wtorek, 27 listopada 2012

Mój świat na opak…

Hejka Kochane, no i Ci nieliczni Kochani oczywiście. Znowu jestem, niestety chyba nie na długo. Właśnie wróciłam sobie ze szpitala, no dla uściślenia , to wróciłam  chyba 24.XI, ale cały ten czas przespałam. No, aż trudno mi w to uwierzyć. Jak z pewnością wiecie, tak przystosowałam swój organizm, że potrzebuję bardzo niewiele snu, aby zregenerować siły. A tu “suprajs”, spałam na okrągło, odbierałam jedynie telefony z pracy, bo rodzina i znajomi , to już nawet sumienia nie mieli,żeby dzwonić…no więc odbierałam telefony od pracowników, a właściwie dla uściślenia od pracownika,bo Kaś, to miał normalnie przyzwolenie na dzwonienie o dowolnej porze dnia i nocy:) Mówiłam co trzeba było powiedzieć, a przynajmniej tak się łudzę, że zbytnio nie bredziłam i spałam natychmiast dalej. Ja wiem,że dla ludzi sen jest normalnym zjawiskiem, ale Bóg mi świadkiem,że nie dla mnie. Po prostu mam za mało czasu w ciągu dnia i za dużo spraw na głowie, żebym mogła sobie pozwolić na dodatkowy komfort…nie wróć…ja tego komfortu nie potrzebuję. Budzę się normalnie, w zależności od okresu pomiędzy 4 a 6 rano, bądź też w nocy, jak dla niektórych i to mi w zupełności wystarcza :) Fajnie mam, nie ? Ile dodatkowego czasu na życie :)

Obraz 010-001 Obraz 011-001

Więc, wracając do tematu, od którego, jak to mam w zwyczaju notorycznie odbiegam, no ale przecież tyle rzeczy w międzyczasie człowiekowi wpada do głowy… no to wracając… spałam, spałam i spałam, budziłam się , jęczałam przerażona “o Boże” i spałam dalej. Hipochondrykiem, to ja raczej nie jestem, Ci co mnie znają, wiedzą,że raczej na odwrót, ale się normalnie wystraszyłam i stwierdziłam,że badania na cukrzycę sobie zrobię.A co! Może chociaż tego da radę uniknąć:) Ja nigdy, przenigdy w życiu tyle nie spałam, nawet po operacjach, gdzie mnie w śpiączkę farmakologiczną wprowadzili, nawet wtedy, jak mnie z sali wywozili, to mama mówi,że wszyscy to w maskach tlenowych wyjeżdżali i spali, a jak mnie wywozili, to od razu widziała,że to ja , bo machałam rękami i cały czas gadałam! Tym razem wszystko było na odwrót i powiem szczerze,że raczej niczego dobrego się nie spodziewałam po wynikach.Jak wiecie miesiąc “przed” przestaję przyjmować prochy, no i teoria , a i lata praktyki pozwalają posiąść wiedzę tajemną o tym jak się powinnam czuć, a czułam się zdecydowanie lepiej niż w tych samych sytuacjach przed laty. No więc, ja rozkminiacz jestem i wymyśliłam, że z pewnością coś musi odrastać, produkować TSH i dlatego lepiej się czuję, wiadomo…jak odrasta- to mogiła :). Mniej mnie bolało, cierpiałam na zdecydowanie niższy debilizm , niż zazwyczaj, a do tego całkiem dobrze widziałam i utyłam tylko chyba 4 kilo, co prawda i schudłam wcześniej sporo, no ale mimo wszystko! Gdzie hamowanie 15 metrów przed cudzym samochodem, bo się wydaje,że w dupę komuś wjeżdżam?! ( a propos Grabąszcza, w międzyczasie miałam dwa wypadki, no wypadek to może za dużo powiedziane, ale stłuczki, i żeby nie było NIE Z MOJEJ WINY- a to ja ślepa powinnam być!), ogólnie to jakoś wszystko mniej mnie bolało, mniej spuchłam i nawet do pracy chodziłam z mniejszym, niż zazwyczaj w takich sytuacjach wysiłkiem…Reasumując: czułam się podejrzanie za dobrze, a to paradoksalnie niczego dobrego nie wróżyło! Nadeszła godzina zero…do szpitala jechałam 3,5 godziny…pryszcz…zaledwie przez całą Warszawę, ponieważ ostatnio jechałam podobnie,więc tym razem wyszłam wcześniej, tak żeby się nie spóźnić.

