niedziela, października 07, 2012
Pracowity tydzień
Nie da się ukryć,że w tym tygodniu zmobilizowałam resztki sił. Na pierwszy ogień poszły pomidory. Te suszone w oliwie, zostały mi jeszcze z ubiegłego roku, więc tym razem w słoiki , zapakowałam przeciery pomidorowe, na zupki i sosy. Zostałyśmy z Tosią same w domu - dziecko nie mając wyjścia, brało czynny udział w przygotowaniach do zimy. I dobrze- już ja ją nauczę :)
Wchodzę , któregoś dnia do domu, Magda odwrócona do mnie plecami zmywa i słyszę , jak monologuje do Tosi:..wiesz co dziecko, Ty, to biedne będziesz! Musimy biegiem pozmywać, bo babcia jak wróci, to zawału dostanie i znowu powie ,że w domu syf i śmierdzi:) Ha, ha, ha… już babcia wychowa Cię na swoją modłę…zobaczysz. Drugi raz nie popełni tego błędu co z nami ( znaczy się z nią i Nurką – brudasy paskudne! ).Tak, tak kochana…zobaczysz…króliczki będą musiały stać, stać zaznaczam- nie leżeć! w koszyczkach, ustawione kolorystycznie..bo wiesz, u babci to tak musi być, nawet w szafach wszystko wisi od najjaśniejszego do najciemniejszego. Tak moja droga, już Cię babcia wytresuje, a spróbuj tylko później nie odłożyć na swoje miejsce zabawek, albo wsadzić lalkę do koszyczków z króliczkami…oj to się nasłuchasz, że nieestetycznie, a fuj! Hmmm…biedne Cię życie czeka w tym domu, no ale babcia nie powtarza dwa razy tych samych błędów, więc Tobie na pewno się już nie upiecze- my miałyśmy jeszcze szczęście, bo babcia dzieciństwo nam chciała przedłużyć, ale jak zobaczyła co z tego wyszło, to więcej już tak nie zrobi, na pewno:) No chyba,że wdasz się w mamusię, nie daj Bóg i wtedy będziesz słyszała, że Twoje dzieci będą latały brudne i zasmarkane ze skórką chleba w dziobie, a że babcia nie będzie się mogła na to patrzeć, to powie, że won…jak nie potrafisz porządku utrzymać, to pod most Grota idź mieszkać!! Bo jak się mieszka w tym domu, to należy dostosować się do panujących tu zasad- a zasady…sorry maleńka- ustala babcia! Musi lśnić- bo inaczej jest ciężko chora. Nic to,że z pracy wraca po nocy, ale po co usiąść i odpocząć,nieee…no przecież nie można siedzieć , jak w domu jest taaaakiii chlew! Wieczorem nie pójdzie spać, jak w zlewie coś zostanie, bo wtedy śnią się jej pewnie horrory przez całą noc…he, he ( małpa jedna, wredne dziecko!), a bladym świtem przecież trzeba wstać, nieważne ,że sobota..godzina szósta babka okna myje…he, he,he …nie można długo spać, bo przecież tyle rzeczy trzeba zrobić! Wiesz Tosiu- jakby komuś przeszkadzało, że buty nie stoją piętami do ściany, ha, ha, ha..! Po co odpoczywać, – nieee, Twoja babcia jest jak robocop! Oj bidulko ty moja, zobaczysz, zobaczysz…Trzeba się bardzo uodpornić,żeby tu mieszkać, bo inaczej czujesz się jak leń i wieczny wyrzut sumienia! Ha, ha…babcia z napędem atomowym:)
No nie wiedziałam , czy śmiać się, czy płakać. Miałam ochotę podejść i sieknąć w blond czerep, ale dotarło do mnie,że choć z deczka cynicznie, to jednak prawdę mówi, to dziecko moje wyrodne :)Tosi oczy robiły się jak pięć złotych, słuchała bardzo uważnie i chyba rozmyślała nad swym zmarnowanym dzieciństwem ze szczotą i ścierą w ręku.
