poniedziałek, 30 stycznia 2012

Witam serdecznie,

po dość długiej przerwie.Tak nam się jakoś pechowo ten rok zaczął,że pomijając nawet brak czasu, zupełnie nie miałam ochoty zaglądać do komputera. Jak tylko udało mi się być w domu, to spędzaliśmy czas rodzinnie, z reguły wylegując się na kanapie, co po ciężkim dniu pracy, zdecydowanie nam się należało.Żeby jednak, sprawiedliwości stało się zadość, muszę uczciwie przyznać,że zdarzyło się i całkiem sporo miłych i fajnych rzeczy, aczkolwiek zupełnie nie rozumiem, dlaczego musiały zostać zrównoważone, przez te okropne. Najwyraźniej zadziałało odwieczne prawo natury,pokazując, iż w przyrodzie, równowaga musi być zachowana .Szkoda tylko, że przyroda zawzięła się na mnie, żeby udowadniać swoje pokrętne teorie.

IMG_8854-1

Dosyć długo zbierałam się,żeby cokolwiek tu skrobnąć, no bo i niby o czym tu pisać i co pokazywać, jak człowiek zupełnie nic nie robi, oprócz strawy jakiejś,żeby z głodu nie zejść. Strawę od biedy, też mogłabym obfocić, gdyby nie fakt , braku aparatu- a właściwie aparatu w paromiesięcznej naprawie. Po wielu kłótniach, awanturach i bojach toczonych przez co bardziej wygadanych członków rodziny- wrócił do mnie- ten sam, działający nawet- ciekawe tylko na jak długo. Aparat, odkąd tylko pamiętam, do życia jest mi potrzebny, tak samo jak tlen. Musi być zawsze pod ręką, musi działać- bo pałam miłością do niego wielką, szkoda tylko,że nieodwzajemnioną. Mam nadzieję,że teraz, jak zobaczył, że musi jednak zostać ze mną,, podejmie w końcu, jakąś sensowną współpracę na dłużej. Jak już jesteśmy w temacie aparatu, to przy okazji, chciałam Was już niedługo zaprosić na mojego nowego bloga…takiego typowo fotograficznego, bo…zamówienia się sypnęły, więc pomyślałam…dlaczego by nie…może w końcu będę w życiu robiła to co lubię, bo bank, choć tym razem ,jego przedstawiciele cechują się wysoką kulturą osobistą, co jest zdecydowanym plusem, pozostanie jednak zawsze bankiem, a ja, tak jakby niekoniecznie chciałabym tam zostać, aż do emerytury.A ,że emerytury wiadomo jakie w tym kraju są, więc zamiast inwestować w fundusze, zainwestuję w siebie i będę super wypasionym, rozrywanym fotografem, takim co to się do niego kolejki ustawiają, a na emeryturę przejdę oczywiście dużo szybciej i zdjęcia robić będę nie tylko w soboty i niedziele, ale przez cały tydzień. To oczywiście pobożne życzenia, a właściwie marzenia, no ale w końcu one od tego właśnie są! Na początku marzymy, marzymy, marzymy, później długo , długo nic…potem przychodzi etap wyparcia i stwierdzamy, że nam się nie uda, po czym powolutku zaczynamy się do tego przekonywać…bo skoro innym się podoba, to może jednak się uda. Później zyskujemy nieodpartą wiarę we własne możliwości i zaczynamy się zastanawiać, dlaczego myśleliśmy “może”??? Przeca na pewno się uda…później znowu etap zniechęcenia i braku wiary…i tak w kółko,bo kobieta zmienną jest :) Po wielu dylematach, dochodzimy do wniosku,że jeśli nie spróbujemy, to się nigdy nie dowiemy, więc dlatego właśnie zaczynam i próbuję.Uda się ?..nie uda? wyjdzie…nie wyjdzie…? Musi się udać, bo wizja oddalającej się emerytury, przeraża mnie okrutnie! Dlatego nie lubię myśleć, bo jak zacznę coś rozkminiać, to trwa to i trwa , całe wieki. A jak nie mam czasu na myślenie, co równa się z tym,że mam więcej czasu na życie, to wtedy, nie myśląc, idę za pierwszym impulsem i od razu robię to, co mam w planach. Plany trochę pokrzyżował mi brak czasu i aparatu, więc niestety zaczęłam myśleć i trwa to już od lata, bo właśnie wtedy zrobiłam pierwsze sesje zdjęciowe, zaczynając oczywiście od dzieci własnych, które to uwielbiam fotografować. No to by było na tyle, w kwestii marzeń.

