek, przyznam bez bicia, że czasami jest ciężko, bo piję bardzo dużo i niekiedy muszę się posiłkować na spacerze zakupem jakiegoś gotowca ( aczkolwiek wtedy wybieram coś w szkle, ewentualnie sok w kartonie ). Mam nadzieję, że woda będzie sprzedawana znowu w szklanych, kaucjonowanych butelkach. Kto jeszcze pamięta "Mazowszankę "?

4. Od lat nie korzystam z plastikowych toreb na zakupy. Zawsze mam ze sobą wielorazowe torby, które po prostu ubóstwiam, bo są bardzo pojemne. Przy większych zakupach biorę kartony ze sklepu i to właśnie w nie pakuję część produktów.

5. Zamiast małych, szeleszczących siatek, mam woreczki do których wrzucam warzywa, pieczywo i ziarna. I choć na początku przy kasie patrzyli się na mnie jak na dziwadło, ewentualnie szukali metki do zeskanowania, w tej chwili mnóstwo ludzi korzysta z takich woreczków i nikogo to nie dziwi.

6. Staram się kupować rzeczy na wagę, a nie w opakowaniach ( ziarna, bakalie, makarony, ryż itp. )

7. Jeśli nie mam wyboru i muszę kupić coś w plastiku, to wybieram duże, opakowanie.

8. Nie używam folii spożywczej, ani aluminiowej( zamiast tego żywność przechowuję w szklanych pojemnikach, a pieczywo obwijam w "woskowijki"

9. Staram się nie kupować produktów spożywczych, które są pakowane w plastik, aczkolwiek...tego niestety, żebym nie wiem jak się starała, nie da się uniknąć, bo nawet głupia sałata, musi być obwinięta w kawał plastiku. 

8. Robię sama jogurty ( i tutaj nie muszę wrzucać do śmieci codziennie plastikowych kubeczków )

9. Jajka kupuję tylko od szczęśliwych kur, a zakupy staram się robić na bazarze, gdzie można kupić produkty na wagę ( bo jak się pytam czy jabłka nie pryskane, to każdy mi się śmieje w twarz :) i mówi, że żadne by się nie utrzymało. I nie rozumiem tego. Pamiętacie moją cudną jabłonkę? No miała tyle jabłek co roku i przenigdy nie była pryskana. Czereśnia, co to mówili żeby ją wyciąć jak się wprowadziłam , bo jest chora, też ma co roku czereśnie i jakoś żyje, że już o braku oprysków nie wspomnę. Porzeczki co prawda co roku chorują, ale tylko liście, a na owoce wpływu to nie ma. To samo jeśli chodzi o agrest, tu liście właściwie nie chorują, bo po prostu ich nie ma, zżerają chyba larwy motyla bielinka, ale owoców jest co roku mnóstwo, więc co mi przeszkadza,że motyl zje sobie wszystkie liście ?

10.  Na kawę mam od lat niezawodny kubek "Contingo" ( i choć drogi, to tylko ten polecam, a przetestowałam już wiele). Oczywiście oprócz zakrętki, w całości wykonany z metalu. Nigdy nie kupuję kawy w jednorazowych kubkach.

11. Mąkę, cukier, zioła i inne sypkie produkty, trzymam w szklanych słojach . Niestety mam jeszcze parę plastikowych, z czasów kiedy to o szkle można było pomarzyć. Trafią pewnie na działkę, bo wyrzucić szkoda.

12. Sztućce i noże mam metalowe ewentualnie z drewnianymi rączkami, tak samo deski do krojenia, drewniane albo szklane ( i jest jedna plastikowa )

13. No i nie jem mięsa od dwóch i pół roku, a oprócz względów czysto humanitarnych, ma to ogromny wpływ na środowisko. Podobno emisja gazów cieplarnianych pochodzących z hodowli zwierząt, stanowi aż 17% CO2 w całej Unii Europejskiej.

14. Na zakupy chodzę zawsze najedzona ( nawet nie wiecie jak to bardzo pomaga w ograniczaniu kupowanych produktów ), z przygotowaną zawczasu listą.

15. To co zostaje, mrożę. Właściwie to mroziłam, bo zamrażarka dalej nie działa. A mroziłam kiedyś naprawdę bardzo pokaźne ilości :klik

16. Szmatki do kurzu mam wielorazowe i takie pocięte z ubrań Tosi, które nie nadawały się już do oddania.
 
I tak chodzę po tej mojej kuchni i się rozglądam i właściwie więcej plastiku nie posiadam. A i tak za każdym razem , jak przychodzi do wywozu śmieci, ilość po prostu mnie powala. Niestety moje dzieci jakby totalnie mają na to wywalone i choć zięciowi kupiliśmy nawet ustrojstwo, żeby wodę gazowaną sobie robił, to i tak kupuje w plastikowych butelkach i aż dziw, że się nie krztusi, bo za każdym razem mówię mu, że jest mordercą i właśnie pozbawił życia kolejnego kormorana. Ilość plastiku w zabawkach Tośki, zaznaczam bezsensownych zabawkach, jest wręcz szokująca. Leży toto , do niczego nie służy, bo bawi ją to jedynie w momencie kiedy dostanie, a w efekcie trafia do śmieci. No ale co ja mogę zrobić?

Łazienka



 Tu sprawa ma się trochę lepiej niż w przypadku kuchni, ale też jakby nie do końca.

1. Proszek do prania kupuję w kartonowym opakowaniu. ( chcę się przerzucić na te orzechy piorące, ale...tak bardzo lubię zapach czystego prania, że odkładam to w czasie ) Proszek kupuję bez mikrogranulek.

2. Płyn do prania to moje kolejne utrapienie ..jest w plastikowych butelkach. Kupuję co prawda te największe, ale to jakby mnie nie usprawiedliwia. I też czytałam o tym, jak zrobić własny i też odwlekam decyzję. Ale teraz to mi wstyd pewnie już będzie, więc może w końcu zrobię i zacznę prać w tych orzechach:) 

3.  Kupuję tylko kosmetyki , które nie są testowane na zwierzętach.

4. Pastę do zębów robię sama.

5. Piling do ciała też ( przez lata nie używałam, bo nie powinnam ze względu na przepływ limfy i rozprzestrzenianie się komórek nowotworowych, ale... mam dosyć i czniam to i używam. a jaką frajdę mam :)

6. Nie używam płynów do kąpieli, zamiast nich stosuję napary ziołowe i sól epsom.

7. Używam mydła w kostce.

8. To samo tyczy się szamponu do włosów.

9 . Z odżywką jest problem..w kostce jest do niczego , a butelki są plastikowe :( Niestety kupuję, więc jeśli macie jakiś pomysł na zastępstwo, koniecznie dajcie znać w komentarzu.

10. Jeśli chodzi o mleczka do demakijażu, płyny etc...nie używam. Sama robię tonik do twarzy, a'la płyn micelarny. Zamiast płatków kosmetycznych, stosuję ściereczkę do demakijażu.

11. Patyczki kosmetyczne jedynie bambusowe, tak samo szczoteczki do zębów.

12. Jeśli chodzi o codzienną pielęgnację, to oprócz wyżej wymienionych, chyba niczego innego nie stosuję. Często się mnie pytacie, jakich używam kosmetyków. No więc nie używałam  ( i choć sobie po 40 obiecywałam, że zacznę ), to dalej nie używam żadnych kremów, balsamów ani innych rzeczy. Co prawda nawet nie wiem jakie inne rzeczy są, ale kiedyś tak sobie myślałam, że może właśnie dlatego, że niczego nie używam tak wyglądam? Skóra tylko z policzków, jakoś zaczęła mi się przemieszczać w stronę ziemi, ale poza tym, oprócz mimicznych zmarszczek, innych nie posiadam. `    

13.  Za to maluję się namiętnie i raczej bez makijażu z domu nie wyjdę, choć obecnie jakby coraz mniej mi się chce. Podkłady kupuję w szklanych butelkach i ogólnie kupuję bardzo, naprawdę bardzo mało kosmetyków. 

