wtorek, maja 19, 2020

Być jak Tasha Tudor - część pierwsza



  Tęsknota za czymś nieokreślonym

Odkąd tylko sięgnę pamięcią kochałam zwierzęta i przyrodę. U dziecka wychowanego w bloku,  na warszawskich Bielanach było to dosyć niespotykane, chodziłam po Lasku Bielańskim wsłuchując się w śpiew ptaków, na wiosnę ściągałyśmy buty i latałyśmy z przyjaciółkami w strumyku, wyciągając z niego szklane butelki po piwie i opony , w ramach oczyszczania świata ( ludzie kiedyś też śmiecili, tylko może bardziej ekologicznie, bo plastiku nie było ), robiłam pikniki w starym sadzie i godzinami patrzyłam przez okno, na wypasające się na przeciwko krowy..tak, tak Kochani, kiedyś w Warszawie żyły sobie spokojnie krowy, a świat wydawał się piękniejszy. Zazdrościłam koleżankom, które miały Babcie na wsi i wyjeżdżały na wakacje, moja rodzina od pokoleń mieszkała tylko w mieście, więc ten komfort, który dla moich koleżanek był udręką, dla mnie był szczytem marzeń. Później Rodzice kupili działkę i choć raczej bardziej była to miejscowość rekreacyjna, niż wieś, to jednak pamiętam jaką radością było dla mnie chodzenie z Mamą na targ, gdzie przyjeżdżały konie, gdzie mleko było sprzedawane w bańkach, pachniały pomidory i unosił się zapach słoneczników i floksów, które leżały obok świeżutkich serów i jajek. Marchewki z długą nacią, z których później gotowałam zupę na ognisku, świeże ogórki z octem, połykane tonami w ukryciu, bo Mama nie pozwalała, bo ocet niezdrowy, chlebki świętojańskie i kłosy zboża zjadane na potęgę, chabry, maki, rumianki i kąkole w zbożu, zabawy na miedzach, mgła nad polami i ten boski zapach  unoszący się wieczorem nad łąkami , kiedy biegałam,o zmierzchu i bawiłam się w chowanego, z poobijanymi kolanami i strupami na łokciach, wiecznie brudna, z posklejanymi w strąki włosami.. a Mama załamywała tylko ręce i pytała , dlaczego nie mogę być taka jak inne dziewczynki? No nie mogłam...inne dziewczynki bawiły się lalkami i były najzwyczajniej w świecie nudne. Ubrane w sukienki , czyste i pachnące , z włosami w warkoczach, a ja wiecznie słyszałam ,że wyglądam tak , jakbym świnię ssała. I właśnie to wszystko do dnia dzisiejszego wywołuje we mnie bliżej nieokreślony smutek, za innym życiem, bardziej prostym, w zgodzie z naturą i porami roku. Tęsknotę za radością jaką dawało łapanie majowych chrabąszczy i wypuszczanie z powrotem do rzeki ryb, które mój wujek łowił i nieświadomy wkładał sobie do wiaderka z tyłu. Jak tylko dorosłam, a Madzia miała roczek, uciekłam z Miśkiem na moją wieś.. To właśnie wtedy zaczęłam zbierać zioła i przeróżne dary lasu, chodziłam z Madzią na "kwiatki" , robiliśmy pikniki nad wodą i zakopywałyśmy "widoczki" pod szkiełkami. Jesienią zbieraliśmy grzyby, a zimą, codziennie o szóstej , chodziłam po chleb do sklepu, bo o siódmej już go nie było, a sklep zamykali około 8. Graliśmy w gry, dużo rozmawialiśmy, czytaliśmy książki, robiłam na drutach i szydełku, szyłam sama Madzi ubranka, bo te w sklepach były albo paskudne, albo w kolorze gaciowego różu , którego szczerze nie cierpiałam. Misiek zabierał nas na sanki, rąbaliśmy drewno i paliliśmy w piecu, a jak może raz w tygodniu usłyszeliśmy samochód, to lecieliśmy do okna , zobaczyć kto to :). To były jedne z bardziej szczęśliwych lat w moim życiu. 
 

