Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania poszukiwania, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania poszukiwania, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Poszukiwania

niedziela, stycznia 11, 2009

Poszukiwania

Wychowałam się w małym mieszkanku, na typowym warszawskim osiedlu i nie wiadomo skąd wzięło się we mnie pragnienie posiadania własnego domku z ogródkiem. Pragnienie było tak silne, iż od wczesnych lat młodości zaczęłam gromadzić różne przedmioty do mojego wyśnionego domu. Niestety paręnaście lat temu o kredytach mieszkaniowych można było tylko pomarzyć, a okolica w której chciałam zamieszkać nie należała do najtańszych.
zamęczałam męża powtarzając, że umrę jako człowiek nieszczęśliwy jeśli nie będę posiadała własnego domu.
I tak zaczęły się nasze poszukiwania. Wydzwanianie po agencjach nieruchomości, wyprawy do podwarszawskich miejscowości w nadziei znalezienia swego miejsca na ziemi... Agenci pukali się w głowy, słysząc jaką kwotą dysponujemy, znajomi mówili, że jestem wariatką, rodzina dyplomatycznie nie mówiła nic, patrząc na mnie z politowaniem, nie wierzył chyba nikt, no...może mój mąż, a ja niczym nie zrażona szukałam dalej. Rachunki za telefon przyprawiały o zawrót głowy, wydatki na paliwo i gazety z ogłoszeniami też niebotycznie wzrosły...tak minęły dwa lata. Aż któregoś dnia znalazłam ogłoszenie, zadzwoniłam i okazało się, że jest !!!
Od razu wskoczyliśmy do samochodu. Nie wiem jakim cudem, nie znając adresu ani nie mając żadnych innych wskazówek, dotarliśmy na miejsce ( miejscowość liczyła wtedy ok. 7 tys. mieszkańców, domów było naprawdę dużo) Nie szukaliśmy nawet długo, wjechaliśmy w jakąś boczną uliczkę i od razu wiedziałam,że to TEN dom. stał w gąszczu roślin i chwastów...wiedziałam,że już jest nasz. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

W następnych postach pokażę metamorfozy domu, które trwają po dziś dzień.

Niech się wszystko odnowi, odmieni....o jesieni, jesieni,jesieni

poniedziałek, października 28, 2019

Niech się wszystko odnowi, odmieni....o jesieni, jesieni,jesieni


O tym, jak po raz nie wiem który, moje serce przegrało z rozumem.

 

Numer jeden

Łapa-pies Ludojad

Łapa..jest z nami od przeszło dwóch lat.  Kiedy zapadła decyzja, pojechałyśmy po psa. Kto był kiedyś w schronisku, wie jak ściskający za serce jest to widok.
Stała dwa metry od nas, z wytrzeszczonymi oczami, zębami które jakoś w paszczy jej się nie mieściły i sterczały w rożne strony na zewnątrz, z podkulonym ogonem, ujadała paskudnym , skrzeczącym głosem...co się do niej odezwałam, odskakiwała krok do tyłu, nie przestając ujadać. 
Ze schroniska wzięłyśmy ją dlatego, bo była tak strasznie brzydka, wystraszona i dzika, że nie miała szans na adopcję...siedziała i siedziała, koledzy odchodzili, znajdowali domy, a o nią nawet nikt nie spytał, nikt nie chciał. No to my chciałyśmy. Chociaż nawet właścicielka schroniska proponowała, żebyśmy wzięły innego psa, Łapa pojechała z nami.
Łapa, która podobno jest taka dzika, tylko dlatego, że matka ją tak uczyła. Ciężko jakoś w to uwierzyć, nauka nauką, ale Łapka, pomimo upływu czasu, boi się własnego cienia i absolutnie nie jest to przenośnia. Łapka , na którą nawet nie krzyczę jak nasika na dywan, żeby się nie stresowała, Łapka, która kuli się, kiedy wyciągam rękę od góry,  żeby ją pogłaskać, Łapka, która ma dopiero 5 lat, a wyglądała starzej niż 17-letni Plaster...Łapka, która zachowuje się tak jakby była bita przez człowieka i to niejednokrotnie. Ta sama Łapka , zdobywała się na heroiczny wyczyn, kiedy przychodzili goście i przezwyciężając własny strach, wychodziła z kącika , gdzie ma posłanie i kładła się zawsze koło Plastra, żeby w razie potrzeby zasłonić go własnym ciałem i bronić niepełnosprawnego przyjaciela.
 Był piękny majowy dzień, jakieś dwa tygodnie po przyjeździe Łapki do domu. Pieliłam z tyłu w ogrodzie, kiedy usłyszałam potworny skowyt i jeszcze głośniejszy krzyk Magdy. Rzuciłam się biegiem i oczom moim ukazał się masakryczny widok. Łapka leżała na pomoście, nogę miała pomiędzy deskami i wyszarpywała ją z całej siły potwornie przy tym piszcząc, nad Łapą stała, a właściwie podskakiwała Madzia i piszczała jeszcze głośniej niż suka.
- Mamuś, noga jej wpadła, ona gryzie i nie da się dotknąć. Boziu , wyrwie zaraz tę łapę .
Wyciągam ręce, żeby pomóc jej wyjąć tylną łapę z pomiędzy desek, pies zaczął gryźć mnie niemiłosiernie. Raz , drugi, trzeci...nie wytrzymuję z bólu, zabieram rękę. Magda nie wiedzieć czemu stoi i piszczy nad nami okropnie. Przekrzykując jazgot psa i pisk Madzi, wrzeszczę ,żeby koc jakiś przyniosła. Madzia dalej skacze i piszczy, więc wrzeszczę żeby ten koc kuźwa mi doniosła, jednocześnie próbując uwolnić psią łapę , co jest rzeczą nieomalże niewykonalną, bo pies gryzie mnie w panice bez przerwy. Dziecku memu jakimś cudem udało się w końcu oderwać nogi od podłoża i pobiegła do domu, cały czas krzycząc. Pies wyje i szczeka, Magda piszczy i biega po domu, z górnego okna dochodzi do mnie kolejny krzyk....Boże Mamo !!!! Mamo co się dzieje ??? Mamo błagam odezwij się !!! Do chóru pisków i wrzasków dołączyła Nurka. Łzy lecą mi z bólu , ręka pali żywym ogniem, ale wiem ,że jeśli przestanę to psina wyrwie sobie nogę ze stawu, więc zaciskając zęby próbuję dalej. Muszę jakoś odciągnąć jej uwagę od tylnej nogi, bo inaczej jej nie uwolnię. W akcie desperacji zaciskam lewą dłoń w pięść i wkładam psu do rozdziawionego pyska, gryzie potwornie, ale to daje mi czas na zajęcie się tylną nogą, krew leci mi już z obu rąk , Magda biega chyba w kółko , bo koca dalej nie mam, ściągam spódnicę , zarzucam na psa, gryzie przez spódnicę. Pies wyje z bólu, ja wyję z bólu, Madzia wyje ogarnięta paniką, Nurka wyje , bo nie wie co się dzieje...Łapa szarpie, bez opamiętania moją lewą rękę, prawą udaje mi się w końcu uwolnić tylną łapę. Pies ucieka, ja wstaję na miękkich nogach, z domu wybiega w końcu Madzia z kocem, z góry krzyczy cały czas Nurka, moje ręce ociekające krwią zwisają w jakiś dziwnych strzępkach...
Musiałyśmy się upewnić czy pies był na 100% szczepiony , tak jak zapewniano. Pani od której wzięłyśmy Łapę, po tym jak usłyszała co się stało , myślała że chcę oddać psa. Mój Boże...cóż za pomysł...a któż by chciał taką brzydką i do tego wredną sukę, no w życiu jej nie oddam, przecież to już mój pies, a poza tym, ona nie chciała, to tylko był potworny strach i ból. . Ręka, o dziwo ta, która wydawała się w lepszym stanie, bolała mnie jeszcze ponad rok. Miałam rozszarpane mięśnie i ścięgna..Dzisiaj już wszystko wróciło do normy, I tak to połączyły nas oprócz miłości, więzy krwi.