IMG_9018-1IMG_9103-1

Choć może nie do końca, bo urealniłam kolejne, a mianowicie kupiłam w końcu jeździdełko! Ulubione sześciogodzinne obserwacje pasażerów komunikacji wiejsko- miejskiej, zamieniłam na równie ulubiony“ śpiew” w pędzącym samochodzie, śpiew w cudzysłowiu, bo talentów wokalnych, to ja specjalnie nie posiadam, ale śpiewać i tak uwielbiam, więc jakby niespecjalnie mi to przeszkadza. Jeździdełko - urody wielkiej, w cudownym niebiesko-perłowym kolorze, zyskało na wejściu przydomek “ Grabąszcz” ( dla niezorientowanych, po nurkowemu, to po prostu był chrabąszcz). I tutaj właśnie dała o sobie znać moja impulsywna natura i to,że jak coś postanowię, to muszę to mieć już, zaraz i natychmiast, bo jak myśleć zacznę, to znowu nic z tego nie wyjdzie. Samochód kupowałam już dwa razy i dwa razy zjedliśmy go w całości…bo za długo myślałam co chcę. Tym razem stwierdziłam,że po raz wtóry konsumpcji samochodu nie dokonam, bo mnie po prostu na to nie stać. Misiek wyszperał mi ogłoszenie, co rzeczą łatwą nie było, bo autko nie mogło być : srebrne- bo nie lubię, białe- bo wygląda, jakby do ślubu, czarne- bo karawan za bardzo przypomina- dla wyjaśnienia- to Chrysler PT- takie cudo, trochę vintage. No więc nim kolejną kasę na strawę zdążyłam przerobić, Misiek autko znalazł w kolorze , który zadowolił moje poczucie estetyki. Co prawda śliwkę wolałam, ale oni chyba jakoś to rocznikowo puszczali, bo śliwki, były tylko starsze. Niestety mój wymarzony cud,miał,o zgrozo!!!! AUTOMATYCZNĄ skrzynię biegów !!! Koszmar jakiś, horror mojego dzieciństwa, kiedy to sen straszny, uporczywie mnie nawiedzał,że pędzę samochodem i nijak nie potrafię go zatrzymać, a ten samochód, wiecie jak to jest w snach…wiedziałam, że ma automatyczną skrzynię biegów!! Już kiedyś w młodości, dałam się prawie Marcinowi na automat namówić, bo samochód mi się podobał. Pojechaliśmy jakiś szmat drogi, tylko po to, żebym prawie,że zawału dostała, wsiadając do jakiegoś upiornego pojazdu, który to po lekkim naciśnięciu pedału gazu, wyrwał jak szalony !!! Żeby chociaż do przodu! Ale on do tyłu zaczął popylać! Dzięki Bogu, gostek od tej koszmarnej maszyny jakiś przezorny chyba był i wiedział co robi, bo plac na którym postawił tego potwora, był puściuteńki. Od tej pory obiecałam sobie,ze mowy nie ma ,że nigdy w życiu,że za żadne skarby świata, w automat, co to ponoć i przygłup prowadzić potrafi nie wsiądę! Ostatecznie inteligentna jestem i wajchą merdać jak trzeba umiem ! No i peszek chciał,że ten mój wymarzony samochodzik w automacie, a Misiek w Świnoujściu, w nocy namiary mi przesłał, więc bladym świtem, dzwonię do znajomych, czy ze mną pojadą, bo ja w życiu w to sama nie wsiądę. Pojadą, nie ma żadnego problemu pojadą…dzwonię więc do kobitki, żeby nie sprzedawała nikomu, bo ja na 100% go chyba kupię, jak ładny i że jeszcze dzisiaj,bo jutro święto. Na szkoleniu myślałam,że nie wysiedzę, choć ciekawe było, w nerwach okrutnych się motałam, bo co będzie jak kupię, a to znowu do tyłu będzie tylko jeździć i co ja wtedy z tym zrobię? W końcu nastała godzina zero! Dzwoni koleżanka i mówi,że mąż jej zapomniał i wypił dwa piwa i ,że może jutro ? O matko jedyna- co robić? Jutro , to znowu mi ochota przejdzie i nie kupię, albo oni sprzedadzą i znowu nic z tego nie wyjdzie. Dzwonię zdesperowana do kobiety i mówię,że ja go kupię,że prawie na 100%, ale jak oni mnie tym samochodem dziwnym, do domu odwiozą, bo ja sama, to mowy nie ma, nigdy w życiu….Odwiozą, nie ma problemu.Pojechałam, obejrzałam, ciemno było , ale i tak się zakochałam! Facet mówi, to ja Pani pokażę silnik, no fajnie se myślę, tylko co z tego jak ja i tak nie wiem o co tam chodzi. Nieśmiało tylko napomknęłam,żeby mi pokazał gdzie zbiornik do wlewania płynu do mycia szyb, bo tego od wlewania jakby w domu zabrakło, a koleżanka jak jej mąż nie chciał wlać i kazał szukać samej, takiego czegoś z korkiem, to znalazła, a jakże…i wlała cały płyn zamiast do spryskiwacza, to do miski olejowej, więc ja wolałam nie ryzykować.Pozostało mi wierzyć na słowo,że on w dobrym stanie, bo dla mnie “stan pojazdu”, ogranicza się do wyglądu zewnętrznego i wnętrza samochodu,a że nie miał kto sprawdzić , tego co pod maską, więc doceniając walory zewnętrzne, wypłacając z bankomatu całą żądaną kwotę, modląc się,żeby mi ktoś w łeb nie przywalił, umowę spisałam i do domku mnie odwieźli. I tym oto sposobem, stałam się szczęśliwą posiadaczką samochodu, którego nigdy nie prowadziłam i którym nie potrafiłam jeździć…