Ale ostatnio przeżyłam szok! Magda błagała, prosiła, jęczała i nalegała, co bym się od szmaty oderwała i na piknik rodzinny z nią poszła. No mowy nie było! W weekend muszę przecież zrobić tyle rzeczy!
- No mamuś proszę…ja rodziny już nie mam , bo Ty tylko pracujesz, albo sprzątasz, albo gotujesz…a my???
– Możecie posprzątać ze mną,. nie widzę problemu! Rodzinnie!
- Oj mamuś, Ty już mnie nawet nie całujesz- tylko Tośkę. Matkę straciłam! Proszę chodź!
-Jakbyście w tygodniu sprzątały, to nie musiałabym tego robić w sobotę i niedzielę, i mogłabym z wami wychodzić.
-Obiecuję..posprzątam wszystko , tylko wyjdźmy teraz.
Popatrzyłam na ten chlew, szybko w myślach przeanalizowałam co należałoby zrobić, a czego na pewno nie zrobię, jak zdezerteruję teraz z domu, popatrzyłam na wlepione we mnie błagalnie oczy i stwierdziłam, a co tam, raz się żyje, w końcu posprząta Madzia!
W poniedziałek wróciłam po pracy do domu i aż mnie szarpnęło z oburzenia! W domu syf, chlew i śmierdzi !!!!No ja już nawet siły nie mam powtarzać, prosić, mówić, tłumaczyć! No nie jestem kurde robocopem, wbrew opinii większości znajomych. Człowiekiem jestem kurde, starym już – babcią nawet! Stwierdziłam, że trudno, że już nie dam rady i w pierwszej chwili pomyślałam nawet,że się wyprowadzę, w drugiej chwili- przyszło otrzeźwienie, no bo dojazdy do pracy z działki, wyszłyby bardzo kosztowne. Trzecia chwila wywołała na mym pysku wyraz uprzejmej zawziętości i totalnego olewania pospólstwa zamieszkującego mój dom. Syknęłam uprzejmie “dobry wieczór” i poszłam do sypialni myśleć.
Doszłam do wniosku, że ja już faktycznie nie mam siły walczyć z tymi potworami,że skoro zgraja brudasów,zaanektowała mój dom…pozostaje mi tylko sypialnia i biuro! Już w myślach zrobiłam przemeblowanie, doszłam do wniosku,że kupię wycieraczki do swoich pomieszczeń, że będę sprzątać i odkurzać tylko u siebie,wstawię do sypialni stolik i fotele dla gości, zrobię sobie małe , przytulne gniazdko, a cały dom niech zarasta kurzem i brudem! Nowy pomysł zrosiłam rzęsiście płynącymi łzami, zobaczyłam mój dom za dwa tygodnie, za miesiąc… zarastający brudem i pajęczynami, w zlewie zaschnięte naczynia, klamki powyłamywane , podłoga porysowana, dywany tak brudne ,że aż ich nie widać, przez okna przenika zaledwie wąski promyk światła…… łzy lały się wartkim strumieniem…no bo szkoda…tyle serca w to włożyłam! Później zobaczyłam gości, którzy do mnie przychodzą i muszą przegarniać nogami cały ten syf, zalegający na glebie, tylko po to ,żeby się dostać do brudnej łazienki…okay…jeszcze tylko sanitariaty będę myła- pomyślałam…no bo przeca wstyd jak ktoś przyjdzie! Moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach…siedzimy tłumnie w sypialni, jest miło, przytulnie..pijemy kawkę i wino, jemy przepyszne babeczki, ale…zaczyna do mnie docierać smród…o mój Boże…szybko uszyłam wałki na podłogę pod drzwi i rozstawiłam zapachowe świece! Nawet nie wiem kiedy zmorzył mnie sen. Rankiem na twarz przywołałam wyraz obrzydzenia , do otaczającego mnie świata , Magda pyta…mamuś, o co ci chodzi…syknęłam jedynie : śmierdzi…i wyszłam do pracy. Jak już nie wyzywam od brudasów, chlewiarzy , jak nie karzę się wyprowadzać pod most..to znaczy ,że miarka się przebrała i jest faktycznie bardzo źle! Mojego milczenia, boją się najbardziej!
