niedziela, 12 lutego 2012

Dom grozy i śmiechu

Choćbym nie wiem jak się starała tutaj częściej zaglądać, to i tak nie daję rady. Zima , jak co roku zresztą , daje nam się ostro we znaki. Specjalnie nie narzekam, bo ja lubię sytuacje ekstremalne i przeróżne wyzwania. Trzy lata temu, przeżyłam zrywanie podłóg na górze-zamarzły rury od c.o., dwa lata temu- prucie ścian u Nurki i zrywanie boazerii u Magdy – inna rura c.o. i niestety od wody, więc prawie całą zimę ogrzewaliśmy studnię farelką – w domu zimno- ale za to w studni jak ciepło!, W zeszłym roku, dla odmiany , Misiek , postanowił nas, z bliżej nieokreślonych przyczyn ( aczkolwiek , podejrzewam rachunki ), przerobić na eskimosów i ostro hartować, w tym roku się nie dałam..nauczyłam się obsługi pieca i przeróżnych regulatorów temperatur i w domu mam 20 stopni, ale za to..znowu zamarzły rury od wody i pompa. Dmuchawami je traktowaliśmy i w efekcie, temperatura momentami sięgała prawie 30 stopni…z dwojga złego , wolę chyba jednak zostać polarnikiem, bo różnica , pomiędzy tym co w domu , a tym co na zewnątrz- była po prostu zabójcza. Rury odmarzły, pompę niestety musieliśmy kupić nową. Tak więc w tym roku, zostałam z rozprutą ścianą w sypialni, i w holu na dole, ale przynajmniej po dwóch tygodniach, znowu wszystko wróciło do normy.

IMG_9259-1IMG_9236-1

Przyczyną wiecznego zamarzania , przeróżnych elementów w naszym domu są ….kuny. Te urocze stworzenia boże, pomieszkują z nami na stałe od 13 lat. Na początku, usiłowaliśmy je wyłapać. Zadzwoniłam do centrum KPN, rozstawiliśmy ekologiczne pułapki z jajkami- bo kuny je uwielbiają i czekaliśmy. Jajka znikały- kuna w życiu się w to nie złapała. Zaczęłam czytać jak wypędzić kuny- otóż pomóc miała głośna muzyka, pomóc miały też psy- bo kuna nie mieszka tam, gdzie są psy…otóż nasza kunia rodzina i owszem…mieszka i ma się bardzo dobrze. Biegają po rynnach w takt muzyki, a na psy spoglądają z góry z wielkim zaciekawieniem…zobaczyć je można rzadko, za to usłyszeć…zawsze wieczorami . Z kunami tak to jest, że zamieszkują obszar od kilku, do nawet kilkudziesięciu km 2. W jednym domu, potrafią sobie zrobić spiżarnię i jadalnię, składując np. zagryzione myszy, ptaszki i inne zdechliny , w drugim..toaletę, i to też koszmar , bo wszędzie cuchnie, a wiem o czym mówię, bo osobiście kuna mnie obsikała! Stałam sobie otwierając drzwi wejściowe, a tu nagle coś leje na mnie strumieniem wartkim z podbitki, o mamuniu, jak się przestraszyłam. Na początku , dokąd to, nie usłyszałam, charakterystycznego psi, psi…myślałam,że to rura pękła, na szczęście, to była tylko kuna, która najwyraźniej nie zdążyła dobiec, do swojej toalety ( pewnie u sąsiada :). Tak więc, kunia rodzina, zamieszkuje wiele domów, u nas na szczęście, zrobiły sobie salon schadzek, salę porodową i bawialnię.

IMG_9255-1IMG_9220-1

Na jesieni, nasz dom przypomina dom grozy z najgorszych,koszmarów. Kiedy na dworze jest ciemno, a w domu pogasną wszystkie światła i domownicy grzecznie położą się w swoich łóżkach, zaczyna się prawdziwy horror. Na zewnątrz, u Pana od cytrynowej kosiarki, który to padół ziemski opuścił w zeszłym roku, buja się huśtawka, przeraźliwie skrzypiąc , jęcząc i zawodząc…skrzypi pewnie i w dzień, poruszana wiatrem- tylko wtedy nikt nie zwraca na to uwagi, ale w nocy….. Pan od koparki- prawie tak samo mocno jak swą cytrynkę, ukochał ową huśtawkę, którą to wyspawał z prętów różnych i na której uwielbiał się huśtać. Dbał o nią, oliwił, więc chodziła cichutko i nie było jej słychać. Teraz kiedy za oknami hula wiatr, huśtawka jęczy, skrzypi, zawodzi..przyznam się,że nawet mnie czasami przechodzą ciarki po plecach i idę do okna, spojrzeć czy on tam, aby na pewno nie siedzi. Później zaczyna się cichutkie kwilenie, jakby dalekie, odległe…tak jakby dziecko płakało pod kołdrą i nie chciało, żeby je ktoś usłyszał. Słychać charakterystyczne nawoływania i juz wyraźny, głośny płacz dziecka, który momentami zamienia się w przeraźliwy, upiorny wrzask. Kto nie wie, że to kuny zaczynają swój okres godowy… ucieka przerażony.