Powrót do Stolicy

Co drugi tydzień, ponieważ jeszcze się uczyliśmy, musieliśmy na parę dni wyjeżdżać do Warszawy. Nie było wtedy pieców, które by podtrzymywały temperaturę, więc żeby rur nie rozsadziło, musieliśmy za każdym razem spuszczać wodę, sama podróż , zwłaszcza w zimę też pochłaniała mnóstwo czasu i pieniędzy, których w nadmiarze nie było, mieliśmy w końcu tylko po dwadzieścia parę lat. W momencie, kiedy zdechł mi ukochany pies, z bólem serca podjęliśmy decyzję o chwilowym przeniesieniu się, do Warszawy. Magda poszła do przedszkola, my do pracy, kończyliśmy szkołę i pomimo tego, że mieszkaliśmy sami z dzieckiem w trzypokojowym mieszkaniu, dusiłam się,...po pracy uciekałam z Madzią na łąki i marzyłam o tym, że kiedyś ucieknę z Warszawy i nigdy już tutaj nie wrócę. Szukałam długo, aczkolwiek budowa Trasy Toruńskiej, wycinka drzew, zasypywanie stawów i równanie z ziemią moich wspaniałych górek na których rosły kwiaty, przeważyły szalę dla zainteresowanych link...Poszukiwania .
 

Ucieczka na wieś

 
W końcu udało mi się uciec, znaleźć dom w upragnionej lokalizacji, co było szalenie trudne, bo pomijając kwestię finansową, nie było tutaj ziemi i domów na sprzedaż. Jedyna szansa to kupno gotowego domu, w momencie kiedy ktoś sprzedawał. Spełniłam swoje marzenia o domku w przecudnej, cichej okolicy, otoczonej lasami i rezerwatami przyrody...w ogrodzie chodziły bażanty, po ulicach dziki i łosie. Tu był mój raj, raj w odległości 20 minut drogi od Warszawy, raj, który miał trwać wiecznie, bo przecież puszczy nie można wycinać, a ziemi tutaj kupić się nie da. 
Tu było wszystko: lasy , łąki , pola, zwierzęta i ten upragniony spokój i cisza. 
 
 

Szara rzeczywistość

Wraz z wkroczeniem Unii Euroopejskiej wkroczyła również dewastacja środowiska. Puszczę zaczęto wycinać, przecudne piaszczyste wydmy,  zostały zrównane z ziemią , przez tych samych ludzi, którzy wcześniej stawiali tabliczki " Uwaga, wydmy pod ochroną " , zasypywano stawy, a w bagna wrzucano tony gruzu. Teraz stoją tu wszędzie nowe domy i obostrzenia dotyczące pozostawiania powierzchni biologicznie czynnej, szlag jakoś trafił i nikt już nawet nie pamięta, że takowe kiedyś były. Pobocza zostały pozbawione stuletnich dębów, bo odkąd jesteśmy w Unii, okazuje się ,że drzewa to najgorsi mordercy w tym kraju...stoją przy poboczach i same zabijają, więc nim one zabiją nas, lepiej się ich pozbyć, piaszczyste drogi przykrył asfalt, a ludzie którzy się tu przenieśli, chcą mieć dokładnie takie samo miasto na wsi, jak to, z którego uciekli. Budują nam ronda, a droga która kończy się puszczą, ma dokładnie takie same ogromniaste tablice jak na autostradach. To tak na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział jak dojechać do puszczy, jedyną , prostą drogą bez zakrętów...
Więc znowu uciekam, wsiadam w samochód i jadę dalej, tam gdzie nie widać dachów, chodników, tam gdzie nie ma asfaltu, a zajączki skaczą po polach...


 I w końcu, dla wytrwałych, przyszedł ten moment, żeby wyjaśnić, dlaczego właśnie

  Tasha Tudor

Dziwaczka, ekscentryczka czy może szczęśliwa kobieta?