Obraz 487-001Obraz 488-001Obraz 491-002Obraz 486-001   

Dziki atak śmiechu wstrząsnął mną, jeszcze na wioskach, przed rondem kiedy stałam w ogromnym korku, a ze wszystkich stron otaczała mnie kapusta, z pewnością naszpikowana ołowiem, od korzenia po sam czubek głowy!Tak się śmiałam, że na kolejnym 15 minutowym postoju w korku, usnęłam….widocznie już zaczęłam wtedy zapadać w zimowy sen :) Obudziło mnie trąbienie i znowu uczucie,że za dobrze się dzieje, bo wystarczyło nogę z gazu zdjąć ,żeby Grabąszcz zaczął się toczyć- on tak ma.Po 20 minutowym krążeniu po parkingu, gdzie od wjazdu napis głosił “BRAK WOLNYCH MIEJSC”, a innych miejsc musicie wiedzieć, tam nie ma do zaparkowania, bo wszędzie wbili słupki ( cwaniaki, bo na parkingu gdzie zawsze brak wolnych miejsc, za każdą nową godzinę, trzeba zapłacić 4 zeta), więc człowiek jakby wyjścia nie ma i krążyć musi,udało mi się wbić dziobem jeździdełka na chodnik , pomiędzy dwa samochody, a tyłek zostawić na środku ulicy.Stwierdziłam, że teraz na pewno wszystko wróci do normy, pech się zacznie i jak wrócę za parę godzin, to z dupy pewnie garaż będę miała. Karnie odsiedziałam w poczekalni, czekając na zarejestrowanie się przede mną 270 osób:) i po paru godzinach, udało mi się dojść do drugiej rejestracji :)))Nie da się ukryć ,że nasze szpitale uczą cierpliwości i pokory, no ale ja jak zwykle przygotowana…szydełko, igła, nitka…jakieś hafciki…

Obraz 512-001 Obraz 511-001

Jak wiecie, mojej karty nigdy nie ma, zawsze są zdziwieni,że znowu doszłam i jeszcze raz się udało. Więc, już chcę poinformować przerażoną panią z recepcji, która ewidentnie o mnie, rozmawia przez telefon, żeby się nie stresowała, bo karta nie zginęła, tylko do archiwum trzeba,że mnie zawsze wyciągają z powrotem z zaświatów :) Karta była! Wszyscy już czekali! Na mnie! Mało tego…miałam iść od razu na badania BEZ KOLEJKI! Co jest? Nikt mnie przeca wcześniej o samopoczucie nie pytał,żeby wiedzieć, że jest inaczej! Zawsze wchodziłam na końcu! Ha…rozkminiłam  …jak nic studenci znowu się będą na mnie uczyć! Jestem potrzebna , jako królik doświadczalny i przykład,że coś co powinno być pogrzebane w podziemiach, znowu , wbrew logice dopełzało do szpitala:) A proszę bardzo, niech się uczą, w końcu na kimś trzeba. Zrobili mi badania-bez kolejki! Weszłam na USG- studentów brak. Pan doktor powtarzał cały czas…pięknie, cudnie….hmmm….” Normalnie zaczęłam się bać, co on tam cudnego widzi, jak dziura tylko powinna zostać! Kolejne badania, znowu słyszę “…Pani K?…No K…to proszę do gabinetu, bez kolejki…” I tak cały dzień…wszędzie bez kolejki, wszędzie cudnie i pięknie, a do tego wszyscy mili i uśmiechnięci! A może ja tak jak Osioł już umarłam i nie zauważyłam,że wszystko jest raptem takie piękne ??? :) Może to nie była stłuczka, tylko wypadek poważny, zginęłam raptem, gwałtownie i tragicznie i dlatego nie pamiętam, a życie wydaje się cudne nawet na onkologii ? Od tych uśmiechów niespodziewanych ,od tych wszystkich cudowności i piękności, znajdujących się w mojej , zdecydowanie już mniej, niż kiedyś, pięknej szyi, zrobiło mi się bardzo dziwnie.Obraz 525   Obraz 520-001