IMG_9225-1IMG_9241-1

Zima mija nam spokojnie, bo kuny na ogół są bardzo cichymi zwierzątkami i tylko czasami, słychać tupot małych łapek nad głową. Za to wiosna wita nas śmiechem i ogólna radością.Po 8-9 miesiącach, na świat przychodzą malutkie kuniątka w ilości podobno ok. 8 sztuk - (nie wiem,bo nigdy ich nie widziałam wszystkich razem ) i zaczyna się szczęśliwe życie rodzinne i wieczorno- nocne harce. Kuniątka,, rozrabiaki niesamowite, śmieją się bardzo głośno i perliście, wbiegając na szczyt kalenicy, przekręcają się na grzbiet i zjeżdżają na sam dół po folii..niestety razem z wełną ocieplającą strop. Znaczy podejrzewamy ,że wełna to już od lat leży na samym dole, najgorzej, to jest chyba u nas w sypialni, jak wiecie, dach nad głową mam w kształcie ogromnego, wysokiego trójkąta i to właśnie on, służy kunom za zjeżdżalnię. Po ostrej jeździe w dół, zaczyna się przepychanka i wspinaczka na szczyt…kto pierwszy ten lepszy, maksyma stara jak świat i jak się okazuje znają ją nie tylko ludzie. Kuny krzyczą, piszczą, śmieją się , spychają…Jak w berka- to tylko po rynnach, na około domu…, w chowanego – chyba też się bawią, bo czasami słychać tylko cichutki tupot, później długo , długo nic…i raptem wrzask w zupełnie innej części domu, a potem śmiech - pracowałam kiedyś w przedszkolu – jest podobnie :)

IMG_9256-1IMG_9237-1

Na początku mieliśmy potworne dylematy, spać człek nie mógł,- bo nieprzyzwyczajony w takim hałasie, pierwsze nocne wrzaski- przyprawiły mnie o palpitację serca, tym bardziej,że w naszym domu umarł kiedyś poprzedni właściciel. Teraz naszych kun i kuniątek nie oddałabym za żadne skarby świata..leży człowiek niekiedy ze zważonym z deczka humorem, przytłoczony problemami dnia codziennego, a tu raptem rozlega się śmiech…słodki, szczęśliwy, radosny i tak niesamowicie zaraźliwy, że już nie sposób dłużej się martwić. Problem jest tylko jeden, brak ocieplenia całego już chyba dachu, bo oprócz zjeżdżalni, kunie mamy robią sobie w wełnie mineralnej gniazdka, gdzie rodzą i wychowują małe, a jak brak ocieplenia to i zimniej w domu i wyższe rachunki za gaz, bo piec kręci jak szalony, usiłując utrzymać te moje ulubione 20 stopni. Myśleliśmy czy nie wstawić kratek i nie zagrodzić dostępu do domu, ale przecież kuny też się muszą gdzieś schować i bawić i wychowywać dzieci, więc póki mam jeszcze na te rachunki, to niech tam…jakoś damy radę, a rury można odmrażać . Moja Mama zresztą kun nie ma , mieszka w Warszawie, w bloku na trzecim piętrze i też jej rury z wodą zamarzły :)

IMG_9261-1IMG_9253-1

Reasumując, nie mam czasu..naprawdę. Wracam do domu w okolicach 19.30 , soboty i niedziele wolne, ale wtedy nadrabiam zaległości rodzinne i czasami sklepowe. Dzisiaj właśnie nabyłam domek dla ptaszków, na zdjęciach powyżej i się chwalę, bo naprawdę nie mam czym innym oprócz rozwalonego znowu domu :) Pojechałyśmy z dziewczynami przed basenem do sklepów, tam urody wielkiej paterka z klosikiem była..i domeczek ptasi…więc dylemat. Szkła mam tyle,ze wiem,że nie powinnam, no ale ona taka cudna, myślę spytam dziewczyn co lepiej paterkę czy domek…odpowiedział mi chórek…domek mamuś! No to pytam, dlaczego domek? , przecież go nawet nie widziałyście!- Nie szkodzi- piękny jest- tylko nie paterkę, bo w tym domu, to już strach chodzić! Kalusy jedne! Chodzą i tłuką! Mówię więc..poproszę domek …i paterkę :))))