Dzisiaj Łapka,  to uroczy piesek, który dalej boi się własnego cienia, ale który jest szczęśliwy i wiecznie wywala brzuszek do głaskania, choć przy wyciągnięciu ręki od góry, dalej podkula ogonek.

Łapka, urocza , brzydka suka,  która ma więcej szczęścia niż rozumu....

 Dialog

Tysiące myśli kłębiło się w mojej głowie.
- Wezmę, nie, nie wezmę. Nie mam już na to siły.
- No tak, ale one mają pewnie jeszcze mniej sił niż ja....
- I co z tego? Świata i tak nie uratuję.
- No, świata pewnie nie, ale jakieś kolejne, biedne stworzenie.
- Jasne, kolejne biedne...znowu mam ratować, a ciekawe kto uratuje mnie...
- No przecież wiesz, że weźmiesz, przestań się oszukiwać.
- A waśnie, że nie wezmę. Tak to człowiek jest uwiązany, zawsze musi wracać do domu...bo pieski,    kupę sierści i piachu i poniszczonych rzeczy i sprzątania ...
- I tak wracasz, bo jest Łapa, zobacz jakie ma smutne oczy odkąd nie ma Plastra.
- No właśnie Łapa, jest teraz taka smutna, Plaster był dla niej wszystkim. Ale w sumie to zupełnie tak jak i dla mnie. Czas leczy rany, da radę. Ja mogę, to ona tym bardziej. Z WIELKIEJ TRÓJCY nie został już nikt.  Jest nowa Łapa..."gupi", dziki pies.
- " Gupi, gupi'...a kto mówi, że ma takie piękne wytrzeszczone oczka? Kto przekonuje od dwóch lat, żeby się nie bała, bo tu nigdy, nic złego jej nie spotka? 
- No właśnie, Łapa, która znalazła się u nas, właściwie po to, żeby Plaster nie czuł się tak samotny...
Teraz ona jest sama...czy to się nigdy nie skończy?
- Obawiam się,że jednak nie...
Rozmyślania przerwał głos Nurki
- Mamooo, weźmy psa.
- Nie.
- Czemu nie?
- Bo nie!
- Mamuś, weźmy...jęknęła Madzia.
- Niee.
- Czemu nie?
- Bo nie!!
- Babciuuu, weźmy pieska.
- Nieee.
- Czemu nie?
- Bo nie!!!
Wiedziałam już, że wezmę. Ale jak chcą, to przyszedł dobry moment na negocjacje. Jak do brania, to wszystkie chętne, jak do sprzątania, to ślepną, węch gwałtownie tracą, a jak pies chce wyjść na dwór, to okazuje się, że i słuch mają mocno przytępiony!
- Nie weźmiemy kolejnego psa, bo to kosztuje, sprzątać trzeba i na spacery wychodzić. Wy tylko chcecie, a później piesek idzie w odstawkę i ja muszę wszystko robić, a jak stary , to węch odzyskujecie i śmierdzi Wam, ale jak zrobi pod siebie, to "kupa, a fuj...zrobił, ojej ...naprawdę nie widziałam i nie czułam. No przysięgam". Jak w ogrodzie nafajda, to żadna tyłka nie ruszy, żeby posprzątać .
- To może będziemy jedzenie kupować na zmianę....powiedziała Magda
- Może...a nawet jeśli się zgodzę to na pewno!- warknęłam
- Babciu, ja mogę kupy sprzątać.
- No ja powiem uczciwie, że kup sprzątać nie będę, ale mogę na spacery wychodzić i składać się na weterynarza - poinformowała Nurka. 
- Niech Magda sprząta, ona się nie brzydzi- dodała po chwili namysłu.
- A dlaczego tylko ja? Nurka niby z innej gliny?
- Babciu ja !!!, Ja będę sprzątać kupy! Ja chcę sprzątać! - małe jeszcze , to słodkie. Ale i tak  wiadomo, że brać na serio nie można.
- No właśnie, psa nawet jeszcze nie ma, a już się zaczyna! - warknęłam.
- Mamooooo.....
- Czego?
- Kiedy powiesz:" a dajcie Wy mi święty spokój, róbcie sobie co chcecie"?
  Małpy! 