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Obraz 523-001 Obraz 530-002

Wyszłam zbita z tropu, żegnana uśmiechami i życzeniami miłego dnia. Grabąszcz stał wbrew wszelkiej logice, również w stanie nienaruszonym! Kolejny dzień…wyszłam jak zwykle wcześniej…dojechałam w godzinę! Miejsce na parkingu, gdzie zawsze “ BRAK WOLNYCH MIEJSC” znalazłam natychmiast i nic nawet na ulicę nie sterczało O mamuniu…zaczyna się …kolejny , szczęśliwy dzień w raju. Podeszłam pod gabinet, na kolejne badania,kolejka…opóźnienie ok godzinki..usiadłam czekam, aż mnie wywołają..oczywiście bez kolejki… otwierają się drzwi, podrywam się z krzesła i słyszę…Pani S…? Jak to nie K..? No cóż, ja tam przygotowana jestem :) Szydełko, niteczki, hafciki…Weszłam….hmmmm…. po dwóch godzinach, leżę…wszyscy uciekli….machineria zniża się do mojej pięknej i cudnej szyi i zaczyna dymić….wiecie jak to jest ze mną i wszelkim sprzętem elektronicznym :) Dymi coraz bardziej, uruchamiają się alarmy i zaczyna wyć! Wbiegają ludzie…co Pani zrobiła…???!!!! No kurde, wzrokiem Bazyliszka ją spaliłam! No co ja jej do diabła mogłam zrobić ??? Proszę wyjść!!!Natychmiast- słyszę. Oki, oki…już spadam. Idę pod gabinet, gdzie wcześniej zaklepałam kolejkę, bo tak zawsze mamy robić. Mówię,że ja za tą Panią…kolejka zaczyna syczeć ze złości i oburzenia…. szkoda bardzo, przyjdzie sobie taka na końcu i się wpycha…ciekawe jeszcze ile takich,co tu niby było przylezie…wie Pani, ja przepraszam, ale wydaje mi się to jakby mało sprawiedliwe….no ja rozumiem, ale wie Pani…ja mam daleko do domu….Jednym słowem standard. Grzecznie tłumaczę,że ja bez kolejki, bo promieniuję i że to zawsze tak jest, nikt mnie nie słucha…kłótnia trwa. Zczołgałam całą kolejkę psychicznie, a wprawiona na dzieciach jestem, więc wychodzi mi to bardzo dobrze, dałam popis oratorski i grzecznie stwierdziłam,że i owszem ja mam czas, jestem przygotowana ( niteczki, hafciki, szydełko :) i szkoda mi energii i życia na kłótnie w kolejkach, więc proszę bardzo, ja przepuszczę, czemu by nie…proszę niech wchodzi, kto tylko ma ochotę….części jakby głupio się zrobiło, ale i tak weszli:) Reszta siedzi, tak gdzieś jeszcze na 4 godzinki stania, jak wejdą wszyscy przede mną…w sumie co mi za różnica, w domu i tak kwarantanna, więc gdzie mi się spieszy? Myślę sobie…maszyny dymią, ludzie nie chcą wpuszczać, jak zwykle…jestem w domu nie w raju…jednak nie umarłam :) Wszystko wraca do normy, aż tu nagle otwierają się drzwi i słyszę “….Pani K…? Ano K….proszę do gabinetu…”. Kolejka milknie speszona, mi mina rzednie…chyba jednak dalej nie żyję, to był tylko epizod w raju, jak nic! Szkoda…no bo wyniki…echhh życie, no ale w sumie jak złe, to niebo i tak blisko :)Wchodzę jak na szafot…ojej …przepraszam, nie mamy jeszcze Pani wyników, proszę zaczekać w poczekalni…Wychodzę z uśmiechem na twarzy i pytam…wiecie Państwo czym się różnimy? Odpowiada mi cisza… Ano tym,że ja się teraz czuję z pewnością lepszym człowiekiem niż Wy, a i tak weszlibyście  przede mną bez kłótni i awantur…i warto było tak na mnie wrzeszczeć ?:) Nie ukrywam,że czułam się wspaniale, jednak ludzie na starość robią się złośliwi :) Weszłam ostatnia…. i usłyszałam….pięknie, cudnie…ma Pani świetne wyniki:) Tak dobre, że możemy troszkę podwyższyć poziom TSH…nawet do 0,2…Tak świetne, że nawet zwolnienie skróciłam o dwa tygodnie :)Generalnie jak zobaczyłam ile napisałam, to doszłam do wniosku, że jednak straszna ze mnie gaduła! A wystarczyło przecież tylko napisać : Wiecie, mam świetne wyniki, jest ok :)