IMG_9245-1

Paterkę , to pokażę następnym razem, bo muszę coś, do niej wsadzić, a dzisiaj jak przyszłam,to padłam. Też bym nie napisała tego posta, gdyby nie mój pies stróżujący! Nurek poszedł spać- myślę, może i ja się kimnę …nie sypiam nigdy w dzień, bo czasu mi szkoda, ale jakaś taka zmęczona po tym pływaniu byłam, że postanowiłam wykorzystać całe 60 minut na regenerację sił. Niestety, mój pies paskudny, co to miłością do mnie pała ogromną, zdziwił się strasznie,że jego zazwyczaj ruchliwa pani, na łóżku w ciągu dnia spoczywa. Stwierdził widocznie,że faktycznie muszę się źle czuć, więc postanowił przejąć obowiązki i pilnować obejścia. Usiadł psi syn w oknie i zaczął szczekać na wszystko co się ruszało, po 20 minutach, nie wytrzymałam i wstałam. Nawet ulżyć sobie nie mogłam i go porządnie ochrzanić, bo przecież on tak z miłości. Normalnie jak chodzę po domu , to nie szczeka :( No , a jak już się zwlekłam i z powrotem do pionu postawiłam, to przynajmniej na siedząco chciałam odpocząć chwilkę, więc napisałam w końcu cosik. Rury działają, pompa chodzi, w domu ciepło i cicho, kuny już w stanie błogosławionym, leżą zagrzebane w ciepłej pierzynce z naszego ocieplenia dachowego, rachunki rosną, więc byle do wiosny :)

Pozdrawiam Was cieplutko.

59 komentarzy:

polinne pisze...

nam strzeliła pompa przy -25 C, potem zamarzły rury, rozgrzewałam suszarką do włosów, a w domu rześko było, 8 stopni; kunia opowieść boska, pozdrawiam ciepło

Joanna pisze...

hej...
hm to nieciekawie masz z tym grzaniem...u nas zamarzały rury tylko w jednym miejscu - takie małe kolanko wystające w garażu ale...w ubiegłym roku zrobiliśmy wylewkę i ...odpukać jest w wszystko w porządeczku a temperatura była jednej nocy powyżej 30 na minusie...
też nauczyłam się ' piecowania '...nawet M nazywa mnie starszym palaczem...hihi
jednak mamy też błędy mieszkaniowe czyli okna... w kuchni mam za małe...
współczuję Ci godzin przyjazdu do domu ... i wierzę, że jesteś zmęczona...
nie wiedziałam,że kuny zbliżają się tak mocno do czlowieka..
pozdrówka zimniste...

nabiegunachArt pisze...

Czytam Pani bloog od kilku dni, z zapartym tchem. Trafiłam na niego całkiem przypadkowo. Wspaniałe, głębokie przemyślenia i humor pomimo przeciwności i cała ta magiczna otoczka sprawia, że chce mi się żyć i cieszyć z tego, co mam. Na nowo. Dziękuję :)

warrior of love pisze...

Super! Wesołe masz życie z tymi kunami, ale ci nie zazdroszczę. w dzieciństwie mieszkałam w drewnianym domu, z tapetami, a pod nimi myszy domowe. Podobne harce po zmroku, piski,bieganina. Nie pomagały trutki i koty w domu.
Pozdrawiam

Mirelka pisze...

:):):):) żyć nie umierać :):):):)

Blue pisze...

Uśmiałam się po pachy jak czytałam Twojego posta, uwielbiam to robić.Cudownie piszesz. Fajnie mieć takich współlokatorów, pocieszą, podniosą koszty utrzymania:):):):):):) Cieplutko pozdrawiam, a może ocieplić sufit od wewnątrz?

Alicja pisze...

Elisse..widze ze masz wesolo z tymi kunami..a ja mam moc wiewiorek rudych i czarnych..podchodza pod drzwi domu i czekaja na orzechy,nasz dom stoi tuz przy lesie..swietna ta klatka dla ptaszka..pomysl na wiosne juz zgapilam i jutro wybieram sie na poszukiwanie klatki.Podoba mi sie Twoj styl fotografowania..pozdrawiam milo:)

HANNAH pisze...

zastanawiam sie czy nie załozyc fundacji, która pozwoliłaby ci życ z pisania postów blogowych. buziole

Piuma (Asia) pisze...

Uwielbiam Twoje pisanie. Czy Ty wydasz kiedyś książkę? Pozdrawiam

alaska pisze...