I tak zaczęłyśmy poszukiwania....

Numer dwa

Gizmo vel Szczęściarz

 

 

Było mi wszystko jedno...ale pies:
- musiał być psem, nie suką- bo nigdy nie wiadomo, jakby się z Łapą  dogadała.
- musiał być malutki - bo mój kręgosłup, mocno nadszarpnięty budową i podnoszeniem Plastara jest w totalnej rozsypce i młodszy raczej nie będzie.
- musiał lubić koty, w ilości ponadprzeciętnej (czytaj : sztuk 4)
- musiał być brzydki, kulawy, bez ogona, łapy lub z innymi wyraźnymi ubytkami- bo ładne psy mają zawsze ładne domki, a tych brzydkich nie chce prawie nikt.
- musiał być  w wieku maksymalnie do 5 lat- choć bardzo chciałabym pomóc staremu psu, to jednak rozstania są dla mnie bardzo dużą traumą. Nie dałabym rady. Starego psa wezmę jak sama będę stara, wtedy zejdziemy sobie oboje. Póki co wiek 5 lat , to i tak było dla mnie bardzo dużo.


Zaczęłyśmy poszukiwania i powiem Wam,że do teraz nie mogę otrząsnąć się z szoku. Jeden telefon..mówię o co mi chodzi, że wezmę psa choćby dzisiaj. Pani odpowiada,ze nie może rozmawiać, bo...robi zdjęcia! Zadałam jakieś dodatkowe pytanie " proszę Pani tłumaczę, że robię zdjęcia". No ja rozumiem,że zrobienie psu zdjęcia, to trudna sztuka, ale jeśli ktoś jest zdecydowany przygarnąć psa, to chyba ważniejsze od zdjęć...przynajmniej tak by się wydawało na logikę. Takich telefonów wykonałyśmy chyba z 5...nikt nie miał czasu, żeby porozmawiać. Trafiłam na niewidomego psa..myślę ok. był głuchy, niech teraz będzie ślepy. Pani również nie była zainteresowana..wszyscy mieli oddzwonić...dacie wiarę, że nie zadzwonił nikt! Tylko te psiaki biedne...ludzie się proszą, a prywatne schroniska mają to w głębokim poważaniu. A musicie wiedzieć,że ja dużo pytań nie zadawałam, więc raczej , przynajmniej tak mi się wydaje, trudną klientką nie byłam. Właściwie nie chciałam wiedzieć nic, nawet zdjęcia nie potrzebowałam oglądać, bo doszłam do wniosku, że hrabiny Łapy i tak nikt nie ma szansy przebić i jaki ten pies by nie był, to na pewno będzie ładniejszy od Łapy!
W końcu trafiłyśmy na psiaki zabrane w ramach interwencji z pseudoschroniska, trzymane na łańcuchach, mieszkające w obudowach po telewizorach, w błocku, bez jedzenia , picia..no biedne bez wątpienia. Zadzwoniłam...powiedziałam,że mi obojętne, że nie muszę nawet oglądać, byleby mały, byleby lubił koty i byleby nikt go nie chciał. Okazało się, że z 50 psów , które zostały zabrane w lutym, zostało tylko 8 i , że nikt już się nimi nie interesuje. No to ja poproszę, ja jestem takim zainteresowana. Pani z którą rozmawiałam miała czas, Pani z którą rozmawiałam była miła i żywo zainteresowana ,żeby jej podopieczni znaleźli dom. Rozmawiałyśmy długo i zaraz , choć nie chciałam dostałam zdjęcie psa, który spelniał warunki. No wiecie co...ładny . Malutki, milutki ..no nie wiem , czemu go nikt nie chciał przez tyle miesięcy. Podobno nikt nie chce czarnych psów, no to my chcemy. Mam tylko nadzieję,że Łapa jak go zobaczy nie popadnie w kompleksy.

Numer trzy

Imbir vel Azor


Nie minęło nawet 5 minut i dostałam drugie zdjęcie. Rude, lat 7, urocze, z łańcuchem na szyi, wpatrywało się we mnie łagodnymi oczami z telefonu. O Boże nieeeeeeeeee!!!!!!! Nie chciałam dwóch , miał być jeden! I już wiedziałam i już nie mogłabym dokonać wyboru. Jedne ślepia czarne, drugie miodowe, a jedne i drugie patrzące z miłością i nadzieją na lepsze jutro.
- Mamoooo..... i co?
- Mamuś......... ???
- Babciu............weźmy dwa pieski
- I co myślicie? pytam
- Ja bym wzięła oba, ale jeśli tylko jednego, to chyba tego starego, biedniejszy jest.-powiedziała Nurka
- Ja też oba, ale jak jednego to tego czarnego, młodszy , więc łatwiej go będzie ułożyć - powiedziała Magda
- Ja bym wzięła oba, oba, Babciu weźmy oba- zapiszczała Tośka.
A Ty???? A co ja ??? Co ja mogę powiedzieć, jak zobaczyłam te oczy ???
Dzwonię...Pytam, który bardziej potrzebuje domu, który jest biedniejszy.
- Wybór należy do Pani... i jeden i drugi jest w tej samej sytuacji, nikt ich nie chce i oba potrzebują domu..
- Weźmiemy oba...tylko błagam, niech Pani nie przysyła mi już więcej zdjęć....



Wszystko przebiegło błyskawicznie, za co bardzo dziękuję Pani KarolinieOstrowieckiemu Wolontariatowi ARKA . Była inspekcja i załatwiony transport , bo psiaki przyjechały, aż z Ostrowca Świętokrzyskiego. Teraz są już z nami od prawie trzech miesięcy. Zostało jeszcze 6 piesków z tego piekielnego miejsca...może ktoś z Was szuka przyjaciela na zimę i na całe życie???



Ciąg dalszy nastąpi. A ja pozdrawiam Was cieplutko i życzę udanego tygodnia.