Dzisiaj już nie spałam, uczę się od rana, niedługo mam jakieś okropne egzaminy, a jak nie zdam,to wstyd będzie wracać,więc chyba wypowiedzenie będę musiała złożyć…Ychhh… w razie czego miejcie to na uwadze już dzisiaj, bo debilizm w wyniku nie łykania prochów znika bardzo powoli, muszę zejść z aktualnego poziomu TSH 187 do 0,2 :) To niestety trwa, a egzaminy lada moment i jakby nikogo nie obchodzi moje chwilowe zidiocenie :(

Obraz 582-002

Te fotki przeróżne, to jakieś stare.Gdzieś po drodze, zmieniały się pory roku, moje dzieci (większość na zdjęciu ), przychodziły i wychodziły,piekłam torty, Tośka miała imieniny w Halloween …mój poziom TSH był wtedy jak najbardziej w normie, to tak dla wyjaśnienia zdjęć, za to zastanawiam się, czy aby moje starsze dziecko nie powinno się przebadać, bo jej życzenia zszokowały nawet mnie :) Nigdy nie spodziewałam się,że niemowlakowi będę czarne torty piekła, miał być z nagrobkiem…ale ograniczyłam się do krzyża :)

A na koniec wyjaśnienie dla tych, którzy nie wiedzą o co kaman :) Ja zawsze przyjmuję za pewnik,że wchodzą tutaj tylko Ci, którzy mnie “znają od lat…więc dla niezorientowanych , proszę bardzo :

jeszcze wróciłam

Pozdrawiam Was cieplutko, życząc dobrej nocki, posyłając wirtualne buziaki i twierdząc ,że niebo jest na ziemi, a służba zdrowia przechodzi coś jakby na kształt reformy :) W czwartek wracam juz do pracy, później egzaminy i szkolenia, a tu trzeba by już wstawiać piernik dojrzewający i pierniczki chyba zacząć piec i pewnie dom sprzątać, po mojej bytności w zamknięciu…więc… niestety nie wiem kiedy znowu wrócę, ale staram się…no naprawdę się staram, choć wiem,że tak to nie wygląda :)

Buziole kochani i do usłyszenia :)