No wiesz Elizo, Ty to zawsze mnie zaskakujesz Tymi historiami! Jakie jeszcze perełki w tym Twoim życiu niesamowitym się znajdują?! :) Pozdrówki, ciepłe :)

An-na pisze...

Istny kataklizm! Mieszkałam kiedyś przez miesiąc w wojskowym namiocie ze stadkiem popielic. Życie nocne pod podpinką namiotu kwitło mimo naszych niemrawych sprzeciwów. Działo, się działo!

alaska pisze...

Elisse, a jeśli chcesz obniżyć rachunki za gaz, bez uszczerbku dla kun, to namawiam do ocieplenia sufitu (przynajmniej w sypialni) od wewnątrz, tj. do sufitu od strony pokoju przymocować wełnę w płytach (wygląda to tak: http://www.artbud.pl/_var/gfx/f18881f34c8c93629d909dfd15f381cb.jpg ) plus obudowa płytami g-k, które można z łatwością pomalować czy obić boazerią. Operacja zajmie najwyżej jeden dzień, a dla kogoś tak zaprawionego w bojach remontowych to pewnie i pół. Nie jest to rozwiązanie popularne, ale możliwe i w szczególnych warunkach stosowane. Obniży pomieszczenie zaledwie o grubość wełny (10 lub 15cm) i płyty (1cm), a więc niewiele, a zaręczam, że straty będą o niebo niższe.

Brydzia pisze...

Uwielbiam czytać te Twoje opowieści!!! Domek cuuuudny:D
Pozdrawiam cieplutko!!!

House Full Of dreams .blog pisze...

Opowieść troche jak z dreszczowca , czytałam na jednym tchu , z tą huśtawką to bym nie wytrzymała i chyba w kapciach i szlafroku bym biegła ją naoliwić , domek urody cudnej , pozdrawiam

kaja pisze...

No to ja kochana Elizko Ty moja w kwestii kun Ci dodam ,ze mój starusienki dom ,a dokladnie strych-również zamieszkiwały kuny i kuniatka i cała banda ich tam była...kupe lat !Spod dachówki właziły i jak mój tatus sie zaczajal,to one tak mu pieknie w oczy patrzyły,ze az je polubił!

Buszowaly w stertce drewna ,nanosiły sobie tam orzechów z zapasów mojej mamy...tanczyły cały wieczór nad głowa!!
Był pan z zakładu deratyzacji z radami dobrymi ...do bani!!

I tak wieki tam mieszkały!
Zmienilismy dach kochana,cały ,calusienki,nowy-250m kwadr i wtedy sobie poszły ,bo panowie tam walczyli 2tygodnie!!

A teraz ...smiejemy sie ,ze sie mszczą...juz trzeci raz przegryzły przewody w aucie mojego meza i rano juz trzeci raz nie odpalil,auto na lawecie jezdzi do salonu do naprawy a panowie z niego leja!!:)

I jeszcze czasem kromki chleba leza pod maska...wiec u niego maja jadalnie!:)

ooooooo....masz jeszcze jakies pytanie kochana!?!?!?!?!?:):)

Niby smieszne ,ale nie!!oBydwie wiemy!!

Pozdrawiam ciepło!!

Aaaa....rurua od cieplej wody nam tez zamarza!!:)


sciskam kaja

Dani pisze...

Niesamowite ;)
Słyszałam, że z kunami jest duży problem, ale nie przypuszczałam, że życie z nimi jest aż tak "malownicze". Podziwiam, że dajesz radę :)

Moje marzenia pisze...

..oj byle do wiosny..
..podziwiam za cierpliwość do "kunowatej" rodzinki :)

mazanka pisze...

pięknie u ciebie ...
pozdrawiam

Iz pisze...

Zrobiło się u Ciebie tak wiosennie ...

Bella pisze...

Ależ bym chciała usłyszeć ten kuni śmiech:)

Docia pisze...

Domek śliczny. :) Teraz ptaszki będą miały raj. ;) Jestem ciekawa paterki. :)

Anonimowy pisze...

Kochana Elisko! Dziękuję za pełen śmiechu wpis. Z Takimi sąsiadami jak Wy to nawet i diabłu byłoby wygodnie mieszkać, czego osobiście nie życzę nikomu, dużo zdrówka i uśmiechu ;) hel

audrey60 pisze...

Skąd Ty bierzesz tyle siły na takie pogodne podejście do życia? Kuniątka są cudne dopóki nie nadgryzą czego w aucie i to się w czasie jazdy nie urwie ;(. Wtedy już nie jest tak wesoło. Ale ja pewnie, gdybym miała je w domu, podobnie postąpiłabym. Uwielbiam futrzaki :).
Pozdrawiam ciepło.

Magmark pisze...