W pracy cały czas myślałam o moim nowym mieszkaniu, w moim starym domu. Przenosiłam meble, przestawiałam…niemały problem miałam z pieczeniem ciast…no bo niby jak w takich warunkach! Obiady stwierdziłam,że będę jadać w pracy, a im niech żołądki, przyrastają do krzyża. Jedną szafkę przerobiłam na podręczny kredensik i wstawiłam do niej czyste talerzyki, szklaneczki i sztućce dla gości. Byłam tak pochłonięta swoimi myślami, że nawet jednej pani powiedziałam, że tak absolutnie nie może być! Pani na to grzecznie,” przepraszam, nie udzielacie już kredytów?” Ale kicha!
Wróciłam do domu, lekko podbudowana nowymi perspektywami i nowym ładem świata.W drzwiach wita mnie Magda, pod nosem cały czas czuję nieprzyjemny smrodek dobywający się z części domu, niezamieszkiwanych przeze mnie, Madzia macha rękami nagarniając powietrze w swoją stronę i głęboko je wdycha. Czubek jeden, se myślę – zobaczysz jak tu będzie śmierdzieć za parę dni! Wchodzę do kuchni- a tam lśni…do salonu- tak samo…No lśni - lśni…jak one posprzątają, to tak zawsze po łebkach, a teraz faktycznie jest tak, jakbym to ja sprzątała.Magda się śmieje i mówi..oj mamuś..będziemy już sprzątać, tylko się nie gniewaj. Resztkami sił udaję oburzenie i mówię, że nie wystarczy posprzątać, trzeba się w końcu nauczyć odkładać na miejsce, bo ,jak się nie sprząta na bieżąco, to….i zaczynam wywód, za plecami słyszę…bla, bla, bla, bla…widzisz Tosia- teraz będzie tak bez końca- a nie mówiłam :)
Tak więc moi drodzy, zostałam dalej w swoim domu. Tak jak mnie przechodzi szybko złość, tak samo moim dzieciom chęć do dotrzymywania obietnic. Wieczorem Magda zostawiła na stoliku kubek, pod telewizorem ubranka Antosi, na stole pieluchę ! U Nurki na podłodze leżą “wyrzedzone” włosy- czy ktoś na litość boską słyszał o wyrzedzaniu włosów????Kiedyś się włosy cieniowało! Ale Nurek uparcie twierdzi,że teraz się wyrzedza! A ona wyrzedza i wyrzedza…codziennie- prawie od pół roku! Nie mogę się nadziwić,że jeszcze coś ma na tej głowie, bo ileż można tego wycinać! Ale twierdzi,ze ma za dużo. Świat głupieje- kiedyś było fajnie mieć gęste włosy, teraz najwyraźniej musi,że jest na odwrót!
No więc mówię,że znowu nie odkładają na miejsce..Madzia mówi, oj poprawię się mamuś- obiecuję, Nurka warczy ( wiek dojrzewania ma to do siebie,że dziecko generalnie wydobywa z siebie mało artykułowane i przyjemne dla ucha dźwięki )- komu przeszkadzają wyrzedzone włosy w moim pokoju?!!! Mnie kurde, mnie przeszkadzają, a Twój pokój , to będzie jak sobie mieszkanie kupisz, póki co to jest MóJ DOM, a póki w nim mieszkasz, to masz się przystosować do ogólnie panujących tu zasad! Za plecami słyszę…bla, bla, bla, bla…. wszystko wróciło do normy:)
We wtorek, upiekłam dla Mamy tort, we względnie przyzwoitych warunkach, w środę pojechałyśmy na urodziny, czwartek i piątek …jakoś zleciał, bez większych burz..sobota i niedziela, oczywiście posprzątam :)Zobaczymy jaki będzie przyszły tydzień.