Dzień 4- walka trwa- ogrodowe historie cz. XII

niedziela, maja 29, 2011

Dzień 4- walka trwa- ogrodowe historie cz. XII



O 5 rano siedziałam już na dnie..wybierałam dalej muł ,niestety pompą daje radę wybrać wodę tylko do pewnej głębokości, resztę trzeba już ręcznie.Zimno, pada, okropieństwo..jedyny pozytyw tego wszystkiego, to fakt,że komary mniej gryzą :)

IMG_3167-1Patrzę na to co ja kiedyś wykopałam i przerażenie mnie ogarnia..ja nie wiem czy posiadałam kiedyś jakiś mózg, ale z pewnością posiadałam dużo siły…teraz proporcje jakby się odwróciły, znaczy się przynajmniej tak się łudzę,że rozumu przybyło.Staw ma ok 1,80 m głębokości po środku..i tak jest teraz zdecydowanie płytszy niż kiedyś, bo u nas jest bardzo wysoki poziom wód gruntowych i od dna, pod folią zamula się i cały czas jest woda. Pamiętam jak kopałam , to gdzieś mniej więcej od 1,60 cały czas wygarniałam juz piach z wodą, że o warstwie gliny przez którą musiałam się przebić, nie wspomnę.Ale bardzo zależało mi żeby rybki mogły bezpiecznie przezimować i żeby woda nie zamarzała do dna. Rybek juz nie będzie, karaski wyjadą w torbach nad rozlewisko..zresztą one były nieplanowane, to kaczki chyba musiały przynieść ikrę na łapkach. Jest ich mnóstwo, brudzą wodę okropnie, a koty i tak zjadły w większości karpie koi, bo tych nie widać nawet.Konsumpcja ostatniej czerwonej rybki, odbyła się na wiosnę, za to tych zostały setki, obecnie cały basen:(

Lilie wodne zostały już całkowicie pozbawione liści i pąków…trudno, nie będzie najwyżej w tym roku kwiatów, mam tylko nadzieję,że zdążę to wszystko sprzątnąć i naprawić nim zdechną.

 

IMG_3229-1IMG_3251-1

Dzisiaj w domu została Madzia, co prawda o 5, to moje dziecko nie wstaje, ale w okolicach południa zwlokła się na dół i bardzo uczciwie pomagała, wynosić dalej kamienie. Wyłażenie z tego dołu i odkładanie kamieni, to była prawdziwa mordęga..dzisiaj juz łatwiej, bo na brzegu pałeczkę, a właściwie kamień, przejmowała Magda. Po pracy, przyjechał pomagać, mój synek :) . Za długo by tu tłumaczyć, dziecko nie własne i nie adoptowane , ale i tak prawie jak rodzone :)

IMG_3245-1 IMG_3241-1

Wodę z mułem zdążyłam już wybrać, zaczęło się więc czyszczenie stawu i poszukiwania dziury.Zlokalizowana została dosyć szybko.Dziura, a właściwie dwie, są bezpośrednio, pod świerkiem na tarasie na samym dnie stawu! Wysłaliśmy Nurkę do składu, po klej montażowy do pcw, sprzedali dziecku malutkie cuś, do zabawek gumowych :( Myślę trudno, spróbujemy…i tak wszystko juz było pozamykane.

IMG_3267-1 IMG_3268-1

Właściwie byliśmy przekonani, że się nie przyklei łatka, ale wiecie jak to jest…i tak się łudziłam..niestety. Następnego dnia do Warszawy, kolejne pół dnia z głowy na poszukiwaniach odpowiedniego kleju…pędem do domu, klejenie i …czekamy 24h….Oby się udało.

Trzymajcie kciuki.Pozdrawiam cieplutko!

Nowy Rok, nowy sufit i nowe hobby…

piątek, stycznia 01, 2010

Nowy Rok, nowy sufit i nowe hobby…

IMG_0907-1


W nowym Roku chciałam życzyć Wszystkim, którzy choć na chwilkę zatrzymują się w moim wirtualnym świecie, dużo radości, miłości , zdrowia, wytrwałości w realizacji planów i oczywiście marzeń, a gdy one już sie spełnią, nowych …bo tylko one nadają naszemu życiu sens.