GARDEROBA



1. Ubrania odkąd tylko pamiętam kupuję tylko i wyłącznie z naturalnych włókien, więc w tym wypadku plastik do oceanów się raczej nie przedostaje. W swojej garderobie, która jest naprawdę o wiele za duża, posiadam jeden sztuczny sweter ( bo wzór miał cudny ) i jedną sztuczną sukienkę, w której wyglądam jak Kleopatra i po prostu to była miłość od pierwszego wejrzenia, choć bardzo długo biłam się z myślami przed zakupem, czy aby ja w tym plastiku chodzić będę? No nie chodzę, ale za to czasami ją sobie oglądam i dalej mi się bardzo podoba, więc może jeszcze kiedyś włożę

2. Jeśli chodzi o buty i torebki , to mam bardzo mieszane uczucia, bo do końca nie wiem jak to jest, a i tak naprawdę nie chcę wiedzieć. Mam bardzo delikatne stopy, ogólnie mam bardzo delikatną w dotyku skórę, a pięty mam takie jak wnętrze dłoni. Buty mam z reguły skórzane. I tłumaczyłam sobie, że skoro tą krowę ktoś i tak zje, to chociaż ja tą skórę wykorzystam na buty i torebki...ale moje sumienie jakoś mi podpowiada, że chyba nie do końca to tak działa, więc spróbowałam kupić z plastiku. Pomijając sam fakt sztuczności, powodowały po prostu uczucie pieczenia i ból... Tak więc mam sporo butów skórzanych, a reszta jest z materiału. Na szczęście nie niszczę butów, wszystkie mam bardzo dobre gatunkowo, więc oddaję do szewca jeśli coś się z nimi stanie i jestem ich szczęśliwą posiadaczką od wielu lat, więc czuję się jakby choć trochę usprawiedliwiona. Aczkolwiek jeśli mówimy o zanieczyszczeniu świata, to jest to wybór słuszny. Gorzej z sumieniem. 

3.  Ubrania od lat kupuję  u-Żiwaniego. No kocham łachacze ponad wszystko. Czuję się jak dziecko w sklepie z zabawkami, a jak coś upoluję, to tak, jakbym otwierała prezent na Gwiazdkę. Pomijając fakt dbałości o środowisko, to jeśli znajdziemy ubranie która jest w idealnym stanie, to mamy gwarancję, że jest to coś , co jest dobre gatunkowo i będzie nam służyć przez kolejne lata, a nie wyglądać za chwilę jak szmata. Poza tym sami przyznajcie, że Gucci czy Chanel za  0,32 gr to jest to strzał w dziesiątkę. Od paru lat, ze względu na ilość posiadanych ubrań ( których również nie niszczę zupełnie ) wprowadziłam ograniczenia cenowe i jakościowe. Nigdy, żeby nie wiem co nie kupuję rzeczy , które są droższe niż 5 zł i kupuję jedynie rzeczy z wysokiej półki cenowej. Znaczy się w normalnym sklepie tyle kosztują, bo nie w łachaczu. I nie bardzo rozumiem co ludzi kręci w tych sieciówkach, gdzie zostawiają kupę hajsu, jak za złotówkę można chodzić w płaszczu Max Mary :) A ile radochy w szukaniu :)

4. Meble to na pewno już wiecie. Robię, przerabiam, szlifuję, maluje na inny kolor, odnawiam...i tak w kółko. Generalnie te same od lat, a często wyglądają inaczej. Mam nawet w holu przerobiony mój regał z czasów podstawówki, kiedy miałam 7 lat, więc pod tym względem jestem super ekologiczna :)

Ogólnie jak tak patrzę, to nic tylko brać :) Jestem bardzo tania w utrzymaniu, a jak potencjalny narzeczony zabierze mnie do łachacza, to normalnie zrobi mi niesamowity prezent i nie będzie musiał  hajsu wydawać. No przynajmniej zapłaci zdecydowanie mniej, niż za kolację w knajpie.

I tu Kochani znów muszę się z Wami pożegnać, choć post jakby niedokończony, ale ... rozwaliłam matrycę w laptopie. Po jodze, która to w dniu dzisiejszym, moje skołatane nerwy miała uspokoić, podniosłam laptopa do góry za ekran i...szlag go trafił. Mnie swoją drogą też, bo pomijając wydatki związane z naprawą, brakiem laptopa, joga na nic się nie zdała, a ja mam ochotę usiąść i wyć. I to tyle jeśli chodzi o mój wyjazd:( Teraz muszę laptopa oddać do naprawy :( 
Zdjęcia też miały być bardziej tematyczne, ale z wyżej wymienionych względów, takowe być nie mogą, bo niestety nie widzę całkiem sporego kawałka ekranu. W związku z tym, żegnam się z Wami cieplutko, a na komentarze, będę już odpowiadać z telefonu :)



Jak nie dopuścić do depresji

poniedziałek, stycznia 11, 2021

Jak nie dopuścić do depresji





Witajcie po Nowym Roku. Przerwy mam straszne, ale to chyba tylko dlatego, że przenoszę bloga i średnio sobie z tym radzę, więc, żeby zdrowia nie tracić , to w końcu skorzystam z usług jakiegoś specjalisty. 

Co dalej z pisaniem bloga ?

Piszę właściwie codziennie, więc napisanie tekstu, samo w sobie nie stanowi specjalnie problemu, aczkolwiek zaczęłam się momentami zastanawiać czy ma to w ogóle jeszcze jakikolwiek sens. Ludzie w tej chwili nie mają podobno czasu na czytanie, a cóż dopiero komentowanie. Dużo prostszą formą komunikacji wydaje się instagram czy też FB. Dla ludzi...dla mnie jakby nie do końca, biorąc pod uwagę ilość wypluwanych z siebie słów i ograniczenia tam panujące powodują ,że nie mam zielonego pojęcia o czym pisać i jak niby miałabym to ująć w paru zdaniach. Jeśli ktoś tu jeszcze zagląda, to proszę napiszcie co myślicie, czy warto pisać bloga czy nie ? Jakie są Wasze odczucia ? Pisanie , jeśli  tylko czyta parę osób, wydaje się bezsensowne, bo pracy przy opublikowaniu posta, dodawaniu zdjęć trochę jest, więc dużo prościej będzie mi pisać do tzw. szuflady. No dobra, to prośba jest... jeśli zaglądacie i uważacie, że ta moja pisanina ma sens, to dajcie znać pod postem w komentarzu. 

Obsesja szczęścia

A teraz z zupełnie innej beczki. Wczoraj na portalach społecznościowych, umieściłam króciutki ( bo inaczej się tam nie da :) tekst o walce z demonami. Dostałam mnóstwo wiadomości, ogrom ciepłych słów i  całe tony wsparcia. To jest dla mnie bardzo  ważne . Wiara w to ,że są na świecie ludzie, którzy życzą dobrze, dla których napisanie miłego słowa nie stanowi problemu, ludzie o których wiemy, że choć znamy się tylko wirtualnie, życzą nam szczerze wszystkiego co jest najlepsze. To daje power i energię, pozwala wierzyć, że ani my, ani świat, wcale nie jest zły, pozwala spojrzeć na problemy i ludzi z zupełnie nowej perspektywy. Ponoć najbardziej ranią nas Ci, których najmocniej kochamy i jest to fakt niezaprzeczalny. Wśród mnóstwa wiadomości, były i takie, ( za które również bardzo dziękuję, więc proszę, żebym nie została źle zrozumiana.), że jestem silna, że dam radę, żeby nie myśleć i żyć dalej, żeby kopnąć problemy, przywołać uśmiech i śmiać się im w pysk....

I...no właśnie...

Jak radzić sobie z problemami

Zupełnie, ale zupełnie się nie zgadzam z takim podejściem do życia. To epatowanie na każdym kroku radością i szczęściem, sprawia, że aż mi się ulewa momentami.

Gdzie człowiek nie wejdzie na okrągło czyta, jacy to wszyscy są szczęśliwi, jakie wszystko jest piękne i cudowne, jacy wszyscy są wdzięczni...za wszystko.

Nie zrozumcie mnie źle, a kto mnie zna bliżej, myślę, że nie będzie miał problemu z interpretacją mojego toku rozumowania. Z reguły jestem zadowolona z otaczającego mnie świata, dużo się śmieję, kocham pierdylion rzeczy, uwielbiam życie , wszystkie pory roku, kocham wiatr, deszcz, śnieg i słońce...staram się żyć szczęśliwie, docenić to co mam etc. Nie mówię absolutnie o tym, że każdy powinien przelewać swoje żale na media społecznościowe i dla odmiany pisać jaki to jest nieszczęśliwy i smutny., ale....mam mózg, tak jak i my wszyscy. Nie rozumiem tej udawanej obsesji szczęścia . Ja wiem,że pewne książki stały się modne, że człowiek powinien myśleć pozytywnie, że to co dajesz, to otrzymasz...tak...wierzę w to wszystko, wiem ,że uśmiech wywoła uśmiech, że dając dobro, zdecydowanie częściej również je otrzymamy, że nie można chodzić złym, smutnym i wkurzonym , bo wtedy jest jeszcze gorzej. 