Pozdrawiam Was cieplutko
czwartek, grudnia 22, 2011
Coraz bliżej święta
…a ja w lesie :) A tam, żeby chociaż w lesie, to ładnie by było. Dom wygląda jak po przejściu tornada, kartony z ozdobami, mieszają się na przemian z workami buraków, ziemniaków i marchwi..jabłka leżą w ogromnych worach, psy pętają się pod nogami,koty skaczą po blatach w kuchni, usiłując uszczknąć z tych świąt cokolwiek dla siebie. A ja…..
nie mam dosłownie nic…no może perę batoników, które zostały po zrobieniu wczorajszej paczki dla Nurki do szkoły. Kuchnia…o ludziki, ze wstydu bym się chyba spaliła, gdyby ktokolwiek dzisiaj tu wszedł. Ponieważ z kciukiem dalej cienko, więc wczoraj nawet nic nie zmywałam..gary z zaschniętą polewą czekoladową,gary ze skrystalizowanym już karmelem, pędzle zamieniły się w lizaki, a mnie ogarnia rozpacz…no rozpacz, to może przesada, ale nie bardzo wiem od czego zacząć.
Chyba na początek zjem śniadanie i ułożę plan:) Bez tego nie da rady, bo ja w bałaganie natychmiast się gubię i nie wiem od czego zacząć…a sajgon mam jak mało kiedy! Tak więc pora zabrać się do uczciwej roboty, a nie zdjęcia robić :)
Dzisiaj wrzucam turbodoładowanie!
Pozdrawiam Was cieplutko i życzę miłych przygotowań do świąt!
niedziela, października 23, 2011
W żółtych płomieniach liści
Plany,plany , projekty…kładę się spać- myślę, jadę do pracy- myślę, wracam- rysuję, planuję…przyszłość. Moją, Marcina, dzieci. Cokolwiek robię, w głowie kłębią mi się tysiące myśli…znam ,aż za dobrze ten stan, taką gonitwę miałam jeszcze w Warszawie,kiedy zaczęłam planować zakup domu na wsi.Niestety teraz od planu do realizacji długa droga , ale ja jestem cierpliwa, zawzięta i wytrwała. Wszystko co do tej pory zaplanowałam- zrealizowałam.Moje życie to jeden wielki plan. Zastanawiam się tylko czy nie jest już za późno, czy dam radę, czy starczy mi sił…i co będzie , jak mnie nie będzie..oni sami nie dadzą rady. Co będzie jak rozgrzebię to wszystko i zabraknie czasu? Człowiek całe życie zmierza się z tysiącem dylematów, czasami trudno jest podjąć decyzję. Ale wiem,że jak nie spróbuję, to cały czas będę się męczyć. A plan jest wielki i zakrojony na ogromną skalę…znowu ryzykuję naszą przyszłość.
Aparat ponownie ducha wyzionął…chce mi się wyć ze złości- jest to samo, nie łapie ostrości, nie ma podglądu…:( Biednemu wiatr w oczy..Jutro “idzie” do serwisu, więc znowu pewnie zniknę na jakiś czas..ostatnio trzymali miesiąc.W listopadzie kończy mu się gwarancja, chciałabym wymienić na nowy, ale pewnie nie da rady. To już druga naprawa i jak pozostanę przy tym egzemplarzu, to czuję,że na tym się nie skończy.
Więc żegnam się z Wami , nie wiem nawet na jak długo, w związku z tym buziaki posyłam w wirtualną przestrzeń.
środa, października 05, 2011
(… ) Ty chcesz jesieni pełnej słońca,
Z wiatrem, który liście strąca,
Choć za chwilę Cię przykryje śniegu zimna biel.