Sylwestra tradycyjnie, z oczywistych, bydlęcych przyczyn, spędziliśmy w domu, znaczy się ja i Misiek ,dzieci wykazały się dużą dozą dyplomacji , mając na uwadze niedawne wydarzenia i wyjątkowo nie zaprosiły przyjaciół, tylko same do nich wybyły.Tak więc zostaliśmy sami…..  iiiiii….ponoć Nowy Rok jest taki, jak kończymy ubiegły, więc wpadłam na pomysł, że skoro jest jeszcze tyle rzeczy w domu do zrobienia, a Misiek jakby niespecjalnie wykazuje nimi zainteresowanie, to jeśli teraz popracuje, to wtedy na pewno w przyszłym roku nabierze ochoty do prac domowo-remontowych i skończy w końcu nasz dom:)
Misiek nie protestował wcale ,tylko zabrał się za zrywanie sufitu w kuchni( co to po powodzi się wypaczył ):), ja niestety zaniemogłam okrutnie…kręgosłup siadł i od paru tygodni poruszam się w pozycji Godzilli, tak więc nie mogąc mu pomóc , wzięłam się za upiększanie naszego domostwa:). W holu, od dwóch lat , wiszą urocze ramki na zdjęcia, ramki wiszą niestety puste, bo nic mi nie pasuje i pomysłu brakowało…ramki w ilości sztuk trzech , mają po trzy miejscówki, tak więc dziewięć dziur ,świeci pustką od dwóch lat…wygląda to koszmarnie…i tak odwiedzając blog Kreski i Lilki zobaczyłam piękne hafciki…olśnienie na mnie spłynęło, że jakby takich dziewięć wydziergać, to cudnie by było!!! Zaczęłam poszukiwania wzorów, oczywiście czerwonych, bo hol w kolorze dojrzałej jarzębiny! Wzory znalazłam, a jakże…tylko niestety nie do tych ramek, bo trochę większe…właściwie dużo większe, ale już odwrotu nie było, bo miłością okrutną zapałałam do tego samplera! Wiedziałam,że zawiśnie jeszcze jeden obraz, a tamte zrobię później…hi, hi…za następne dwa lata, bo jak to wyhaftuję, to będę miała pewnie dosyć na długi czas.
Tak więc Misiek robi nowy sufit, a ja od dwóch dni haftuję:))) Wyjścia specjalnego nie mam, bo leżę tylko w dosyć dziwacznej pozycji i wyję z bólu, tego posta, piszę już trzeci dzień:( Laptopa nie mam , więc muszę siedzieć jak człowiek,przed monitorem, a to graniczy nieomalże z cudem.
O północy wyszliśmy do ogrodu (czytaj: ja wypełzałam ), ponieważ do pionu nie jestem w stanie się wyprostować, więc Misiek w ramach testów walnął fotkę z zimnymi ogniami…o proszę, jakie cudne!!! Nie mogę cały czas się nadziwić jaki ten aparat jest genialny!
IMG_0900-1
Haftowanie okazało się zbawienne, bo nie mogę myśleć, tylko cały czas liczę, liczę i liczę…krzyżyki oczywiście…a jest co liczyć, bo cały wzór składa się z 40.026 krzyżyków.
Poniżej kawałek mojego aktualnego hobby, a w lewym dolnym rogu jest…SYNUŚ kochany !!!!
IMG_0913
A to już wszystko …znaczy się wszystko co zrobiłam ,bo to tylko kawałek całości..ha,ha …malutki kawałek ..i tak nieźle jak na dwa dni.
IMG_0912-1
Cudo owe, wychodzi na to,że będzie miało przeszło pół metra…myślałam,że mniejsze…ale oczywiście policzyć się wcześniej nie chciało, bo i po co!
Uffff…udało mi się dobrnąć do końca, mam nadzieję,że lada dzień będzie lepiej z moim kręgosłupem, choć jeśli wierzyć w to,że Nowy Rok jest cały taki w jaki wkroczyliśmy w starym, to…ciężko będzie:)
Serdecznie pozdrawiam, a ponieważ nie dam rady "osobiście " Was odwiedzić i  złożyć życzeń, więc  jeszcze raz…wszystkiego co w życiu najlepsze i najpiękniejsze ! A na maile postaram się odpisywać powolutku, dam radę…trzeba być twardym, nawet z miękkim kręgosłupem ( dobrze ,że nie z moralnym, tylko tym prawdziwym) :)
O 14 kg kaszy manny i o tym jak klienci płoną w kominku i wiszą na ścianach

wtorek, marca 01, 2011

O 14 kg kaszy manny i o tym jak klienci płoną w kominku i wiszą na ścianach

Wróciłam z imienin z 14 kg kaszy manny :) Dostałam  w ilościach szokujących nawet moją rodzinę, tym bardziej,że niestety kasza posiada jakiś termin przydatności do spożycia i choć lubimy, to jednak 14 kg nie jesteśmy w stanie pożreć nawet my. Zaczęły się poszukiwania w necie przepisów  z wykorzystaniem kaszy i na pierwszy ogień poszły ciasteczka. Robi się błyskawicznie i są smaczne, więc warto się pokusić o upieczenie. Jeśli ktoś z Was może zna jakieś przepisy byłabym wdzięczna, to niekoniecznie muszą być ciasta- robiłam już pasztet z selera, z Agi przepisu, to teraz mogę zrobić pasztet z kaszy- jeśli taki istnieje:) O coś takiego: …zamiast mąki dodać 1 kg kaszy manny…by mnie normalnie uszczęśliwiło:)))) No i oczywiście prośba o przepisy sprawdzone, bo kiedyś upiekłam jakieś ciasto,z przepisu  z gazety,z kaszą i było szczerze mówiąc mało zjadliwe .


Z góry serdecznie dziękuję
A ja cały czas szarpię się z dokumentacją kredytową, pieczołowicie wrzucając każdą “ przeterminowaną “ kartkę do niszczarki. Jeśli chodzi o papier i jego zużycie, jestem bardzo przewrażliwiona na tym punkcie i szlag mnie trafiał, że zawsze tyle tego musiałam drukować - a musiałam , bo taki rodzaj pracy…  Starałam się zawsze parokrotnie wykorzystać każdy skrawek papieru, zapisując go po drugiej stronie i dopiero później niszcząc. Nie wszystko mogę przeznaczyć na makulaturę, gdyż w większości są to kserokopie dokumentów tożsamości, wnioski kredytowe zawierające bardzo dokładne dane osobowe…tak więc niszczę …., niszczę godzinami, a z niszczenia zostaje mnóstwo pociętego papieru. Kiedyś pisałam o tym,że jednym z moich licznych hobby jest papier toaletowy:) Po zużyciu papieru, zostaje tekturowa rolka, rolki też oczywiście zbieram :) i napełniam papierem z niszczarki- rewelacyjne do kominka- palą się tak jak brykiety i są bardzo energetyczne, więc jeśli ktoś posiada niszczarkę – polecam, bo to tani sposób na opał:) “ Brykiety “ robiłam zawsze sukcesywnie, w miarę napełniania się kosza papierami, natomiast teraz ilość, która wymaga zniszczenia jest zdecydowanie większa, a że na dworze brak jeszcze kwiatków i badziewia zielonego na wianki, więc postanowiłam zrobić papierowe:) Są zdecydowanie inne niż tradycyjne i ..no całkiem , całkiem..efekt mnie pozytywnie zaskoczył, zresztą nie tylko mnie…Madzia już też zamówiła sobie taki do pokoju:)