sobota, 20 października 2012

Sobota na Cytadeli

Staramy się myśleć jak najmniej i jak najwięcej śmiać. 15-go października pożegnaliśmy Lotkę…niby naturalna kolej rzeczy, a jednak tak bardzo boli…nikt już nie wali piętami o podłogę, w środku nocy, a ja i tak nie mogę spać. Tyle lat, tyle wspomnień, tyle radości i śmiechu..a teraz cisza i pustka…
I modlę się,żeby znajomi lub sąsiedzi, znowu czegoś nie kupili, co znudzi się po jakimś czasie, bo ja naprawdę nie mam już siły. Za każdym razem ubywa jakaś cząstka mnie, znika bezpowrotnie i nic, ani nikt nie potrafi jej zapełnić.
Obraz 230-001
Wbrew wszelkim przeciwnościom losu, pomimo sześciu kotów, zamieszkujących obecnie mój dom, staram się nie zwariować i dalej cieszyć życiem, a wiadomo…chcieć, to móc. Rano ocieram łzy, odpędzam wspomnienia, a na twarz przywołuję uśmiech,  później jest już z górki . Tak więc porzucam przykre tematy i wracam do szarej, a właściwie, bardzo barwnej codzienności. Grabąszcz się popsuł, a przynajmniej tak myślałam…Misiek we Wrocławiu, więc jakby nie miał mi kto sprawdzić co i jak. Rano wychodzę, wciskam guzik w pilocie…a tam nic, ani drgnie. Kluczykiem otworzyłam, piszczeć zaczął niemiłosiernie.Po przekręceniu cisza… jak nic pewnie coś z elektryką, szlag mnie trafił, bo jeździdełko , jest mi do funkcjonowania niezmiernie potrzebne.Myślę sobie, pożyczę samochód od Mamy, a w sobotę przywiozę jakiegoś magika i niech myśli co i jak. Niestety po powrocie z pracy, okazało się,że dom mi zalewa , a strumienie wody leją się po ścianach. Pękła bateria przy wannie i przelewało się przez strop do kuchni i salonu. Dzieci moje nie dość ,że ślepe (czytaj : post o pledzie ), bez powonienia i smaku ( czytaj: post o lawendowych ciasteczkach ), to jeszcze okazały się głuche! Woda lała się strumieniami , zupełnie jak w tężniach, a one mi mówią ,że nic nie słyszały! No ręce opadają normalnie. Dzwonię do Marcina i mówię ,że dom zalewa, powiedział ,że w nocy przyjedzie i odetnie wodę.Przy okazji jakoś wspomniałam o Grabąszczu, że bydle ducha wyzionęło i że może by go, jak już będzie, zaciągnął na warsztat. Wykład zrobiłam ,że jak nic to coś z elektryką musi być, bo nawet pilot nie działa. Misiek diagnozy dokonał telefonicznie….padła bateria w pilocie, a że pilot odcina immobilaizer, to z pewnością dlatego nie działa….wjadę gdzieś po drodze do Tesco i kupię.
Obraz 152-001
Obraz 217-002Obraz 169-001   Obraz 234-001
Nie wiedziałam już,czy śmiać się czy płakać…To była tylko głupia bateria, a ja zaangażowałam w to cały tłum ludzi i do tego zastanawiałam się cały czas, jak mam wywlec niejeżdżący samochód i przetransportować go na warsztat! Bateria jednak wcale nie okazała się taką prostą sprawą, Misiek i owszem kupił, ale takich dziwnych nie było, więc kupił większą i na jakimś pręciku podłączył, Grabąszcz otworzył się i odpalił, bez najmniejszego trudu, ale baterii nijak nie udało mi się upchnąć w pilocie. Zatrzymywałam się po pracy na różnych stacjach benzynowych, ale nikt takiej na stanie nie posiadał. I tu w końcu dochodzę do sedna sprawy, a mianowicie do dnia dzisiejszego.