I życie ciężko jest odmienić,
Wśród szarych dni i serc kamieni,
Zapytaj się człowieka obok,
Może on coś wie (…)
Krzysztof Daukszewicz
Za oknem piękna jesień, a ja jestem chora. Wczoraj wróciłam od lekarza, przez przypadek trafiłam do innego i okazało się,że mam bakteryjne zapalenie płuc- cokolwiek to znaczy. Oczywiście nowe antybiotyki i znowu ta sama apteka. Stałam prawie godzinę, a po dojściu do okienka, okazało się,że zapomnieli przystawić pieczątki. Tym razem nawet nie padłam z wrażenia. Następnego dnia, pojechałam do przychodni i wracając, odstałam znowu co swoje w aptece, usłyszałam “150 zł, proszę “ i znowu nie padłam! Do wprawy dochodzę, jak nic. Ale moja cierpliwość ma granice- 5 tygodni chyba starczy! Jak teraz mi nie przejdzie i będę dalej się dusić po nocach, to chyba kogoś nastukam normalnie!
Dom jak widać na powyższych zdjęciach- zarasta- żeby wejść do środka, trzeba rozgarniać dzikie wino:) Już nie pomoże miecz księciunia z bajki, teraz trzeba będzie chyba, tylko z maczetą. Ostatnio w “dzikie plącza” zaplątał się, Pan z elektrowni i szpetnie bluzgał pod nosem. Przy furtce, dzikie wino owinęło mu nogi –i znowu bluzgał, już nie tylko pod nosem, a ponieważ również, bluzgał szpetnie, całą drogę do wyjścia, więc mogę się jedynie domyślać, że zaatakowały go “dzikie plącza” ze ściany domu. Opatrzności dziękuję,że mnie akurat nie było, bo moje dzieci , jakoś zdecydowanie mniej wstydliwe , a Magda , miała ubaw po pachy, jak mi opowiadała, jak chłopina rzucał się i machał rękami:).
Wracając od lekarza, w samym centrum Warszawy, odkryłam cudowne jabłonki,całe obsypane rajskimi jabłuszkami. Co prawda,jeszcze trochę niedojrzałe, ale ponieważ do lekarza,żeby nie wiem co, nie zamierzam się znowu udać, w związku z tym, nie będzie mnie tam, jak dojrzeją, więc korzystając z niepowtarzalnej okazji,napchałyśmy z Madzią pełne torebki. I teraz siedzę sobie w ogrodzie, jest tak fajnie, mgliście i listopadowo, ale bardzo cieplutko i bawię się jabłuszkami i mogłabym tak siedzieć i siedzieć i chorować w nieskończoność, byleby tylko nie kasłać :)
Pozdrawiam Was cieplutko
niedziela, września 25, 2011
… w jesienną głogów czerwień, w złotawą młodość brzozy…
Kiedy wieczory stają się chłodniejsze, kiedy za oknami unosi się jesienna mgła, a zmrok zaczyna zapadać wcześniej, wtedy, żeby nie poddać się jesiennej nostalgii, potrzebuję otoczyć się ciepłymi, jesiennymi barwami i blaskiem świec,
Z lampioników miechunki, owoców jabłonki i dzikiego wina, powstało jesienne drzewko, które rozjaśnia panujący za oknami mrok i od razu przepędza wszystkie smutki.
W kominku, po raz pierwszy w tym roku zapłonął wesoło ogień, bo choć dni są piękne , to jednak nocami temperatura drastycznie spada i w domku , miałam wczoraj 18,5 stopnia, a my opatulone pledami, oglądałyśmy po raz setny “Pamiętniki Bridget Jones”
Po kątach powoli rozsiadają się, wściekle pomarańczowe nasturcje, psianki i kosze rudo- złotych , suszonych kwiatów.
a to znak ,że już jesień w pełnej krasie .Pozdrawiam Was , więc jesiennie i do zobaczenia wkrótce .