IMG_0214-1IMG_0207-1  IMG_0209-1 IMG_0212-1
IMG_0194-1 IMG_0197-1

Pozdrawiam  cieplutko, a ja idę dalej ciąć papierzyska:)
Być jak Tasha Tudor - część pierwsza

wtorek, maja 19, 2020

Być jak Tasha Tudor - część pierwsza



  Tęsknota za czymś nieokreślonym

Odkąd tylko sięgnę pamięcią kochałam zwierzęta i przyrodę. U dziecka wychowanego w bloku,  na warszawskich Bielanach było to dosyć niespotykane, chodziłam po Lasku Bielańskim wsłuchując się w śpiew ptaków, na wiosnę ściągałyśmy buty i latałyśmy z przyjaciółkami w strumyku, wyciągając z niego szklane butelki po piwie i opony , w ramach oczyszczania świata ( ludzie kiedyś też śmiecili, tylko może bardziej ekologicznie, bo plastiku nie było ), robiłam pikniki w starym sadzie i godzinami patrzyłam przez okno, na wypasające się na przeciwko krowy..tak, tak Kochani, kiedyś w Warszawie żyły sobie spokojnie krowy, a świat wydawał się piękniejszy. Zazdrościłam koleżankom, które miały Babcie na wsi i wyjeżdżały na wakacje, moja rodzina od pokoleń mieszkała tylko w mieście, więc ten komfort, który dla moich koleżanek był udręką, dla mnie był szczytem marzeń. Później Rodzice kupili działkę i choć raczej bardziej była to miejscowość rekreacyjna, niż wieś, to jednak pamiętam jaką radością było dla mnie chodzenie z Mamą na targ, gdzie przyjeżdżały konie, gdzie mleko było sprzedawane w bańkach, pachniały pomidory i unosił się zapach słoneczników i floksów, które leżały obok świeżutkich serów i jajek. Marchewki z długą nacią, z których później gotowałam zupę na ognisku, świeże ogórki z octem, połykane tonami w ukryciu, bo Mama nie pozwalała, bo ocet niezdrowy, chlebki świętojańskie i kłosy zboża zjadane na potęgę, chabry, maki, rumianki i kąkole w zbożu, zabawy na miedzach, mgła nad polami i ten boski zapach  unoszący się wieczorem nad łąkami , kiedy biegałam,o zmierzchu i bawiłam się w chowanego, z poobijanymi kolanami i strupami na łokciach, wiecznie brudna, z posklejanymi w strąki włosami.. a Mama załamywała tylko ręce i pytała , dlaczego nie mogę być taka jak inne dziewczynki? No nie mogłam...inne dziewczynki bawiły się lalkami i były najzwyczajniej w świecie nudne. Ubrane w sukienki , czyste i pachnące , z włosami w warkoczach, a ja wiecznie słyszałam ,że wyglądam tak , jakbym świnię ssała. I właśnie to wszystko do dnia dzisiejszego wywołuje we mnie bliżej nieokreślony smutek, za innym życiem, bardziej prostym, w zgodzie z naturą i porami roku. Tęsknotę za radością jaką dawało łapanie majowych chrabąszczy i wypuszczanie z powrotem do rzeki ryb, które mój wujek łowił i nieświadomy wkładał sobie do wiaderka z tyłu. Jak tylko dorosłam, a Madzia miała roczek, uciekłam z Miśkiem na moją wieś.. To właśnie wtedy zaczęłam zbierać zioła i przeróżne dary lasu, chodziłam z Madzią na "kwiatki" , robiliśmy pikniki nad wodą i zakopywałyśmy "widoczki" pod szkiełkami. Jesienią zbieraliśmy grzyby, a zimą, codziennie o szóstej , chodziłam po chleb do sklepu, bo o siódmej już go nie było, a sklep zamykali około 8. Graliśmy w gry, dużo rozmawialiśmy, czytaliśmy książki, robiłam na drutach i szydełku, szyłam sama Madzi ubranka, bo te w sklepach były albo paskudne, albo w kolorze gaciowego różu , którego szczerze nie cierpiałam. Misiek zabierał nas na sanki, rąbaliśmy drewno i paliliśmy w piecu, a jak może raz w tygodniu usłyszeliśmy samochód, to lecieliśmy do okna , zobaczyć kto to :). To były jedne z bardziej szczęśliwych lat w moim życiu. 
 

Powrót do Stolicy

Co drugi tydzień, ponieważ jeszcze się uczyliśmy, musieliśmy na parę dni wyjeżdżać do Warszawy. Nie było wtedy pieców, które by podtrzymywały temperaturę, więc żeby rur nie rozsadziło, musieliśmy za każdym razem spuszczać wodę, sama podróż , zwłaszcza w zimę też pochłaniała mnóstwo czasu i pieniędzy, których w nadmiarze nie było, mieliśmy w końcu tylko po dwadzieścia parę lat. W momencie, kiedy zdechł mi ukochany pies, z bólem serca podjęliśmy decyzję o chwilowym przeniesieniu się, do Warszawy. Magda poszła do przedszkola, my do pracy, kończyliśmy szkołę i pomimo tego, że mieszkaliśmy sami z dzieckiem w trzypokojowym mieszkaniu, dusiłam się,...po pracy uciekałam z Madzią na łąki i marzyłam o tym, że kiedyś ucieknę z Warszawy i nigdy już tutaj nie wrócę. Szukałam długo, aczkolwiek budowa Trasy Toruńskiej, wycinka drzew, zasypywanie stawów i równanie z ziemią moich wspaniałych górek na których rosły kwiaty, przeważyły szalę dla zainteresowanych link...Poszukiwania .
 

Ucieczka na wieś

 
W końcu udało mi się uciec, znaleźć dom w upragnionej lokalizacji, co było szalenie trudne, bo pomijając kwestię finansową, nie było tutaj ziemi i domów na sprzedaż. Jedyna szansa to kupno gotowego domu, w momencie kiedy ktoś sprzedawał. Spełniłam swoje marzenia o domku w przecudnej, cichej okolicy, otoczonej lasami i rezerwatami przyrody...w ogrodzie chodziły bażanty, po ulicach dziki i łosie. Tu był mój raj, raj w odległości 20 minut drogi od Warszawy, raj, który miał trwać wiecznie, bo przecież puszczy nie można wycinać, a ziemi tutaj kupić się nie da. 
Tu było wszystko: lasy , łąki , pola, zwierzęta i ten upragniony spokój i cisza. 
 