Obraz 455-001 Obraz 165-001 Obraz 197-001 Obraz 322-001
Sobota i niedziela, to dla mnie czas odpoczynku ( nawet ze ścierą odpoczywam, to  u mnie taki specyficzny sposób relaksowania się :), czas poświęcony rodzinie i mniejszym lub większym przyjemnościom, czas spędzony w ogrodzie i na spacerach, ale nie w supermarketach, na zakupach. No chronicznie wręcz nie znoszę robienia zakupów, a już na pewno nie w weekend, kiedy to nie wiadomo dlaczego pół  Polski, w ramach rozrywki, pęta się po sklepach. Na zakupy potrafię pojechać w środku nocy do Tesco i wtedy jestem pierwsza w kolejce do kasy, nie przepycham się pomiędzy ludźmi, nikt mnie nie trąca, nie popycha wózkiem…a weekendów po prostu mi szkoda, na takie wątpliwe atrakcje.Ale dzisiaj nie miałam wyjścia, trzeba było pojechać po baterię, której nigdzie nie było. Tak więc, żeby dwa razy czasu na zakupy nie tracić, musiałam je zrobić w weekend.Stwierdziłyśmy z Madzią,że skoro już musimy jechać, to może wskoczymy przy okazji do jakiegoś parku, a żeby dnia nie zmarnować, więc wybrałyśmy ten najbliżej i padło na Cytadelę.
Obraz 236-001
Mamy samochodzik jest zdecydowanie mniejszy od mojego, a upchnięcie w nim Tośki wraz z fotelikiem i wózkiem, okazało się rzeczą bardzo skomplikowaną, aczkolwiek wykonalną. Problem był jedynie z wrzucaniem biegów, a konkretnie piątki i wstecznego. Zakupy zrobiłyśmy w tempie iście ekspresowym, baterię udało mi się kupić dopiero w piątym sklepie, ale na Cytadeli , byłyśmy już przed  południem.
Obraz 206-001Obraz 331-001
Obraz 451-001 Obraz 193-001
Tarzałyśmy się w liściach,chodziłyśmy ścieżkami, które przemierzałam tak wiele razy, karmiłyśmy nad stawem kaczki…
Obraz 280-001
Obraz 295-001
Obraz 315-002 Obraz 335-002 Obraz 414-001 Obraz 429-001
Obraz 435-001 Obraz 445-001Obraz 448-002 Obraz 474-001
Wróciły wspomnienia. Moi dziadkowie mieszkali na Żoliborzu Oficerskim, tuż obok Cytadeli, a później mój Tata, więc bywałam tam bardzo często i  muszę przyznać,że nie zmieniło się zupełnie nic…no może z wyjątkiem sesji ślubnych. … co jest dla mnie rzeczą zupełnie niezrozumiałą i paradoksalną…Pod Bramą Straceń, ustawia się kolejka młodych par i cierpliwie czeka na swoją kolej…
Obraz 460-001
Obraz 467-001
Obraz 468-001 Obraz 462-001
I choć zdecydowanie wolę swoją wioskę od Warszawy, to jednak uczciwie muszę przyznać, że są w stolicy takie miejsca, do których lubię powracać. Do domu wróciłyśmy przed zmrokiem i choć wiele się jeszcze wydarzyło, to jednak jestem zmuszona kończyć, bo ledwo patrzę na oczy.Może w końcu, uda mi się przespać noc.
Obraz 477-001
Obraz 483-001 Obraz 475-001
Pozdrawiam Was cieplutko,życząc słonecznej i pięknej niedzieli.
Dobranoc

niedziela, 14 października 2012

Niekończąca się opowieść…

IMG_2156-001 Czasu mało , sił jeszcze mniej.W pracy istne piekiełko, tłumy ludzi, szuflady zapchane dokumentami..za to w domu, chciałoby się powiedzieć, że spokój i cisza, wieczorami zaś, dobre wino i horror oglądany z nosem ledwo wysuniętym spod …UWAGA, UWAGA…NOWEGO, MILUŚKIEGO, CIEPLUTKIEGO, JESIENNEGO PLEDZIKA! Skończyłam.Ha, ha…uwierzyć nie mogę, bo tym razem naprawdę mi się nie chciało. Ile to trwało? Sama się zastanawiam, ale chyba z dwa lata:) Aż nie do uwierzenia, że ja już tyle czasu pętam się po blogosferze:) Ale obiecałam sobie,że skończę, a nie wiem czy pisałam,że obietnic to ja zawsze dotrzymuję. Nawet tych dawanych sobie:) W sumie to robienie tego pledu, było aż śmieszne , bo zaczęłam jak zwykle w zastraszającym tempie i wytrzaskałam  od razu ze 3/4 kwadracików, a że trzaskałam bez opamiętania, dla przypomnienia http://utkanezmarzen.blogspot.com/2010/10/po-prostu-kicz.html , to szło to szybko i sprawnie. Później wszystko ciepnęłam w kąt, ….jak widać na długie lata :) Po dwóch latach, przez trzy wieczory zrobiłam resztę kwadracików- to się chyba nazywa słomiany zapał ! Wstyd…zamieniam się normalnie w Miśka, a wszystko musi dojrzewać bardzo powoli.

IMG_2165-001 IMG_2161-001

Ale wracając do tematu, nie wiem czy ktoś zwrócił uwagę, na ten delikatny niuans…a mianowicie:“chciałoby się “ powiedzieć że spokój i cisza, wieczorami zaś, dobre wino i horror .Dobre wino jest, horror od biedy też się znajdzie. Ale o spokoju , a już na pewno ciszy, to można zapomnieć.