Już za niedługo wiosna ! Głowa do góry :) U Ciebie już wiosennie na parapecie :)

Anonimowy pisze...

zajeb... piszesz :)

Anonimowy pisze...

Ty to chyba nawet kataklizm potrafiłabyś opisać humorystycznie!!! Dobrze, że masz dystans do siebie i do świata - niejeden (lub niejedna) by się w takich sytuacjach załamała.
Podziwiam i podzielam Twój stosunek do kun - na przeciwnym biegunie od razu widzę ludzi, którzy nawet zmarzniętego kota w piwnicy nie tolerują (wypowiadali się tacy w telewizji -zgroza ogarnia!).
Wiosna u Ciebie na parapecie, domek z ptaszkiem uroczy!
Ninka.

Anonimowy pisze...

Elizko kochana mam prosbe do Ciebie pisz częściej uwielbiam Twój blog.Pozdrawiam Cię serdecznie Agnieszka

Joasia pisze...

o mamuńciu popłakałam się ze smiechu !!!!!! Kobieto Ty zamiast siedzieć w tym banku bierz laptoka lub pióro i książke napisz !!!!!! bestseller murowany i ja pierwsza po autograf ju staje

MeaArt pisze...

Z wielką radością czytałam o Twojej kuniej rodzince ;-))) Znam problem, bo u nas latem do letniego działkowego domku wprowadzają się myszy. Wieczorami zaczyna się bieganina, piski, radochy chyba też mają mnóstwo. My mniej. Kiedyś zabrałam kota na działkę, żeby je troszkę postraszył, bo łapki nie nastawię, ale gdzie tam! Kot mocno spał, myszy szalały :-) Wrócił więc za karę do domu ;-)
A nasz pies pasterski najbardziej jest czujny i szczekający, gdy tylko zauważy, że chcę się w dzień przespać - pańcia leży - należy głośnym jazgotem przeganiać wszystko i wszystkich! ;-) Pozdrawiam cieplutko!

Anonimowy pisze...

Uwielbiam czytać te Twoje wywody, dla mnie są one świetnym rozpoczęciem ferii.Trzymaj się ciepło Elizko!Pozdrawiam!

Ps.Dziękuję opatrzności ,że w moim domu nie pomieszkiwają tacy goscie.

Kamila pisze...

Elizko, wiem o czym piszesz.
W moim rodzinnym domu, kuny upatrzyły sobie wspólny strych, jako miejsce wieczornych harców. Zanim jeszcze zorientowaliśmy się kto pomieszkuje na nim, sąsiedzi patrzyli podejrzenie na nas (właścicieli ratlerka) a my na nich (właścicieli kota), bo nie trudno było wdepnąć w ,,niespodziankę,, (do której nikt się nie przyznawał).
Pewnego dnia jeden z mieszkańców dopatrzył się że, po jednej z desek stropowych spaceruje nie ,,kot,, tylko kuna(zdradził ją puszysty ogon). Od tamtego czasu nikogo nie dziwił fakt ,że po wejściu wieczorowa porą na strych, każdy obstukiwał wszystkie możliwe sprzęty, dyżurnymi kijkami od nart ;)
W końcu nauczyliśmy się z nimi żyć w symbiozie ;))) Ale wiem ,że potrafią być uciążliwe. Kiedyś oglądałam reportaż ,że na jednym z nowych osiedli czyniły straszne szkody, niszcząc właśnie ociepleniu dachów.
Walczono z nimi zakładając na rynny kolczatki nabite ćwiekami, podobno utrudniały im dostęp i szukały innego schronienia...

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam w nowe miejsce

Qra Domowa pisze...

KIEDYS ,,,JESZCZE PRZED REMONTEM DACHU KUNA CHCIAŁA U NAS ZAMIESZKAĆ...NA SZCZĘŚCIE ROZMYSLIŁA SIE...JA NIE MIAŁABYM TYLE CIERPLIWOIŚCI:)))-POZDRAWIAM...OBY DOP WIOSNY

Sepia pisze...

U Ciebie już tak wiosennie, że trudno uwierzyć w problemy z ciepłem:)Domek ptasi śliczny, a opowieść o życiu z kunami rozbawiła mnie do łez.Co do huśtawki to skłonna jestem uwierzyć, że to właściciel przychodzi się pobujać, tylko skrzypienie nie dochodzi już do jego uszu:)
Trzymaj się ciepło!

Monika Mróz pisze...

Och, jak ja lubię do Ciebie zaglądac.. :) i może to dobrze, że nie tak codziennie tu się pojawiasz... bo tym bardziej każdy post wyczekany:) opowieśc o kunach jak cudowna baśń z dzieciństwa:)) dziękuję:)

Marta pisze...