 

Szara rzeczywistość

Wraz z wkroczeniem Unii Euroopejskiej wkroczyła również dewastacja środowiska. Puszczę zaczęto wycinać, przecudne piaszczyste wydmy,  zostały zrównane z ziemią , przez tych samych ludzi, którzy wcześniej stawiali tabliczki " Uwaga, wydmy pod ochroną " , zasypywano stawy, a w bagna wrzucano tony gruzu. Teraz stoją tu wszędzie nowe domy i obostrzenia dotyczące pozostawiania powierzchni biologicznie czynnej, szlag jakoś trafił i nikt już nawet nie pamięta, że takowe kiedyś były. Pobocza zostały pozbawione stuletnich dębów, bo odkąd jesteśmy w Unii, okazuje się ,że drzewa to najgorsi mordercy w tym kraju...stoją przy poboczach i same zabijają, więc nim one zabiją nas, lepiej się ich pozbyć, piaszczyste drogi przykrył asfalt, a ludzie którzy się tu przenieśli, chcą mieć dokładnie takie samo miasto na wsi, jak to, z którego uciekli. Budują nam ronda, a droga która kończy się puszczą, ma dokładnie takie same ogromniaste tablice jak na autostradach. To tak na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział jak dojechać do puszczy, jedyną , prostą drogą bez zakrętów...
Więc znowu uciekam, wsiadam w samochód i jadę dalej, tam gdzie nie widać dachów, chodników, tam gdzie nie ma asfaltu, a zajączki skaczą po polach...


 I w końcu, dla wytrwałych, przyszedł ten moment, żeby wyjaśnić, dlaczego właśnie

  Tasha Tudor

Dziwaczka, ekscentryczka czy może szczęśliwa kobieta?

Jestem zafascynowana tą wyjątkową kobietą od niepamiętnych czasów, kobietą która twierdziła, że jest  bardzo zacofana, ponieważ nie wierzy, że postęp jest piękny. Kobietą, która stworzyła swój własny świat, wypełniony radością, zwierzętami i roślinami.
Ale zacznijmy od początku:
Dla tych co nie wiedzą Tasha Tudor była bardzo znaną, amerykańską pisarką i jednocześnie ilustratorką książek dla dzieci. Tworzyła przepiękne, sielskie obrazki, przywodzące na myśl spokój , szczęście i radosne lata dzieciństwa. Ale choć podziwiam jej twórczość , to nie to, jest w tej kobiecie niezwykłe. W wieku 57 lat ( więc jakby nie patrzeć, jeszcze trochę czasu mam), zamieszkała w domu z ogrodem, który sama stworzyła. 
Żyła w zgodzie z naturą, otoczona ukochanymi zwierzętami, nie miała prądu, a po wodę chodziła codziennie rano, boso do studni. Nie używała pestycydów, za to hodowała kozy i kury, które dostarczały jej nabiał i nawóz, zbierała miód z własnej pasieki, w ogrodzie hodowała warzywa i owoce, z których później robiła przetwory, zbierała zioła, sama tkała materiały i szyła ubrania, oczywiście na wzór tych wiktoriańskich, łowiła ryby, nie miała zegarka, za to żyła zgodnie z porami roku. Na podwieczorki codziennie przychodziły jej dzieci i wnuki, a w wolnych chwilach, pisała i ilustrowała książki. Wieczorami dom oświetlały ciepłe płomienie świec, które sama robiła z pszczelego wosku, zaś w zimę robiła na drutach, grzejąc się w cieple kominka/
Stworzyła swój raj na ziemi, własny azyl, w którym szczęśliwie dożyła 92 lat, pozostawiając po sobie majątek w wysokości 2 mln. euro.
 
Wszystkich zainteresowanych, zapraszam na Pinterest, gdzie pod linkiem Tasha Tudor 
znajdziecie zdjęcia z sielskiego ogrodu i uroczego domku, żywcem przeniesionego z czasów epoki wiktoriańskiej.



Zaczęło się wiele lat temu ....

Na koniec, chcę Wam przytoczyć mój pierwszy tekst, który pojawił się na blogu. Słowa, które doskonale obrazują, dlaczego Tasha Tudor jest tak bliska mojemu sercu. 
 
...W natłoku obowiązków, codziennych spraw, małych radości i wielkich smutków, gdzieś obok, zupełnie niepostrzeżenie przemija życie. Po drodze gubimy dziecięcą radość, szczery śmiech, marzenia oraz niezłomną chęć do życia, którą daje jedynie dzieciństwo i młodość. Praca, dom i wieczne problemy powodują, iż zatracamy naszą wewnętrzną wrażliwość. Aż któregoś dnia zdajemy sobie sprawę z tego, że czasu pozostaje coraz mniej, że nie wiadomo jak i kiedy minął nam kolejny rok życia. Zmęczeni wracamy z pracy, siadamy przed telewizorem i nic nam się nie chce. Wtedy właśnie przychodzi moment wyciszenia i postanawiamy coś zmienić, zrobić coś dla siebie, zająć się tym co lubimy i wytyczyć na nowo życiowe priorytety. Mieliśmy przecież kiedyś tyle planów, tyle marzeń, chcieliśmy zrobić tyle rzeczy. Osiągnęliśmy już bardzo wiele, tylko brakuje nam czasu żeby to docenić i czerpać radość z tego co już posiadamy. A wystarczy przecież odrobina wewnętrznej mobilizacji, aby to zmienić i na nowo zacząć cieszyć się życiem, życiem które tak szybko przemija...
  