IMG_2146-002IMG_2151-001

Trzy dni temu, siedzimy wieczorem w salonie, ja otulona pledzikiem, sączę dobre wino, oglądam, zdecydowanie mniej dobry film i usiłuję się zrelaksować po pracy.Magda obok, Tosia śpi jak aniołek w bujaku…Nurki brak. Nagle dzwoni telefon i słyszę jak Magda mówi…mama jest w salonie ze mną, yhy, yhy…drzwiami..Z pewnością wszystkie matki znają to dziwne uczucie, a właściwie przeczucie, graniczące nieomalże z pewnością, że zaraz wydarzy się coś złego. Myślę sobie: dzwoniła Nurka…jak nic, to ona…coś jest nie tak !!! Bo niby po co się pyta gdzie mama ????!!!!!  Nastukał się pewnie małolat i teraz chce przemknąć, koło mnie niepostrzeżenie! Wzmogłam czujność i ledwo trzasnęły drzwi , wyskoczyłam jak z procy.

IMG_2145-001 IMG_2154-001

Dominika się rozbiera, a ja mówię : boszzzzzz…jak tu fajami śmierdzi- paliłaś! Nurka popatrzyła się na mnie i mówi :nie paliłam. To jak nic piłaś!- rzucam oskarżycielskim tonem…wiadomo czasy trudne, trzeba strzelać w ciemno, a nuż się do czegoś przyzna:) - Chcesz , to ci chuchnę- odpowiada. Jak nie paliłaś i nie piłaś, to znaczy ćpałaś!!! Oj mamo, nic nie robiłam, naprawdę! To czego się śmiejesz tak głupio???  pytam, i w tym samym momencie dostrzegam,że ona dalej ten płaszcz zamiast odwiesić na wieszak trzyma przed sobą i jakiś on dziwnie wielki się wydaje i wybrzuszony i o Boże! ON SIĘ RUSZA! Co tam masz ????!!!! Nic z tego, nic nowego tu nie będzie mieszkać! Mamo….jęczy Nurka, mamo….słyszę za plecami  jęk Magdy …schodzi Misiek…gdzie te koty??? Koty ???!!!! Koty ?????!!!!! Nie ptaszek ze złamana nogą???!!!, Nie biedne, potrącone zwierzę, które po rekonwalescencji wypuścimy na wolność ???!!!!! Nie jeż – jesienna sierota ????!!!!! Nawet nie kot SZTUK JEDEN ????!!!!!- Tylko  KOTY!!!!!! KOTY!!!!! Dla uściślenia…TRZY KOTY!!!!!

Obraz 035-001

No więc ja teraz w sprawie tych kotów….uratowanych przed utopieniem w szambie.

Obraz 067-002

Ja wiem, że ona nie mogła ich zostawić. Ostatnio, odebrałam ją zapłakaną..nie zdążyła zabrać…pięciu kotkom, ktoś skręcił kark. A teraz…Jeden kotek, ten który wyglądał prawie tak jak Inka- już znalazł swój domek. Zostały te dwa na zdjęciach poniżej. Jeden wytrzeszcz i jedna damulka, która ponoć nawet chodzi jak arystokratka. Wytrzeszcz jest boski…strasznie zabawowy i wesoły. Po trzech dniach, załatwiają się już do kuwetki…i…bardzo się kochają…może ktoś…chciałby przygarnąć oba ???, jestem w stanie je dostarczyć w okolice Warszawy- tak do 100 km..  Szkoda by było rozdzielać….Kotki mają podobno ok. 3 tygodni. Zdjęcia nie są najlepsze, ale ja staram się z nimi przebywać jak najmniej, nie chcę się przywiązać, bo będzie tak samo jak z Mafją (przez J  ) , ale nie mogę, no nie mogę mieć sześciu kotów….