Domyślam się,że paterka nieprzeciętnej urody,bo domek super:)a jeszcze te zdjęcia...no,ale co się dziwić,jak Ty to taka profesjonalistka w tej dziedzinie jesteś,że hej:)
ale fajnie,że masz takie kuniątka u siebie!domyślam się,że momentami mogą być kłopotliwe,ale znając Twoje dobre serducho,to za nic im najmu nie wypowiesz:)a co do pieska,to mu się nie dziwię... kiedyś moja mama się tak położyła na chwilkę w ciągu dnia a nasz bidak tak się przejął,że kopnęła w kalendarz,że lizał ją i trącał pyskiem,aż nie wytrzymała i wstała:)
buziaki posyłam!
m.kuternowska@gmail.com

CzarnyKot pisze...

Co racja, to racja - oby do wiosny!
Dobry z Ciebie Człowiek Elisse.
serdecznie pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Witam Elisse

zagladam tutaj od jakiegos czasu, gratukuje swietnie urzadzonego domu, doboru dekoracji :-)))

A dzisiaj, hmmmm.... pierwsza mysl jaka nasunęła mi sie po przeczytaniu Twojego tekstu, to podziw dla wyrozumiałości wobec wszystkiego i wszystkich, cierpliwosc, spokoj - brawo ! niby jasne,ze zlosc i nerwy nc nie zmienia, a tylkozdrowi zaszkodza.
Fajnie sie czytalo, postaram sie 'zarazic' tym spokojem.
Pozdrawiam mtj

Ola pisze...

Zabrzmito moze sarkastycznie,ale notatki pani z zycia zimowego z kunami wprawily mnie w dobry nastroj.A tego to nigdy za malo,nieprawda?
A propos,jak pachnie ten pani jasmin w oknie? Moj poszedl do najdalszego pokoju bo zapach ma jakis sromotny!!
Pozdrawiam!!!

Jowi pisze...

POdziwiam Cię za hart ducha i może nawet nieco go zazdroszczę.Co roku takie remonty.Do tego czytam jak bardzo kuny to uciążliwi sąsiedzi.Kto by pomyślał ,że takie nieduże zwierzątka, potrafią tak umęczyć.Fajnie ,że pomimo tych wszystkich trudności potrafisz cieszyć się drobiazgami takimi jak budka dla ptaków. Śliczna jest. No i raczej się nie stłucze ;-)

jadwiga pisze...

No to bardzo dziekuje za ten wpis, my też mamy kuny, nawet ślubny kupił aparat do wypłaszania tych zwierzatek a było to dwa tygodnie temu, jakiś ultradźwiękowy i juz już mial zainstalować, ale po głębszym namysle zapytał, no to jak one na ten 25 stopniowy mróz? chyba nie mam sumienia... no to dobrze, niech będą i my mamy też swoje kuny śmiejące, pozdrawiam, pewnie dach będzie trzeba remontować
j

Doranma pisze...

Cudnie napisane :) I jak zwykle u Ciebie tak przytulnie i klimatycznie, że trudno wzrok od zdjęć oderwać :) Jednak mój wzrok najdłużej zatrzymał się tym razem na kuchennej zasłoneczce - czyżby to rzucik w moje ukochane drobne różyczki? Gdzie kupiłaś takie subtelne cudo?
Pozdrawiam :)

Elisse pisze...

Dziękuję serdecznie za tyle miłych słów- mam nadzieję,że kiedyś faktycznie napiszę książkę. Już nawet jako dziecko pisałam opowiadania i książeczki, na początku o zwierzątkach, później oczywiście o miłości :)A teraz niestety...odkładam, odkładam...i nie mam na to czasu, choć czasami faktycznie bym chciała , bo tysiące myśli kłębią mi się w głowie, a później ulatują..kto wie, może kupię dyktafon i zacznę nagrywać :) ostatecznie wiecznie do siebie mówię na głos, więc może coś by z tego wyszło:)
?Odpowiadając na pytania : pracuję zawodowo odkąd skończyłam 17 lat i niestety właśnie wróciłam dopiero z pracy, a właściwie z zakupów po pracy, bo z fabryki wyszłam o 19, więc zanim wrócę do domu i cokolwiek zrobię- trzeba się kłaść spać :( Padam na pysk,jedna małoletnia, a druga zaciążyła, więc nie mam kogo wykorzystać do pomocy- znaczy Madzia zapewniła pomoc mentalną , chodząc ze mną po sklepie, a to już bardzo dużo, bo zawsze ma mnie kto wyciągnąć , gdybym usnęła gdzieś na zgrzewce mleka. Zakupy robię rzadko, za to w ilościach hurtowych, kupując po 24 l mleka, 20 kg mąki i tylko 10 kg cukru-więcej nie dają, bo myślą,że ja na handel- wyjeżdżam zawsze 2 wózkami i czniam sklepowe przyjemności przez cały kolejny miesiąc :)))Później już tylko na bieżąco jakieś wędlinki i owoce, a to ostatnio scedowałam na nieletnią, choć zawsze jakoś mało reszty dostaję, więc chyba i to będę musiała znowu sama :)