Pamiętnik Adamka

środa, maja 20, 2009

Pamiętnik Adamka

Witam ponownie po długiej nieobecności, tyle rzeczy się wydarzyło w moim krótkim, zajęczym życiu. Z pewnością byście już mnie nie poznali. Jestem baaardzo dużym zajączkiem i ważę aż 780 gram! Mama i tata cały czas główkują gdzie mam zamieszkać, bo nie wiedzą jaki będę gdy dorosnę. Tatuś mówi, że jak mama będzie mnie tak pasła, to będę zającem gigantem. A ja uwielbiam swoje mleczko i plastikowego cycusia z którego mnie karmi! Tata mówi, że to przesada i że taki duży zając to już w ogóle nie je mleka, a jeśli już, to powinien pić z miseczki, no ale mama twierdzi, że to on przesadza i że jeśli tak lubię mleczko, to będę je pić i basta, a jak on chce zostać wegetarianinem i jeść same mlecze, to nic nie stoi na przeszkodzie i że wtedy zobaczy jak to jest fajnie!


Ostatnio mama zmieniła mi pokarm, bo mówi, że to dla kociąt kosztuje aż 47 zł i jest za drogie bo jem bardzo dużo. Pojechała więc kupić mleko dla dzieci i wybrała takie z kaszką ryżową, bo ja rosnę i potrzebuję jakiegoś bardziej treściwego pokarmu. Spytała się pani w sklepie jakiej to jest konsystencji, a pani powiedziała,że trzeba kupić smoczek z większą dziurką, na to mama:" ale ja karmię pipetką" pani spoglądając dziwnie i z nieskrywanym niepokojem: " ale dzieci karmi się smoczkiem" , a mama: " dzieci to ja już dawno wykarmiłam, a teraz karmię zająca". Wszyscy ludzie się na nią spojrzeli i pewnie uznali za wariatkę, ale dzielnie to zniosła i do domu wróciła z nową kaszką Nestle, która bardzo mi smakuje! Po jedzonku, jak zwykle dbam o higienę osobistą i bardzo starannie się myję.


A teraz opowiem Wam jaki horror przeżyłem, szczegółów nie ujawnię, bo tak jak już pisałem wcześniej moja mama to okropna histeryczka, więc lepiej żeby o wszystkim co się stało nie wiedziała. Był piękny, sobotni wieczór i po całym dniu pracy w ogrodzie, rodzice postanowili odpocząć i obejrzeć jakiś ciekawy film. Ja poszedłem sobie kicać do pokoju siostry, mama zamknęła mnie tam na zasuwkę, żebym czuł się bezpiecznie i żeby pies Pejk do mnie przypadkiem nie wszedł. Nastawiłem soje wielkie uszy i nasłuchiwałem, bo jakoś tak podejrzanie coś się w tym pokoju ruszało!


Film jak to film, trwał ze dwie godzinki i moja siostra mówi " a gdzie jest Vinga" na dworze lało, kot nosa by nie wyściubił, więc zaczęły się poszukiwania. Mama, z duszą na ramieniu i ze łzami w oczach, mało nóg sobie na schodach nie łamiąc wpadła do pokoju mojej siostry z takim impetem, że aż drzwi w ścianę uderzyły, a ja podskoczyłem ze strachu do góry! A Vinga ...leżał na łózku łypiąc na mnie zmrużonymi oczami. Co się tam działo przez ten czas, nie będę opowiadał, żeby mamusia na serce się nie wykończyła, bo i tak była ledwie żywa ze strachu! Reasumując : kocio-zajęcza integracja jest już za nami :) Ja mam ciałko w jednym , nienaruszonym kawałku, a i Vindze nic złego się nie stało.


W domu mamy ostatnio problemy wychowawcze. Otóż moje siostry są o mnie strasznie zazdrosne!!! Nurka mówi do mamy "...nic , tylko Adamek i Adamek...mnie tak nie całujesz i nie przytulasz cały czas..." , mama się broni i mówi, że jak ją przytula to Nurka mówi tylko...oj mamo, chyba za duża już jestem!...". No ale to młodsze dziecko! Ale któż by się spodziewał po kobiecie lat 20,5 , że będzie zazdrosna o zająca?!


Mówi, że mama nie nic nie ma czasu, bo albo jej nie ma, albo siedzi ze swoim zajęczym synem i, że chyba napisze do Drzyzgi z "Rozmów w toku", że czuje się nie kochana, bo ojciec bardziej lubi fretki , a mama zająca!


No i mama nie ma wyjścia, musi mnie czasami odstawiać, a całować i przytulać swoje zazdrosne, dorosłe dzieci! Mówi, że musimy stwarzać pozory i że to taki kamuflaż, a że ja i tak jestem najpiękniejszym zającem!
No proszę, tylko popatrzcie jak cudnie wyglądam z profilu!
Żadna z moich siostrzyczek nie ma takich dużych oczu, aksamitnego noska i miłego futerka!


Dzisiaj w ogrodzie spędziliśmy bardzo leniwe popołudnie. Skakałem obok mamy na fotelach, a nieopodal wylegiwały się psy.


Jak mama dalej będzie taka nieostrożna, to jeszcze niedługo zintegruję się i z nimi!

Ogród jest teraz piękny, kwitną rododendrony i azalie, kocimiętka i bzy. Mamusia wypuszcza mnie nieraz na trawkę z kojca, ale cały czas lata za mną spanikowana, że gdzieś ucieknę, bo przecież jest jeszcze dziura w ogrodzeniu dla kaczek!
A mówi, że do najmądrzejszych to ja też nie należę, bo nie reaguję jak mnie woła!
Poniżej na zdjęciach możecie zobaczyć, jak teraz wygląda mój nowy, większy wybieg...










Nawet do kuchni mamusia mnie ze sobą zabiera, bo kocha mnie bardzo!
A jak już zrobimy kolację ....


...to wtedy jak zwykle wieczorem, chodzę do niej skakać po łóżeczku i to są chwile które lubię najbardziej z całego dnia. Głaszcze mnie wtedy i przytula, a ja jej daję całą masę buziaków i pokazuję nowe, przeróżne sztuczki. Mama mówi, że w tym internecie to są idioci i że jakieś imbecyle tylko piszą, że zająca nie da się oswoić!

No, nie zawsze jestem taki słodki! Mamusia mówi,że wygląda przeze mnie jakby była masochistką, taka jest podrapana...no ale o tym napiszę innym razem.
Copyright © Utkane z marzeń , Blogger