Obraz 080-001Obraz 084-001

Za oknami już świta, mgły unoszą się w ogrodzie…cały dom śpi, a ja piszę do Was i nie ukrywam,że mam cichutką nadzieję…

Obraz 076-001

Obraz 077-002

Obraz 032-001Obraz 082-001

Za oknami dawno już widno, a ja mam wrażenie,że ten post się nigdy nie skończy. Cały czas ktoś lub coś mi przerywa. Lotka jest bardzo chora, ma nowotwór nadnerczy.  Nie spałam dwie noce…z piątku na sobotę, myślałam,że to koniec..leżała przytulona,patrząc mi w oczy. Całą noc biłam się z myślami i w sobotę postanowiłam zadzwonić do szefa, żeby przyjechał i skrócił jej cierpienia. Nad ranem zwężone oczka jakby trochę się bardziej otworzyły, później stanęła znowu na nóżki i zaczęła wspinać się po kratach… :) Odetchnęłam z ulgą. Wiem,że to już niedługo, ale cieszę się,że jednak jeszcze nie teraz .Mamy świadomość,że będzie miała ataki, ma nawet specjalne lekarstwo na uśmierzenie ewentualnego bólu. Teraz znowu bryka po klatce i choć widać,że jest już stareńka, czuje się dobrze. W końcu odetchnęłam z ulgą i przespałam całą, no ..prawie całą noc, bo o czwartej obudził mnie jazgot i wycie. Osioł też, jak wiecie, jest starszy od węgla.Chudy niemiłosiernie, pomimo dobrego apetytu, zachowuje się dalej jak szczeniak, a ja jak zwykle popełniłam tragiczny błąd i widząc jak temu biedakowi ciężko jest chodzić, słysząc jak kostki , klekoczą o podłogę , gdy się na niej kładzie, pozwoliłam kanalii wchodzić i spać na kanapie…w końcu starość ma swoje prawa. Pozwoliłam…dwa lata temu, bo myślałam ,że już biedak zaraz zejdzie. Nic z tego, ani myśli ( dziki Bogu zresztą ) Bydle zaanektowało kanapę, zabiera wszystkie poduszki i …warczy jak ktoś usiłuje go ściągnąć i na dwór wywalić! Warczy okrutnie, gulgocze tak,że aż ciarki przechodzą po plecach…Teraz tu on jest panisko! Czasami jak weźmie za mały rozpęd, nie może wskoczyć- wtedy muszę mu tyłek do góry podnosić, bo pazurami drapie całą kanapę. Kanapa jest w stanie szczątkowym, zniszczył ją okrutnie, skóra poorana pazurami…no ale kto by przypuszczał,że on będzie jeszcze tyle żył :)W maju skończył 15 lat. Od dwóch co najmniej, symuluje zejście w zaświaty :) Marcin mówi,żebym dobrze sprawdziła, bo może on jest zombie, zdechł w międzyczasie, a my nie zauważyliśmy i teraz leży tylko, rozkłada się za życia (?) i śmierdzi.:) Ale wracając do wycia…Za oknem jeszcze ciemna noc, a wycie rodem iście z horroru…zerwałam się na równe nogi, o mało nie spadłam ze schodów, wpadam do salonu, a tam…leży Osioł i wyje! Nogi jakoś dziwnie powykręcane, podłoga cała opluta i zasikana…O matko, co mu jest???!!!! Teraz on ma jakiś atak, myślę przerażona . Zdycha…jak nic i to w jakiś okrutnych męczarniach, jazgot jest tak okropny,że musi go strasznie boleć! Szef trochę daleko,muszę go obudzić, nim przyjedzie, minie pewnie z godzina…biedny Osiołek, biedny piesio- myślę spanikowana, a serce zamiera mi z przerażenia. Wiecie jak to jest, nim jeszcze zdążycie podejść i zobaczyć co i jak, już w głowie ułożony cały plan, już wiecie co dalej robić, już wyliczacie i kalkulujecie A Osiołek- jak to Osiołek…wiecznie coś gdzieś wsadzi, jak nie głowę, to inną część cielska swego łaciatego!  Tym razem, wepchnął kopytko w wózek, pomiędzy koło i półeczkę- jak próbował wyciągnąć- obrócił razem z kółkiem i zaklinował się na amen. No i trzeba było pańcię wyciem , z góry ściągnąć na pomoc. Noga już dawno uwolniona z prętów, za oknami znowu wstał dzień, Tosia “zeszła “ już do salonu, więc kończę…i tym razem w końcu uda mi się skończyć – dzięki Osiołkowi

 
>