Co się tyczy remontów- to nie narzekam..zawsze człek ściany odmaluje i coś przy okazji zmieni.Poza tym, mój instynkt człowieka pierwotnego jest bardzo silnie rozwinięty i jakoś bawi mnie topienie śniegu w garach- nawet bardziej mi się chce zmywać,niż jak muszę wstawić tylko do zmywarki.

Co si tyczy różyczek na zasłonkach- to kupiłam je kiedyś na naszym blogowym pchlim targu II.

Jeśli chodzi o cierpliwość i wyrozumiałość, to chyba uczę się tego z wiekiem.Życie uczy pokory , mogę wybaczyć mnóstwo, mogę czekać miesiącami, a nawet latami- jeśli mi na czymś zależy, szukam w ludziach i otaczającym świecie tego co dobre i skupiać się na tych cechach, zawsze wszystkich bronię i szukam usprawiedliwienia dla tego co zrobili i nim cokolwiek złego powiem , albo zrobię zadaję sobie pytanie : czy chciałabym, aby ktoś potraktował w ten sposób mnie.Gryzie to się wszystko z moim charakterem choleryka i bardzo często zaskakuję ludzi, którzy mnie dobrze znają- bo nigdy by się po mnie nie spodziewali, takich pokładów cierpliwości :)Jak jest poważny problem- nie rozpaczam, nie miotam się wściekle- mobilizuję siły, ale jak mi ktoś kubka do zlewu np. nie odstawi- wtedy jest siwy dym- jak to mawia moja koleżanka :)Jednym słowem- błahostki wyprowadzają mnie z równowagi.

O ludziki, kończę- bo napiszę tutaj zaraz kolejnego posta. Niestety, jak zacznę to skończyć nie potrafię. Jutro jeszcze raz przeczytam komentarze, bo być może umknęło mi jakieś pytanko.
Pozdrawiam Was cieplutko i życzę pięknych snów.

Laura pisze...

Moje kuny własnie się biją :/ Jest 23.40 zaznaczam. Jakieś te moje antyspołeczne ,bo wojny toczą nieustanne. Jesienią dwie tłukły się tak zapamiętale na tarasie,ze nawet nie zwróciły uwagi,że stoję i patrzę.
Srajnik zrobiły sobie na małym balkoniku nad garażem. Cwane,żeby we własne odchody nie wleźć odpuściły taras :/
Na własne dzieci tak kopary nie darłam jak na te sierściuchy przebrzydłe :/

Anonimowy pisze...

Jeśli masz kuny to problem kurnika i ekologicznych jajek raczej masz z głowy . Zrobią sobie tam spiżarnię z konsumpcją na miejscu - też wiedzą co dobre. Markla .

ula pisze...

na nudę to Ty narzekać na pewno nie możesz kochana ;)), mnie tak tylko raz rura od pralki zamarzła taki był mróz :)), kuc nic nie trzeba było na szczęście :), a kuny to siostra miała na strychu to znam podobne opowieści ;)) ale trzeba przyznać że masz kurde "wesoło" i popieram pomysł pisania książek ;))
buziaki!

Monisia pisze...

na prawdę ślicznie tuta u Pani!
pozdrawiam cieplutko!
m.

Agewre pisze...

Cudny klimacik wiosenny na parapecie :) Towarzystwa kun nie zazdroszczę... ale gdyby udało sie nagrać te ich śmichy -chichy i odtwarzać w celach terapeutycznych na Twoim blogu - słuchaczy masz zapewnionych;)

Anonimowy pisze...

Może gdybyś zbudowała taki mały domek gdzieś w rogu działki, w konarach jakiegoś drzewa to kuny zmieniłyby adres zamieszkania. Oczywiscie odpowiednio ten domek wyposazyć np. w wełnę min. mięsko na początek, i "duzy pokój zabaw". Warto poszukać na necie inf może ktoś juz coś takiego wypróbował. Ja mieszkam w bliżniaku i kuny tłuką się po strychu sąsiadów , u nas spokój-póki co.
Jesteś tak interesującą osobą, że rozesłałam po rodzinie i znajomych info o twoim blogu. Pozdrawiam cię serdecznie i zycze ukochanych 20 stopni tak w domu jak i za oknem. Anna

Jagoda pisze...