Ale nie można również bagatelizować problemów i udawać ,że ich nie ma, co na chwilę obecną wydaje się, że jest bardzo powszechnym zjawiskiem.

Nie można spychać do podświadomości czegoś, co jest w nas żywe, co boli, co wymaga pracy nad sobą, nie można bagatelizować problemów, bo przestajemy używać mózgu, co w efekcie jest dla nas bardzo zgubne.

Każdy problem wymaga rozwiązania. Im większy, im bardziej boli , tym więcej wymaga czasu, aby je znaleźć, więcej pracy nad sobą, żeby znów móc cieszyć się życiem. Cały czas trwa w nas walka świadomości z podświadomością, Świadomość, w takich sytuacjach, powoduje ogromny ból, smutek, złość, rozczarowanie...te wszystkie uczucia, są w nas dlatego, żeby nas ostrzec, żeby nie dopuścić do kolejnego zagrożenia. To organizm nas broni, wysyłając sygnały ostrzegawcze, jak bardzo brutalnie by to nie zabrzmiało. I choć zupełnie logiczną rzeczą jest to, że chcemy jak najszybciej się od tego odciąć, nie chcemy się tak czuć, nie chcemy tej rozpaczy, to właśnie ten moment jest od tego, aby dokładnie się przyjrzeć zaistniałej sytuacji, tak aby móc zrozumieć i ewentualnie wiedzieć, jak zabezpieczyć się lepiej na przyszłość, co robić i jakich nie popełniać błędów. Jeśli zepchniemy tego potwora do podświadomości i przywołamy na twarz tępy uśmiech, jeżeli będziemy próbowali udawać, że nie ma tematu, to oczywiście, że będziemy mogli dalej żyć w pozornie lukrowanym świecie i pozornie będziemy znów mogli normalnie funkcjonować, bez tego potwornego bólu czy smutku, który spędzał nam sen z powiek...ale czy aby na pewno ? Kto z Was słyszał, żeby potwór sam z siebie zdechł ? Dokąd nie ukręcimy mu łba, dotąd będzie rósł w siłę i w najmniej oczekiwanym momencie, w momencie kiedy będziemy bardzo osłabieni, bo na horyzoncie pojawią się nowe potwory...on wyjdzie na światło dzienne i zaatakuje ponownie. Jak wtedy damy radę? Skoro nie byliśmy w stanie zmierzyć się z jednym potworem? Jak pokonamy w takim razie kolejne ? Znów udając ,że nie ma tematu ? Przyjdzie moment, że potwór urośnie do niewyobrażalnych rozmiarów. Z pięciu, dziesięciu mniejszych potworów, zrobi się jeden, ogromny, którego nie będziemy już w stanie zlekceważyć. Całe zło, którego staraliśmy się unikać, aby żyć szczęśliwie i nie myśleć o problemach , zaatakuje ze zdwojoną siłą, a my, nie wiedząc jak się bronić, będziemy wtedy całkowicie bezsilni. To właśnie z braku rozwiązywania bieżących problemów pojawia się bezsenność, lęki, depresja, alkohol, narkotyki, kompulsywne zachowania i próby samobójcze...stajemy się bezradni jak dzieci, problemy nas przerastają i nie potrafimy już żyć mówiąc" jaki piękny dziś dzień," " jaka jestem wdzięczna za to, że świeci słońce" . Podświadomość nie śpi, ona nigdy nie odpoczywa. Oddychamy, mówimy, chodzimy...nie używając do tego zupełnie świadomości. Tak samo jest z naszymi myślami. Podświadomość wkrada się na każdym kroku, kiedy śpimy, kiedy ze wszystkich sił , staramy się o czymś nie myśleć, są to odczucia, których za wszelką cenę staramy się świadomie unikać, a jednak podświadomość narzuca nam ich obrazy. To komnata w którym przechowywane są nasze odczucia, zdarzenia , emocje. Jeśli wspomnienie jest złe, takie zostanie, jeśli dobre, również nic się nie zmienia. Jak chcemy urządzić nasz pokój ? Wszyscy lubimy przecież ładne czyste wnętrza, dlatego nie możemy robić tam śmietnika, należy wymieść wszystkie śmieci i usunąć potwory, które czają się w kątach, nim będzie za późno na cokolwiek.

A wtedy bez względu na rezultat naszych porządków, staniemy się znów silniejsi i będziemy mogli powiedzieć" jestem wdzięczna, że rozwiązałam ten problem, bo teraz znów mogę spokojnie żyć ".


Przepis na kawę z żołędzi

środa, października 28, 2020

Przepis na kawę z żołędzi

 



Kawa.. bez niej większość z nas nie wyobraża sobie życia. Ja osobiście należę do tej większości, a kawę z przyczyn zdrowotnych piję od dziecka. Wydaje mi się, że raczej na mnie nie działa, jako, że potrafię wypić spory kubek po 24 w nocy po czym za chwilę smacznie spać.

Uwielbiam smak i zapach kawy, przy czym nie jestem kawoszem smakoszem. Ze wstydem muszę przyznać, że piję kawę w najpodlejszym gatunku, sypaną, czarną, mocną i zalewaną bezpośrednio wodą z czajnika. W zależności od dnia i możliwości piję od 4 dziennie do 5, przy czym zaznaczyć muszę, że ilość wypijanych kubków bardzo mocno już zredukowałam.

Pomysł na robienie kawy z żołędzi zrodził się już jakiś czas temu. Uwielbiam być samowystarczalna, a w dzisiejszych, niepewnych czasach, nie wiadomo czego można się spodziewać. Myślę, że całkiem spora ilość osób, które to czyta, pamięta czasy , kiedy to kawa była towarem reglamentowanym, więc strzeżonego Pan Bóg strzeże... w razie czego, potrafię sobie taki substytut kawy zrobić. 

Gdybym miała urządzenie do obierania żołędzi, to kto wie czy nie zrezygnowałabym zupełnie z picia tradycyjnej kawy, bo jak dla mnie ta z żołędzi jest tego warta.


Właściwości kawy z żołędzi

Składa się w większości z węglowodanów, znajdziemy w niej dodatkowo tłuszcz, który jest pozbawiony cholesterolu, a także białko. Poza tym, kawa z  żołędzi to mnóstwo witamin z grupy B, w tym witaminę B6, B5, B2 i B1 , które mają ogromny wpływ na cały układ nerwowy. 
Żołędziówka to również bardzo bogate źródło minerałów , bo w 100g tej kawy znajduje się:

- 700 mg potasu- ( Niedobór objawia się najczęściej uczuciem ogólnego osłabienia, apatią, sennością, częstymi zaparciami, ale także zaburzeniami koncentracji. Dzienne zapotrzebowanie to ok. 4700 mg )

- 100 mg fosforu ( niedobór fosforu powoduje osteoporozę i wypadanie zębów, dorosły człowiek powinien przyjmować ok 800- 1200mg fosforu na dobę )

- 80 mg magnezu ( niedobór magnezu powoduje osłabienie, rozdrażnienie, bóle i zawroty głowy, depresję, drgania mięśniowe, łamliwość włosów i paznokci . Dzienna dawka magnezu dla dorosłego człowieka wynosi od 300mg dla kobiet do 420mg dla mężczyzn ). O magnezie napisałam dzisiaj w dużym skrócie, bo dla mnie to temat rzeka i myślę, że zasługuje na zupełnie oddzielny post, gdyż nie bez przyczyny nazywany jest pierwiastkiem życia , a jego niedobór wykazuje praktycznie każdy człowiek. Kawa naturalna wypłukuje nam magnez całkowicie natomiast żołędziówka, dostarcza go nam w całkiem pokaźnych ilościach.