Jestem zafascynowana tą wyjątkową kobietą od niepamiętnych czasów, kobietą która twierdziła, że jest  bardzo zacofana, ponieważ nie wierzy, że postęp jest piękny. Kobietą, która stworzyła swój własny świat, wypełniony radością, zwierzętami i roślinami.
Ale zacznijmy od początku:
Dla tych co nie wiedzą Tasha Tudor była bardzo znaną, amerykańską pisarką i jednocześnie ilustratorką książek dla dzieci. Tworzyła przepiękne, sielskie obrazki, przywodzące na myśl spokój , szczęście i radosne lata dzieciństwa. Ale choć podziwiam jej twórczość , to nie to, jest w tej kobiecie niezwykłe. W wieku 57 lat ( więc jakby nie patrzeć, jeszcze trochę czasu mam), zamieszkała w domu z ogrodem, który sama stworzyła. 
Żyła w zgodzie z naturą, otoczona ukochanymi zwierzętami, nie miała prądu, a po wodę chodziła codziennie rano, boso do studni. Nie używała pestycydów, za to hodowała kozy i kury, które dostarczały jej nabiał i nawóz, zbierała miód z własnej pasieki, w ogrodzie hodowała warzywa i owoce, z których później robiła przetwory, zbierała zioła, sama tkała materiały i szyła ubrania, oczywiście na wzór tych wiktoriańskich, łowiła ryby, nie miała zegarka, za to żyła zgodnie z porami roku. Na podwieczorki codziennie przychodziły jej dzieci i wnuki, a w wolnych chwilach, pisała i ilustrowała książki. Wieczorami dom oświetlały ciepłe płomienie świec, które sama robiła z pszczelego wosku, zaś w zimę robiła na drutach, grzejąc się w cieple kominka/
Stworzyła swój raj na ziemi, własny azyl, w którym szczęśliwie dożyła 92 lat, pozostawiając po sobie majątek w wysokości 2 mln. euro.
 
Wszystkich zainteresowanych, zapraszam na Pinterest, gdzie pod linkiem Tasha Tudor 
znajdziecie zdjęcia z sielskiego ogrodu i uroczego domku, żywcem przeniesionego z czasów epoki wiktoriańskiej.



Zaczęło się wiele lat temu ....

Na koniec, chcę Wam przytoczyć mój pierwszy tekst, który pojawił się na blogu. Słowa, które doskonale obrazują, dlaczego Tasha Tudor jest tak bliska mojemu sercu. 
 
...W natłoku obowiązków, codziennych spraw, małych radości i wielkich smutków, gdzieś obok, zupełnie niepostrzeżenie przemija życie. Po drodze gubimy dziecięcą radość, szczery śmiech, marzenia oraz niezłomną chęć do życia, którą daje jedynie dzieciństwo i młodość. Praca, dom i wieczne problemy powodują, iż zatracamy naszą wewnętrzną wrażliwość. Aż któregoś dnia zdajemy sobie sprawę z tego, że czasu pozostaje coraz mniej, że nie wiadomo jak i kiedy minął nam kolejny rok życia. Zmęczeni wracamy z pracy, siadamy przed telewizorem i nic nam się nie chce. Wtedy właśnie przychodzi moment wyciszenia i postanawiamy coś zmienić, zrobić coś dla siebie, zająć się tym co lubimy i wytyczyć na nowo życiowe priorytety. Mieliśmy przecież kiedyś tyle planów, tyle marzeń, chcieliśmy zrobić tyle rzeczy. Osiągnęliśmy już bardzo wiele, tylko brakuje nam czasu żeby to docenić i czerpać radość z tego co już posiadamy. A wystarczy przecież odrobina wewnętrznej mobilizacji, aby to zmienić i na nowo zacząć cieszyć się życiem, życiem które tak szybko przemija...
  

13 komentarzy:

  1. Śmieszna sprawa - od iks lat (a dokładniej od lat 12) mam wycięte z gazety (a dokładniej z amerykańskiego pisma Victoria) duże zdjęcie z cytatem o podróżowaniu. Miałam w zamyśle wrzucić je w świeże ramki - i właśnie dziś patrzę, a na odwrocie artykuł o Tashy Windsor! A to niespodzianka! Zrobiłam zdjęcie, żałuję, że nie mogę tu dodać :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym musi być...zdjęcie zawsze możesz dodać na FB. Aż sama jestem ciekawa. Ale albo słownik zamienił,albo mówimy o innej Tashy.

      Usuń
  2. Eliza zawsze byłaś mi bliska;) W ubiegłym roku pisałam Na blogu o Tashi Tudor. Inspirująca kobieta!
    Wydaje mi się, że pomimo postępu coraz więcej ludzi tęskni, za tym co proste i naturalne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana wiem😁,czytałam Twój post. A jeśli chodzi o ludzi,to też mi się tak wydaje. Gdzieś powoli następuje zmiana podejścia do życia i jest na tyle duża,że zaczyna być zauwazalna.