Jak zwykle przepięknie :)
I jak wiosennie już! :)

petra bluszcz pisze...

Niesamowita jesteś! Upłakałam się ze śmiechu! Nie żeby mnie bawiły Twoje kanalizacyjne perypetie, ale kuny buszujące po strychu - mega! Wyobrażam sobie te piski i wrzaski. Gdybym coś takiego usłyszała, pewnie padłabym jak długa ze strachu :)
Pozdrawiam cieplutko!

Anonimowy pisze...

Witaj Elisso! Od dłuższego czasu jestem fanką twojego bloga- lubię u Ciebie gościć. "Kochane" kunuki były i naszą kilkuletnią radością. Co noc budził nas "tupot małych stóp". Pomysłów na pozbycie się uciążliwych lokatorów było wiele, np. dokwaterowanie psa czy kota, które, podejrzewam, szybko wchodziły z kunciami w komitywę. W pewnym momencie i my mieliśmy zamiar pójść na kompromis, a wręcz się poddać, gdyż była to bardzo nierówna walka. Szukając rad na forach inernetowych, znalazłam informacje, że podobno kuny nie lubią pulsującego światła i dobrze by było żeby się jeszcze przemieszczało. Tak wię zainstalowałam na strychu choinkę "migotkę", taką ok.40 cm,na baterie, ze świecącymi światłowodami. I u nas zadziałało- wyniosły się i mamy święty spokój! Pozdrawiam J.C

thank God i'm a woman pisze...

Uwielbiam oglądać Twojego bloga :)

krasnowo pisze...

Cześć - często do Ciebie zaglądam, a nigdy nie miałam okazji coś od siebie zostawić - to wypowiem się chociaż o tym ociepleniu :)Jak będziecie mieli trochę luźnych pieniędzy zastosujcie granulat styropianowy albo z makulatury - nadmuchuje się to grubaśną rurą w puste przestrzenie dachowe aż do całkowitego wypełnienia tychże, bez potrzeby zrywania czegokolwiek ( trzeba tylko większe dziury zlikwidować, żeby nie wypływało w zbyt szybkim tempie - małe kunie dziury mogłyby sobie być) - nie powiem, że nie będzie bałaganu, ale na pewno nie będzie rozpierdziuchy remontowej.Kunom zostaną ich norki w wełnie a reszta będzie wypełniona - na upartego może im się nawet zjeżdżać uda :)
pozdrawiam ciepło z zimnej suwalszczyzny - Agata

Jomo pisze...

Kochana Elisse, a ja kiedyś chciałam u Ciebie mądrości zaczerpnąć, jak sama siebie przekonać, aby nie pracować...
Za cierpliwość do kun i rur zamarzających podziwiam. U mnie kiedyś myszka chciała zamieszkać w ... kuchni. Przyznam się, że wcale mi nie było do śmiechu.
Co do błahostek i mobilizacji przy problemach, mam podobnie :) Także Ciebie, siostrzana Duszko, serdecznie pozdrawiam :*

Anonimowy pisze...

Elizko, uwielbiam twoje pisanie, z niecierpliwością czekam na Twój kolejny post.

Monika pisze...

Witaj:) śliczna budka! sama ostatnio w sklepie oglądałam "domki" dla ptaszków, ale póki co postanowiłam pomalować stary karmnik dla ptaków, który stoi u mnie w ogrodzie...
pozdrawiam:)
ps.uwielbiam Twojego bloga!

zmalowanalala pisze...

Jak tak czytam o Twoim domu to wydaje mi się , że musi to być dom marzeń. Sama chcialabym mieć kiedyś taką swoją ostoję. Poza tym piękne zdjęcia. Pomimo niedogodności z rurami i tak musisz tam mieć jak w raju:)

Anonimowy pisze...

Trafiłam przypadkiem i na pewno zostanę... Dzisiaj tylko w temacie kun, bo miałam ten sam problem, z komplikacjami w postaci przemakania sufitu pod kunim wychodkiem na moim strychu, nieprzespanych nocy itd. Po kolejnym miocie odczekaliśmy aż się te przesliczne acz uciążliwe zwierzątka odchowają, i założyliśmy kupiony w internecie elektroniczny odstaszacz, który emituje zmienne sygnały (cena ponad 100zł, tańsze emitują sygnał stały, do którego kuny się szybko przyzwyczajają). Efekt był natychmiastowy, towarzystwo stadem wypadło z dachu, pognało w pole i od ponad roku nie wróciło. Pozdrawiam Małgosia.

jozia pisze...

hop hop? co nowego zaczarowanych marzeniach? :)