- 50 mg wapnia ( niedobory wapnia to nie tylko łamliwość kości i zębów, ale również nadmierne zmęczenie, problemy z pamięcią, zaburzenia rytmu serca, bolesne skurcze mięśni i drętwienie kończyn. Zapotrzebowanie człowieka na wapń wynosi ok 800mg do 1500 mg w przypadku dzieci i kobiet w podeszłym wieku )

- 1 mg żelaza ( nidobór żelaza powoduje zadyszkę, zawroty głowy i szybsze bicie serca , dzienne zapotrzebowanie to ok. 8mg ) 

-  0,8 mg manganu ( niedobór mogą spowodować przyjmowane doustnie środki antykoncepcyjne, a objawami mogą być szmery w uszach i pogorszenie słuchu. Dzienne zapotrzebowanie od 2 do 5 mg )

0,7 miedzi ( dzienne zapotrzebowanie w zależności od źródła to 1do 3 mg, niedobór może powodować osłabienie układu odpornościowego, aczkolwiek bardzo rzadko występuje. Miedź łatwo jest dostarczyć do organizmu )

Dla kogo kawa z żołędzi

Są ludzie, którzy nie mogą pić kawy naturalnej, ze względu na problemy z nadciśnieniem  tętniczym i choroby wrzodowe, więc jeśli do nich należysz, koniecznie spróbuj żołędziówki.
Z powodzeniem mogą je stosować osoby cierpiące na wzdęcia i problemy z żołądkiem, gdyż według medycyny niekonwencjonalnej, kawa ma właściwosci przeciwbiegunkowe . Jest polecana wszystkim, z wysokim poziomem złego cholesterolu, normalna kawa może go podnieść nawet o 2%. 

Dodatkowo, kawa z żołędzi z racji tego, że w 100g znajdziemy aż 510 kcal, dostarcza nam bardzo duo energii, w związku z tym wspomaga proces odchudzania i zalecana jest w dietach redukcyjnych. A wypita na czczo, pobudza i daje uczucie sytości.


Przepis na kawę z żołędzi

Żołędzie zebrać najlepiej pod koniec października. Zbieramy żołędzie zdrowe , bez dziurek w łupinkach  bez czapeczek, bo w tych prawie zawsze są robaki. 

Dowolną ilość żołędzi ( u mnie z 2,5 kg obranych , wyszło troszkę więcej niż 1,5 kg kawy ) podgrzewamy partiami w piekarniku w temp. ok 70', tłuczemy młotkiem i obieramy ( z podgrzanych, dużo łatwiej odchodzi łupinka, a wcale to nie jest miła i przyjemna robota )

Po obraniu wszystkich, myjemy dokładnie żołędzie i moczymy w misce z ciepła wodą przez noc ( na 2 litry ciepłej wody dodajemy łyżkę popiołu dębowego lub sody)

Rano odlewamy wodę i ponownie płuczemy.

Powtarzamy procedurę z wodą lub sodą, tym razem gotując żołędzie do miękkości.

Mokre, rozdrabniamy blenderem i rozkładamy cienką warstwą na blachach do pieczenia.

Suszymy w temp. 70' co jakiś czas mieszając ok. 1,5 godziny.

Po wysuszeniu żołędzi w piekarniku mocno rozgrzewamy patelnię i na suchej, prażymy żołędzie , co jakiś czas potrząsając , tak aby się nie spaliły.

Ponownie mielimy blenderem albo młynkiem do kawy.

Dodajemy ulubione przyprawy. U mnie to :
- kardamon w ziarnach,
- cynamon mielony,
- goździki,
- imbir,
- suszone pomarańcze
i przez pewien czas, trzymam świeże gałązki rozmarynu.

Parzenie kawy z żołędzi

Ponoć można wsypać kawę do kubka i zalać wodą, ale tradycyjne żródła podają, żeby po zalaniu wrzątkiem  pogotować kawę troszkę w tygielku bądź kubeczku (ok. 4- 7 minut ) , po czym przykryć na 10 minut spodeczkiem i dopiero wtedy pić. Ja osobiście po zalaniu jeszcze gotuję.

Smak kawy z żołędzi

Zarówno smak, jak i wygląd łudząco przypomina kawę. Z tym, że jest bardziej orzechowy, a po dodaniu przypraw aromatyczny. Pachnie i smakuje piernikiem, ciepłem i zapachem świąt. Jak dla mnie idealna w okresie jesienno -zimowym, pyszna, gorąca i rozgrzewająca, Dodatkowo słodzę ją syropem z mniszka lekarskiego. Ponoć równie wyśmienicie smakuje z mlekiem.


I na koniec, jak zwykle pragnę nadmienić, iż nie jestem lekarzem i nie mam w tym kierunku żadnego wykształcenia, a całą wiedzę zaczerpnęłam z dawnych książek oraz internetu. 
Pozdrawiam Was cieplutko, a jeśli zdecydujecie się na zrobienie własnej, to koniecznie dajcie mi znać jakie wrażenia, bo jestem niezmiernie ciekawa.



`

 


Jak zrobić swoją herbatę

poniedziałek, października 28, 2019

Jak zrobić swoją herbatę



Dlaczego warto robić swoją herbatę?

W związku z bardzo licznymi zapytaniami (o kurczę, jak to poważnie i formalnie zabrzmiało) o zioła, które suszę i o to co ja z tym robię, postanowiłam napisać oddzielny post. Może na początku o tym co nas truje, bądź też może truć, o ile dokładnie nie sprawdzimy składu naszych cudownych, pachnących herbatek. Z reguły podobno herbaty zawierają naturalne, bądź identyczne z naturalnymi aromaty. I tutaj raczej nie mamy się czego obawiać, no chyba, że kupujemy herbatę w torebkach. O kurzu herbacianym, który się w nich znajduje, słyszał już chyba każdy, natomiast nie każdy wie, że torebki do herbaty impregnuje się w żywicach syntetycznych, rozpuszczonych w alkoholu lub acetonie, później żeby były ładne i białe, moczone są w bielince, czyli zawierają w swoim składzie chlor, co przy regularnym stosowaniu powoduje znaczny uszczerbek na zdrowiu. Ponieważ torebki i nylonowe siateczki, nie są klasyfikowane jako produkty spożywcze, więc nie wymagają żadnych atestów...hulaj dusza. Ponad to, w składzie torebek występuje również epichlorohydryna, stosowana jako pestycyd. Przy kontakcie z wodą staje się niebezpieczna dla zdrowia powodując nowotwory, problemy z układem immunologicznym, jak również bezpłodność. Co prawda rozmnażać absolutnie się już nie zamierzam,więc jakby to  mi nie straszne, ale myślę, że dla większości osób może mieć to ogromne znaczenie. To tylko taki malutki smaczek, na wypadek gdyby nie starczyły nam pestycydy, którymi są regularnie opryskiwane herbaciane krzaki.

herbata, fermentacja, liście, maliny, drzewa-owocowe


Co zawierają aromaty spożywcze

A to dopiero opakowanie...całe dobro może, aczkolwiek nie musi, znajdować się wewnątrz. I tak mamy:
aromat waniliowy        - piperonal, służy również do tępienia wszy,
aromat wiśniowy         - aldehyd C 17, używany do produkcji gumy,
aromat orzechowy       - aldehyd masłowy używany jest do produkcji kleju kauczukowego,
aromat bananowy        - octan anylu znajduje zastosowanie jako rozpuszczalnik do farb olejnych,
aromat winogronowy  - antranilan metylu pozwala na produkcję barwników,
aromat ananasowy       - octan etylu wykorzystywany do garbowania skór,
aromat czekoladowy    - aldehyd C 18 do produkcji środków do mycia okien,
aromat truskawkowy   - octan benzylu wykorzystywany jest jako rozpuszczalnik.

filizanka, herbata, domowa-herbata, fermentacja,


Poza tym, producenci herbaty, do swoich upraw stosują pestycydy, które znacznie przekraczają dopuszczalne normy. Gdzieś w necie krąży takie bardzo fajne zdjęcie ludzi wyglądających jak kosmici, w maskach i kombinezonach, którzy jeden obok drugiego opryskują pola herbaciane. Wiedzę ową posiadłam szukając w internecie informacji na temat robienia własnej herbaty. I tak z przerażeniem w oczach przechodziłam od jednej strony do drugiej, a żołądek zaczął wariować...od samego czytania mdli. No to jak? Pijemy herbatkę? Ktoś ma jeszcze ochotę?