      Usuń
  3. Też jestem tą kobietą zauroczona, jej strojami, ogrodem...odwagą☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda?Trzeba mieć niesamowitą odwagę i to jeszcze w tym wieku ☺️

      Usuń
  4. A ja jej nie znałam. Chyba. Może gdzieś mi mignęła jakaś informacja o niej? Nie pamiętam. Dziękuję więc:) Teraz popatrzyłam, poczytałam. Tasha żyła tak, jak chciała, stworzyła sobie rzeczywistość, w której (chyba) była szczęśliwa. Nie wiem, czy miałabym aż tyle odwagi, ale i tak żyję po swojemu, coraz bardziej po swojemu. Natura, cisza - to moje światy. Hmm... Tak jakoś do 13 roku życia korzystałam z wygódki za domem, myłam się w misce, w wodzie grzanej na piecu, w którym trzeba było wpierw napalić, dobrze, że ta woda leciała już z kranu, a nie trzeba było ciągnąć jej ze studni (to też pamiętam - jeszcze z młodszych lat). Pamiętam, jak ciężko wtedy było moim dziadkom i rodzicom, na przykład pranie pieluch we Frani i gotowanie tych pieluch w kotle na piecu węglowym - kto teraz dobrowolnie by się na to porwał?;) Dlatego doceniam prąd w gniazdku, ciepłą wodę w kranie. Z wielu rzeczy rezygnuję, telewizora i radia nie mam od dawna, ale komputer, internet - owszem. Świat jest jaki jest, uczę się akceptacji tego, czego nie mogę zmienić, bo zwyczajnie chcę być szczęśliwa... Cieszy mnie to, że coraz więcej rzeczy przestaje mi być potrzebnych, rzeczy w szerokim znaczeniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym bardziej cieszę się że mogłam Ci przybliżyć choć trochę jej postać. Ja też nie byłabym w stanie że wszystkiego zrezygnować, może inaczej...byłabym w stanie,ale nie chcę. Internet to dla mnie oprócz to,rozrywki ,wspaniałe źródło wiedzy. Bez prądu raczej też byloby ciężko...ale sam sposób życia, podejście..są bardzo bliskie mojemu sercu. Mnóstwo dóbr doczesnych odrzucam i nie są mi zupełnie potrzebne. Kiedyś non stop oglądałam wiadomości...teraz nie mam ochoty nawet wiedzieć co się dzieje na świecie i czuję się szcEsliwsza...

      Usuń
  5. Ja też jestem zauroczona tą przesympatyczną Staruszką. Uwielbiam ją. Pozdrawiam, widzę swoje klimaty :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Widzę,że nie jestem odosobniona. 😁 Miłego dnia 🤗

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak bym czytała o swoim dzieciństwie. Miałam ,,rodzinę na wsi" To naprawdę wiele zmienia. Ileż to razy spadając z drzewa leciało się w pokrzywy. Do tej pory mąż i synowie są zdziwieni, że mam lajtowy stosunek do pokrzyw. - Mamo pokrzywy cię nie parzą? - pytają. Parzą - odpowiadam - ale co z tego. Pewnie mniej niż ich bo jestem zaprawiona z nimi w bojach i skóra pewnie inaczej reaguje. Ale pobyt na wsi to równiez pomoc i praca na niej. Umiem wiązać snopki i układać je. Kiedy ściągnęliśmy tu kury to byłam zdziwiona, że nagle, mnie mieszczuchowi, Warszawiance- z Mokotowa, jakby w głowie otwierały się zamknięte drzwiczki z różnymi informacjami. A to wiedziałam, jakie ziarno trzeba kupić. Nie umiał nazwać ale umiałam pokazać z różnych mieszanek. To było niesamowite.

      Usuń
    2. Za szybko wysłałam. Chciałam napisać, że mając rodzinę na wsi to łatwiej poczuć ten klimat. Dlatego, skoro Ty też to czułaś, tę miłość do natury, nie mając możliwości takiej jak ja ( czy twoje koleżanki) to tym bardziej zachwycająca jest twoja osobowość. Skąd taki gen? :) Pięknie opisujesz, ja najchętniej zatrzymałabym się w drugiej połowie XX w. Net jest fajny - ot mogłam poznać twój blog i wiele innych, ale jednak... mimo wszystko... wolałabym tamte czasy :)

      Usuń
  7. Ojej też jestem zachwycona tą postacią. Chciałbym tak kiedyś, cudownie zatrzymać czas dla siebie. Moja koleżanka z ławki mieszka w środku puszczy. Zazdrościłam jej do czasu, kiedy trafiłam na wylęg komarów. A miałam spędzić z dzieckiem kilka pięknych dni w lesie, haha, nie dało się wyjść z domu.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © Utkane z marzeń , Blogger