Oczywiście nie można dać się zwariować, tak naprawdę trują nas z każdej możliwej strony i nie sposób byłoby żyć, ale...świadomy człowiek, ma możliwość wyeliminowania większości szkodliwych rzeczy i zastąpienia ich czymś, co nam faktycznie będzie służyć, a nie sukcesywnie i powoli zabijać. Uwielbiałam herbatki, szczególnie te zimowe, z aromatem wanilii, cynamonu, pomarańczy ...  po przeczytaniu , nie piję już kupnej herbaty. Robię sama, testuję, zmieniam składniki i robię przeróżne mieszanki...metodą prób i błędów znalazłam swoje ulubione, aczkolwiek w dalszym ciągu poszukuję nowych smaków.

fermentacja-malina-liscie-malin-herbata-z-lisci-malin,jak-zrobic-herbate,autoliza

Baza do herbaty

Jako bazę, wykorzystuję z reguły liście malin, aczkolwiek z powodzeniem można wykorzystywać liście drzew i krzewów owocowych. Liście poddawane procesowi autolizy (jest to na ludzkie tłumacząc, rozkład żywych związków w każdej komórce po naruszeniu, rozerwaniu błon komórkowych, czyli po wygniataniu, szarpaniu i nadrywaniu) .Dzięki temu enzymy wnikają do wnętrza komórki i rozkładają znajdujące się tam substancje. Do bazy dodaję różne dodatki ( suszone owoce dzikiej róży, truskawki, jabłka, szałwię, cynamon, imbir, goździki, suszone pomarańcze, śliwki, wanilię, płatki i pączki róży, nagietka , bławatka, rumianku, liście poziomki... mieszanek mam mnóstwo i cały czas próbuję nowe, tak aż znajdę taką, która mi smakuje. Mam ulubione herbaty na każdą porę roku. Czyli moi Kochani zaczynamy..

Jak zrobić herbatę z liści malin

Zbieranie 

Jak wszystkie zioła, liście malin zbieramy wczesnym rankiem, w bezdeszczowy dzień, po opadnięciu rosy. Najlepsze właściwości mają podobno jeszcze przed kwitnieniem i zawiązaniem owoców, aczkolwiek różne źródła, różnie podają. Przyznam się szczerze, że ja zbieram nawet później, z racji ilości spożywanych płynów. Nawet o ile liście nie posiadają już tylu właściwości, to i tak są lepsze od tego co znajduje się w herbacianych torebkach. Skubię swoje maliny bez litości i myślę, że są nawet za to wdzięczne, gdyż krzak, bardziej wtedy koncentruje się na produkcji owoców. Tak więc po zerwaniu liści, zostawiamy je rozłożone w cieniu na parę godzin, aż do momentu kiedy przywiędną.

 Skręcanie

Wtedy zaczynamy mozolne skręcanie listków. Biorę po parę sztuk, i zwijam w dłoniach. Można również przepuścić przez maszynkę do mięsa i z pewnością jest szybciej, aczkolwiek wtedy herbata po zalaniu nie wygląda tak efektownie. Nigdy zresztą nie stosowałam tej metody, więc nie będę się wypowiadać. Skręcone listki układamy ciasno w słoiku, zakręcamy i wstawiamy do piekarnika.
sloje, zapasy, ziola,suszone-owoce, suszone-ziola
skrecanie,liscie-malin, herbata, jak-zrobic-herbate,ziola


 Autoliza ( fermentowanie, to podobno błędne określenie, którego jednak większość, ze mną na czele, używa)

Ustawiamy piekarnik z termoobiegiem na 40-50 st.C i wstawiamy zamknięte słoiki. Zostawiamy je tak mniej więcej na 2-3 godziny, po tym czasie sprawdzamy. Jeśli liście z zielonego, przybiorą zgniłozielony, lekko brązowy kolor to znaczy, że czas wyjąć słoiki.

Suszenie

Po wyjęciu liści ze słoika rozrzucamy je ponownie na papierze i suszymy. Proces przebiega zdecydowanie szybciej. Można suszyć również przy uchylonych drzwiczkach piekarnika w niskiej temperaturze, ok. 30-40 st.C. W momencie, kiedy wszystko będzie dobrze wysuszone, przekładamy do słoików, choć idealne byłyby drewniane skrzynki specjalnie do tego przeznaczone, gdzie herbata dalej fermentuje. W każdym razie zakładam, że nikt tylu skrzyneczek nie posiada. Ja swoje herbaty  , tak samo jak i wszystkie zioła trzymam w szklanych, zamykanych słojach.



Sposobów na fermentowane ( no bo przecież nikt nie będzie mówił autolizowane), herbaty jest wiele, kto ciekawy, może poszukać w internecie. Ja w każdym razie przedstawiłam Wam sposób, który sama od lat wykorzystuję. Kiedyś nie wkładałam do piekarnika, (kiedyś fermentowana herbata ) tylko naturalnie fermentowało, ale jest przy tym o wiele więcej zachodu i bardzo duże ryzyko dostania się pleśni. 
Tak więc moi Kochani sposób przetestowany wielokrotnie i nie ma prawa się nie udać. A herbaty są obłędne. Mięta przyrządzona w ten sposób bije na łeb, na szyję, taką którą ususzymy w naturalny sposób, pachnie i smakuje jak guma do żucia. Przede wszystkim cały ten proces wydobywa o wiele bardziej intensywny zapach.

 Liście malin, właściwości

Zawierają garbniki, flawonoidy, sole mineralne, witaminę C oraz kwasy organiczne. 

- ma właściwości przeciwutleniające, pomaga zwalczyć wolne rodniki, co z kolei ma zastosowanie w profilaktyce wielu chorób, ale przede wszystkim opóźnia proces starzenia!
- zmniejsza ryzyko zachorowania na nowotwory ( zdecydowanie za późno zaczęłam stosować)
- oczyszcza organizm z toksyn ( w obecnych czasach każdemu się przyda)
- mają lekkie działanie moczopędne
- wzmacnia odporność organizmu, co ma szczególnie zastosowanie w okresie jesienno zimowym
- obniżają ciśnienie krwi,
- ma działanie przeciwgorączkowe i napotne,
- działa rozkurczowo, łagodzi bóle menstruacyjne,
- pity regularnie poprawia przemianę materii,
- wzmacnia mięśnie macicy,
- działanie lecznicze przy nieżytach żołądka i jelit,
- przeciwdziała występowaniu biegunek
- stosowany zewnętrznie, leczy wypryski i trądzik .

Stosowane zewnętrznie liście malin mają działanie przeciwzakaźne, ściągające i przeciwbakteryjne.

Liście malin, przeciwwskazania

- ciąża zagrożona,
- ciąża mnoga,
- kobiety w ciąży powinny skonsultować picie naparu z liści malin, z lekarzem ( zwłaszcza w pierwszym trymestrze )
- u osób uczulonych na kwas salicylowy, może wywołać reakcję alergiczną, aczkolwiek bardziej tyczy się to owoców niż liści,
- w przypadku choroby wrzodowej, należy skonsultować z lekarzem.

jak-zrobic-wlasna-herbate,ziola, co-suszyc,


Jak stosować

1 łyżeczkę herbaty zalać szklanką wrzątku, odstawić na około 10 minut i pić 1-3 razy dziennie .

Naprawdę serdecznie polecam odstawienie kupnych herbat i robienie własnych. Zdrowo, przyjemnie i do tego mamy same dobre składniki, a skomponowanie własnej mieszanki, która wszystkim smakuje daje ogromną satysfakcję.

Pytanie

Jestem ciekawa czy tego typu wpisy się Wam podobają? Miałam dużo pytań na priv odnośnie tego jak wykorzystuję zioła i co ja tam wiecznie suszę, więc postanowiłam stworzyć odrębne posty dotyczące jedynie tego tematu. Zaznaczam, że nie jestem w tej dziedzinie żadnym ekspertem, a całą wiedzę zaczerpnęłam ze starych książek i internetu. Od wielu lat stosuję przeróżne mieszanki ziołowe, a im jestem starsza, tym bardziej zaczynam doceniać zdrowy tryb życia i niesamowite wartości jakie ze sobą niesie. 
Nie ma tu miejsca na moje przemyślenia, ot czyste, suche fakty, więc posty jakby niespecjalnie do mnie pasujące, takie, jak to kiedyś określałam...robocze, takie w stylu magicznego zeszyciku.
No to dajcie znać, czy chcecie, czy nie ?
Pozdrawiam Was cieplutko, z nad kubka parującej herbatki, bo chłodem ostatnio zawiewa.
O podrózach słów kilka i o tym, dlaczego zwiedzając Petrę trzeba się zaopatrzyć w tony jedzenia i butelki z wodą.

środa, maja 15, 2019

O podrózach słów kilka i o tym, dlaczego zwiedzając Petrę trzeba się zaopatrzyć w tony jedzenia i butelki z wodą.


Jak wiecie kocham podróże, nie powiem, że jak większość ludzi, bo jednak moje podróże i sposób w jaki spędzam wolny czas, niejednemu mojemu znajomemu spędza sen z powiek i mówi… wiesz co, bardzo cię lubię, ale już nigdy więcej z tobą nie wyjadę, no chyba, że do spa. No nie da się ukryć, że nie mam umiaru w niczym. Nie jestem absolutnie typem wylegującym się nad basenem, popijąjącym drinki z palemką pod parasolem plażowym. Moje podróże to tysiące przemierzonych kilometrów, miliony zużytych plastrów na odciski, to wieczny zachwyt nad wszystkim i pragnienie zobaczenia wszystkiego …bo przecież już tu nigdy nie wrócę, a tyle rzeczy trzeba jeszcze zobaczyć..I tym sposobem wstaję bladym świtem,a wracam do hotelu późno w nocy, by od rana powtórzyć wszystko od początku. Mało kto jest w stanie wytrzymać intensywność moich wyjazdów, stąd też mam niemały problem z doborem towarzystwa do podróży. Pan K wydawał się to wszystko nieźle wytrzymywać, nie mam pojęcia czy to z miłości do podróży, czy do mnie … grunt,że dawał radę i nawet zaryzykuję stwierdzenie, że mu się podobało. Wyjeżdżam, jak tylko mam taką możliwość, jak tylko uda mi się wyrwać parę dni urlopu, jak odłożę parę groszy, albo i nie…bo przecież w domu też jeść trzeba. Podróże są niskobudżetowe i choć na nadmiar gotówki nie cierpię, to jednak w tym wszystkim nie o to chodzi. Pamiętam pierwsze wakacje ze znajomymi. To była istna męczarnia zarówno dla nich, jak i dla mnie. No sorry, nie widzę powodów, dla których mam wyjeżdżać tysiące kilometrów, tylko po to żeby cały dzień moczyć tyłek w basenie, całymi dniami chodzić na rauszu, albo następnego dnia zdychać na kacu. Samodzielne życie zaczęłam bardzo wcześnie, mając 18 lat mieszkałam już sama… gdybym miała się ochotę nastukać, to spokojnie mogłabym to robić w domu i nie musiałam w związku z tym przemierzać pół świata.




Tak więc jako istota młoda, poszłam na kompromis i letnie wakacje spędzaliśmy zawsze sami, w gronie rodzinnym, natomiast na ferie zimowe jeździliśmy ze znajomymi, no bo na narty to nawet po całonocnej bibie się chodziło i większych problemów nikt z tym nie miał.  Podróże zawsze planuję sama,zaczyna się od miejsc w okolicy , które chciałabym zobaczyć, poprzez ceny, zniżki, menu restauracji w których mam zamiar być, wejściówki, ceny taksówek, generalnie wszystkiego co wiąże się z wydaniem jakiejkolwiek gotówki. Nie lubię być zaskakiwana i nie lubię przekraczać zaplanowanego budżetu. Jeszcze nigdy w życiu nie wyjechałam z biurem podróży, nigdy nie wykupuję też posiłków, które ograniczają mnie czasowo. Jeśli są to dłuższe wyjazdy, wtedy z reguły zmieniam miejsce zamieszkania codziennie, jeśli krótkie,  jedno lub dwudniowe, to ograniczam się do zwiedzania konkretnego miejsca i jego okolic. Nie było tych podróży bardzo dużo, ale jednak trochę zobaczyłam. Ponieważ ten rok spędzam w domu, z Księciuniem u boku i nic nie wskazuje nawet na to, żeby udało mi się wyjechać choć na dwa dni na działkę, więc postaram się podzielić z Wami hahaha …wspomnieniami. A tak zupełnie poważnie, to niejednokrotnie ludzie pytają mnie jak co załatwić, kiedy jechać, co zobaczyć i jak ja to robię za takie pieniądze. Sama zresztą również wertuję internet w poszukiwaniu ciekawych miejsc, cen, czy tego co po prostu warto zobaczyć, więc myślę, że takie podpowiedzi mogą się przydać, nawet o ile nie zostaną wykorzystane w całości, to jednak warto wiedzieć, co ciekawego można zobaczyć, gdzie i jak. Jak chyba każdy, kto kocha podróże, mam swoją listę miejsc do których za wszelką cenę chcę dotrzeć.








































Pierwszą podróż, którą odbyliśmy oddzielnie tzn. bez znajomych, była podróż do Włoch. Znajomi wyjechali z bardzo znanym w tamtych czasach biurem podróży. Umówiliśmy się na wspólne spotkanie na Etnie. Czas wyjazdu to 2 tygodnie. Koszt my zapłaciliśmy za 4 osoby ( 2 dorosłych i 2 dzieci) 8.000 zł, oni za 2 osoby dorosłe 9.700 zł. To tak w bardzo dużym skrócie. My przejechaliśmy całe wybrzeże Włoch, łącznie z Sycylią, parokrotnie w celu zobaczenia czegoś łał wbijając się w głąb lądu, odwiedzając mnóstwo pięknych i ciekawych miejsc, będąc w parku na Safari, bawiąc się w parkach rozrywki, a po drodze zaliczając Wiedeń, Budapeszt, dwudniowy pobyt nad Balatonem, Ljubljanę na Słowenii, oraz dla miłośników Sagi Ludzi Lodu, Postojną Jamę, w której ukrył się Tengel Zły. A znajomi… wywieźli ich nad morze tyreńskie, do którego niestety nie mieli jak wejść, bo fale były ogromne, a wybrzeże bardzo skaliste, posiedzieć też tam nie mogli, bo obok jedynego miejsca gdzie dało się dojść do morza stał kontener, do którego rybacy wrzucali resztki wypatroszonych ryb, których hmmm … zapaszek, wraz z morską bryzą docierał nawet do hotelu. Wracając z Sycylii zatrzymaliśmy się w tym hotelu na jedną noc, mocno nadwyrężając nasz budżet. Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka po zaopatrzenie. Po ulicy chodziły gangi i strach było patrzeć, co robią z samochodami, które stały obok, więc dla bezpieczeństwa Misiek został w aucie, a ja ze znajomym przemknęłam do sklepu. Wieczorem kąpaliśmy się w malutkim basenie i jedyny pozytyw tego wszystkiego, był taki,że moje dzieci po tygodniu życia bez telewizora obejrzały Pokemony….niestety po włosku. Tak … telewizja w hotelu była. Generalnie wyszło im dużo drożej, bo chcąc ruszyć się z tego zadupczyna, musieli wykupić dodatkowe wycieczki, niestety płatne i to wcale nie mało. Boziu … skroili ich nawet za wycieczkę na Etnę… chyba jedyne miejsce w całych Włoszech, które było darmowe… ba… był tam nawet jedyny, jaki udało nam się znaleźć w całych Włoszech, darmowy parking. Następnego dnia, bladym świtem pożegnaliśmy się bez żalu i wyruszyliśmy do Pompei. To tak w bardzo dużym skrócie, dlaczego podróżuję bez biur podróży. Oczywiście rozumiem ludzi, którzy wolą leżeć na plaży i czytać książkę, każdy ma swoje upodobania i spędza czas jak lubi. Ja…zdecydowanie wybieram wolność, nie wszystko chcę zobaczyć i nie wszystko mnie interesuje. Zdecydowanie bardziej cenię podróże pod względem widokowym. Krajobrazy i architektura jakoś bardziej do mnie przemawiają niż muzea i sztuka…, ja wiem ,że powinnam się tym zachwycać, ale jestem w tym temacie totalnym laikiem i szczerze mówiąc niektóre obrazy na Starówce w Warszawie, dużo bardziej mi się podobają, niż np. Mona Lisa, że o  Pablo Picasso nie wspomnę. No tylko nie krzyczcie na mnie, pamiętajcie, że każdy jest odrębną jednostką ludzką, ja może jakąś bardziej tępawą po prostu.  Ale nie zdzierżę jeśli coś chcę zobaczyć, a jakiś przewodnik każe mi iść dalej i pędzi ludzi jak stado owiec.



To,że moje podróże są niskobudżetowe, to nie znaczy, że nie bywam tam gdzie chcę. Potrafię kupić mnóstwo rzeczy taniej, aby zobaczyć czy też pójść do najlepszej restauracji albo wejść do upragnionego miejsca, za które muszę słono zapłacić. Tak naprawdę największe oszczędności mam na biletach lotniczych i hotelach. To nie znaczy,że nocuję w jakiś podłych warunkach, brudzie i syfie…no co to, to nie. Mało tego, moje miejscówki są zawsze w rewelacyjnych punktach, tylko często nie są pięciogwiazdkowymi hotelami, a malutkimi pensjonatami, bądź też szumnie zwanymi apartamentami. Jeśli jadę samochodem w grę wchodzą tylko i wyłącznie namioty, które kocham i uwielbiam. Jeśli mam możliwość wyboru zamknięcia mnie w czterech ścianach, a bycia cały dzień na dworze, do tego bardzo często z cudownym widokiem na wyciągnięcie ręki, to nie zastanawiam się ani minuty, w domu to mogę posiedzieć u siebie i też ładnie mam, no przynajmniej mnie się podoba.

A więc jak tanio podróżować po świecie? To nie my wybieramy miejsce, a miejsce wybiera nas. Jeśli mamy rozległe plany, to i tak z dużym prawdopodobieństwem znajduje się na naszej liście, więc nie ma różnicy czy pojedziemy tam teraz czy może za rok lub dwa … przecież i tak chcemy je zobaczyć, więc nie musimy jechać w konkretnym terminie. To samo niestety, co już dla większości może być pewnym utrudnieniem, stanowi termin. Szukamy…znajdujemy…jedziemy.. i tutaj ludzie pracujący w korporacjach, gdzie urlopy są planowane z dużym wyprzedzeniem, często są przegrani na starcie. Zdarzało mi się kupić bilety parę miesięcy do przodu, ale bywało i tak ,że trafiło się coś za tydzień lub dwa tygodnie. I jeśli nie możemy w tym czasie wziąć paru dni wolnego, tracimy okazję. Pozostaje wierzyć, że tą stratę, wynagradzają nam zarobki, więc nie musimy przejmować się cenami biletów, choć ja z założenia nie znoszę przepłacać, w momencie kiedy mam świadomość, że mogę coś kupić dużo taniej.










































I właśnie tym sposobem do Budapesztu w dwie strony pojechaliśmy wygodnie Polskim Busem za całe 39 zł.,ale już za lemoniadę podawaną wedle dawnej receptury w New York Cafe, uznawanej za jedną z najpiękniejszych i najwytworniejszych kawiarni na świecie, zapłaciłam dużo więcej niż cena podróży w obie strony. Do Pragi koszt był jeszcze niższy, zaś do Gdańska lecieliśmy samolotem, co prawda na jeden dzień, ale za to za 9 zł od osoby… szczerze mówiąc wsiobus do Warszawy w tą i z powrotem kosztował mnie więcej, a mam jedynie 6 km. Za Jordanię zapłaciłam 316 zł od osoby … czyli po 158 zł w jedną stronę… -taksówka z lotniska w Modlinie do Warszawy kosztuje podobnie, a i tak wyszło drogo, bo w momencie kiedy wisieliśmy na telefonie ustalając czy damy radę urlop w tym czasie wspólnie wziąć, ceny biletów wzrastały z minuty na minutę. I tutaj mówię o wszystkich opłatach , a nie tylko o cenie biletu… a wiadomo… dochodzi bagaż, jakieś pierwszeństwo wejścia na pokład, wykup miejsc, opłaty lotniskowe itd. Izrael wyszedł jeszcze taniej. Nie chcę Was teraz zanudzać cenami, może napiszę o tym już przy konkretnym poście, ale to fakt niezaprzeczalny, że świat można zwiedzać za tzw. psie pieniądze. Nie biorę nigdy bagażu rejestrowanego, nawet na dwa tygodnie bagaż podręczny musi mi wystarczyć i nie mam naprawdę żadnego problemu, żeby spakować ubrania na każdy dzień i na różne okazje.Wiadomo, że nie pójdę w dżinsach do eleganckiej restauracji czy też muzeum, dlatego zawsze mam ze sobą oprócz ubrań sportowych, również szpilki i sukienki. Wszystko jest tak naprawdę kwestią dobrej organizacji i umiejętności pakowania, a w tym jestem po prostu, bez przechwalania się, miszczuniu! Po powrocie i tak zawsze się okazuje,że paru ubrań nawet na siebie nie włożyłam i że spokojnie mogłabym zabrać jeszcze mniej. Z takich bardzo ogólnych rzeczy, warto może jeszcze dodać,że tam gdzie jest naprawdę ciepło jeżdżę w listopadzie i w grudniu, czyli w tzw. niskich sezonach, co daje zdecydowaną przewagę cenową, ale niesie ze sobą również niewielkie ryzyko brzydkiej pogody, choć tak naprawdę wiele zależy od miejsca. Jak dla mnie zwiedzanie przy 20 / 25* jest optymalne, wyższe temperatury nie zachęcają jakoś specjalnie do  dłuższego chodzenia. Oprócz cen i zdecydowanie lepszych do funkcjonowania temperatur, zimowe miesiące mają zdecydowanie tą zaletę, że jest o wiele mniej ludzi. Nie ma tłumów, więc można faktycznie coś zobaczyć, a na szlakach chodzi się podziwiając widoki, a nie cudze tyłki, tak jak to ostatnio miałam okazję oglądać, przy wejściu w lipcu na Gubałówkę. Jeśli chodzi o jazdę autokarami, samochodami, samolotami, statkami czy czym tam jeszcze się podróżuje, to jak widzicie na zdjęciach, jestem mało wymagająca. Usypiam zawsze, wszędzie i w każdej pozycji, w związku z tym staramy się podróżować po nocach, tak aby nie tracić nic z kolejnego dnia. Często bezpośrednio po podróży jechałam z lotniska czy też z dworca prosto do pracy.




Szczerze mówiąc chciałam w jednym poście napisać dużo więcej, a przynajmniej taki był zamysł, żeby o Petrze tu jeszcze napisać i o tym dlaczego trzeba taszczyć to wszystko ze sobą, no ale wstęp…jakoś się wydłużył, więc chyba napiszę rozwinięcie innym razem. Jak część osób pewnie już wie, posiadam również profil na IG. Za każdym razem kiedy dodaję zdjęcie, bardzo blokuje mnie… opis, który powinnam dodać. Czytam te swoje żałosne wypociny i litość mnie normalnie ogarnia, bo ja nie umiem tam napisać nic … miłego dnia Kochani, dobranoc Kochani, pada deszcz lub nie pada…i chyba powinnam się do tego ograniczyć, bo nawet jak pada deszcz, to ja od razu mam tysiące przemyśleń i od razu chciałabym dodać mnóstwo rzeczy na temat tego deszczu, że powinien padać, bądź też nie, że ogród, że zwierzęta ,że susza i globalne ocieplenie, że rośliny mi usychają, a jak usychają no to mamy problem, bo podlewać nie mogę i że w taką suszę to nawet ja bym zaczęła podlewać, czego nigdy nie robiłam, no ale teraz to bym zrobiła, żeby nie uschło, a nie mogę bo woda ze studni mi ucieka i dla nas ledwo starcza, no a jak jej brakuje, to z kolei w domu jest też problem..i tu pewnie zaczęłabym opisać o ciężkim życiu bez wody …a tam nie ma miejsca! Masakra jakaś, czytam opisy ludzi pod innymi zdjęciami i zastanawiam się jak oni to wszystko potrafią sprytnie ująć w paru zdaniach i że sens to ma i logika jakaś w tym jest…i wiecie co…czuję się jak imbecyl. Bo ja muszę z siebie wypluć tysiące słów, często sama zapominając o tym co chciałam na początku powiedzieć, bo przecież wątki poboczne są tak ważne, że w rezultacie zapominam o meritum sprawy… I cóż mogę powiedzieć więcej, oprócz tego,że się nie zmienię, że dużo gadam o wszystkim i na każdy temat. No może jeszcze zdradzę wam w tajemnicy,że im jestem starsza, tym zdecydowanie mniej mówię, więc można by powiedzieć,że dzisiejszy wstęp do postu, jest zdecydowanie krótszy, niż byłby kiedyś. Progres Kochani, miejmy nadzieję,że za parę lat będzie jeszcze lepiej.

Poza tym w dalszym ciągu mam potworny problem z blogiem. Pomijając ilość spamu, znikają mi Wasze komentarze, czasami jest tak,że widzę na komórce, wchodzę i nie ma już nic... oczywiście oprócz spamu. Mało tego, opublikowałam pod poprzednim postem parę komentarzy i ...zniknęły...już ich nie ma. Nie mogę sobie poradzić z dodawaniem zdjęć, wychodzi fatalnie, nierówno,nie mogę zmienić miejsca rozmieszczenia, a całą resztę postów na blogu po prostu delikatnie mówiąc mi rozwaliło, tak że wygląda to masakrycznie. Dzisiaj cały boczny pasek przerzuciło mi na sam dół...chyba się zestarzałam, bo naprawdę brakuje mi już cierpliwości. Dzieją się tutaj tak dziwne rzeczy,że zastanawiam się czy przypadkiem znowu ktoś mi się nie włamuje. Jeśli ktoś miał podobnie i jakoś sobie z tym poradził, bardzo proszę o kontakt...dzisiaj ze złości o mało już nie skasowałam wszystkiego.
Miałam zamiar publikować posty w miarę regularnie, ale to co się dzieje, ilość czasu jaki poświęciłam, żeby umieścić zdjęcia ...to mnie przerasta.
Pomimo wszystko życzę Wam cudownego dnia.


Marcepanki z kaszy manny i sernik na zimno w pucharkach

niedziela, marca 06, 2011

Marcepanki z kaszy manny i sernik na zimno w pucharkach

Przede wszystkim chciałam Wam bardzo podziękować za głosowanie i choć nie ukrywam, że z wielkim żalem, to jednak wracam do poprzedniego szablonu.

A ponieważ sobota i niedziela upłynęła nam pod znakiem obżarstwa, więc poniżej na zdjęciach, moje małe kuchenne eksperymenty.

Po pierwsze : marcepanki z kaszy :).

Za udostępnienie przepisu, chciałam bardzo podziękować Brygidzie .Zrobiłam co prawda nie z kilograma kaszy, a z połowy, za to jakoś wódki za dużo chyba mi się dolało, bo podejrzanie wesoła jestem, po zjedzeniu zaledwie paru sztuk:). Dla zainteresowanych : przepis znajduje się w pod postem z dnia 1 marca. Ponieważ ostatnio jakoś tak mnie wzięło na pastele (chyba, po moim “pastelowym inaczej” pledzie, czuję zdecydowany niedosyt delikatnych barw ),polewa jest z białej czekolady, barwiona sokiem malinowym. Żeby marcepanki ładnie się prezentowały, dorobiłam na cito, pudełeczko w różowe kropeczki. I tak się zastanawiam czy Wielkanoc w tym roku nie będzie pastelowa ?

IMG_0350-1IMG_0340-1 IMG_0348-1IMG_0344-1

Po drugie : sernik na zimno.

Dokładnie taki, jaki wszyscy znają, a jednak inny, bo podany w szklankach :) Efekt jest zaskakujący, robi się szybciutko, więc myślę, że warto :)

Na 6 pucharków o pojemności 320 ml, potrzebujemy 4 serki homogenizowane waniliowe i 2 galaretki. Ja użyłam cytrynowych, bo innych nie miałam i barwiłam szafranem, sokiem malinowym i kawą inką- rozpuszczalną. Po rozpuszczeniu i lekkim ostudzeniu galaretki, mieszamy z serkami i wlewamy po jednej ściance do pucharka, wstawiamy pod odpowiednim kątem,do wcześniej przygotowanych pojemników i do zamrażarki, do momentu, aż się lekko zetnie, po tym czasie wlewamy drugi kolor i tutaj o ile nie mamy za chwilę gości, możemy wstawić już normalnie do lodówki. W ten sam sposób można przygotować mus czekoladowy i dopełnić bitą śmietaną, albo zrobić tęczową galaretkę z większej ilości kolorów, na przyjęcie dla dzieci.. no ogólnie dużo można zrobić :)

IMG_0300-1IMG_0317-1IMG_0324-1IMG_0305-1IMG_0286-1IMG_0293-1IMG_0284-1IMG_0277-1

Na stanie magazynowym pozostało 14,5 kg kaszy. Jutrzejszy dzień ogłaszam: dniem bez kaszy :))) Będą mielone kotlety- z mięsa !




Nostalgiczna podróż w czasie

piątek, lutego 18, 2011

Nostalgiczna podróż w czasie

 Ponieważ wczoraj nie działała po południu klawiatura i nie mogłam pisać, a ja sukcesywnie nadrabiam blogowe zaległości, więc wpadłam z wizytą do Alizee:) Wpadłam i to w dokładnym tego słowa znaczeniu, bo zobaczyłam piękne peonie, które to: już, natychmiast, oczywiście w bliżej nieokreślonym celu , musiałam mieć :)


Znaczy się cel znalazłam, mówię do dziewczyn:
- Po co mi właściwie te peonie?
-No a skąd mamy wiedzieć, Ty zawsze musisz coś robić!  Widocznie dzisiaj peonie.
I tu spłynęło olśnienie!
- Madzia, jak zaczniemy robić hurtowo i pakować w kartony, to będą w sam raz na Twój ślub i wesele! – wrzasnęłam wniebowzięta, a musicie wiedzieć,że plan mam ambitny, no właściwie, to Magda ma taki plan, że wesele to ja jej zrobię sama. Znaczy się wszystko, i jedzenie i dekoracje i do tego u nas w ogrodzie :)
Madzia spojrzała się na mnie jak na wariatkę i mówi:
- Kobieto, Ty wiesz za ile to lat będzie?
- No i właśnie dlatego powinnyśmy zacząć teraz robić, to akurat zdążymy,żeby dużo było!
-Prędzej doczekasz się wnuka niż zięcia.
- No , nie powiem ,żeby mnie to jakoś specjalnie martwiło. To będą na chrzciny! Też pasują!
Madzia, mając na względzie odległą perspektywę ślubu własnego, stwierdziła ,że robić nie będzie. Nurka po namyśle jedną zrobiła, żeby wkład w przygotowania weselne siostry też mieć. Ja zrobiłam 6  i mi mało :))))) Bo ładne!

IMG_9858-1 IMG_9881-1

Dawno , dawno temu…………. , kiedy to w sklepach niewiele było, a przedszkola wykazywały spore braki w zaopatrzeniu,w materiały, pozwalające dzieci na przyszłych artystów wychować, nauczyciele rwali sobie włosy z głowy,co też wymyśleć, żeby  ładnie było, estetycznie i do tego ciekawie. No, bo ja się pytam jak niby kwiatki zrobić w pastelowych, delikatnych kolorach, jak krepina ,aż waliła po oczach, a do tego była w ilościach śladowych! Krepiny mało było, ale papieru śniadaniowego w kuchni zawsze dużo, bo na pikniki się chodziło, na wycieczki jeździło. Więc zabierałam z kuchni papier i robiliśmy przeróżne rzeczy, po prostu go farbując, tymi nędznymi resztkami krepiny, walącej po ślepiach :) I robiliśmy właśnie takie peonie :) Dzięki Alizee, nawet nie wiesz jaką mi radochę sprawiłaś swoim postem- już dawno o nich zapomniałam,! A do tego jak zaczęłam robić, okazało się ,że Nurka też takie robiła, parę dni temu w szkole, na bal, tylko nieużytek nic nie wspomniał wcześniej! Po dokładny opis, wpadnijcie do Alizee, ona Was poprowadzi dalej:) A ponieważ ja również uwielbiam peonie, takie delikatne, różowe, więc farbowałam papier.

IMG_9861-2  IMG_9859-1
IMG_9869-1 IMG_9878-2

A dla zainteresowanych farbowaniem papieru, to robię to tak: po zrobieniu kwiatka, bierzemy kawałki krepiny, bądź bibułki, we wściekłym, czerwonym kolorze, i idziemy z tym do zlewu. Moczymy krepinę i delikatnie wyciskamy na płatki i pomiędzy , kwiatek wsadzamy pod bieżącą wodę ( mały strumyczek ) i spłukujemy nadmiar farby.Tak postępujemy, aż do uzyskania pożądanego efektu. Nie wiem, być może w tej chwili jest już bibuła w takich  pastelowych odcieniach i nie ma potrzeby farbowania, ja w każdym razie takiej nie miałam, a kwiatki zobaczyłam wieczorem, więc do rana,żeby pójść do sklepu, bym nie wytrzymała.

IMG_9873-1 IMG_9881-1

Dotykając mokrą krepiną płatków, na końcu tworzą się ciekawe wzorki. Po zakończeniu pracy, wkładamy kwiatki do piekarnika i suszymy. Ja “piekłam  “ w temperaturze 200 stopni z termoobiegiem, ale w przedszkolu termoobiegu nie było na pewno, więc też można :) Trzeba tylko kontrolować, żeby się nie przyrumieniły :) 
IMG_9845-1
Nadrabiam zaległości, piszę posty jak wściekła, bo czuję,że juz niedługo nastąpi znowu śmierć kliniczna, mojego komputera. Znowu się wyłącza, zrzuca pamięć, nie działa w zależności od pory dnia, albo myszka, albo klawiatura, więc jak zniknę na dłużej…znaczy się- padliśmy w boju.
Buziaki przesyłam i  żegnam się z Wami - lecę piec eleganckie ciasteczka, bo dzisiaj mam gości
Copyright © Utkane z marzeń , Blogger