IMG_8851-1IMG_8856-1

Nastał ranek, moje dzieci, choć dzień wolny bladym świtem wstały, jak nigdy i poleciały do samochodu, znajomi , co to ze mną jechać mieli, dzwonią ,żebym przyjechała i pokazała..wszyscy zainteresowani…najmniej ja. Dzieci uparte, za wygraną nie dały..myślę , a co tam, w końcu przygłup potrafi… Wsiadłam, odpaliłam …myślę i co dalej? Nie ma jak biegu zmienić, sprzęgła brak…o mamuniu…zdjęłam nogę z pedału, a on zaczął sam jechać! Wyturlałam się jakoś z bramy, do znajomych ok. 40 km,jedziemy…wolniutko, metr , dwa…jedzie, tylko piszczy jakoś niemiłosiernie, myślę sobie,że pewnie zaraz mu przejdzie i ten antynapad się wyłączy, bo przecież dobrze wszystko zrobiłam. Wcisnęłam lekko pedał gazu, potoczył się jeszcze ze dwa metry i zdechł, ale tylko silnik, bo piszczał dalej. Kobitka od autka, mówiła ,że jak takie coś się stanie, to trzeba wysiąść i pykać pilotem, aż przestanie wyć . Wyszłyśmy, popikałam…przestał piszczeć! Jedziemy…znowu piszczy, Nurka z tyłu wertuje instrukcje od samochodu i udziela mi dobrych rad,niestety na temat skrzyni manualnej , a nie piszczenia,Magda mówi,że mogłam chociaż w domu instrukcję poczytać, i wrzeszczy,na Nurkę, że jełop i nie to czyta co trzeba, Nurka wrzeszczy,żebym może jej zwróciła uwagę , jak się prostak wyraża, Kaśka dzwoni i pyta kiedy będę, bo juz powinnam do nich dotrzeć, Magda wyszarpuje instrukcję , bo sama wie lepiej niż ten muł, Nurka piszczy i pyta czy własne dziecko, też tak katować będzie, samochód wyje, telefon znowu dzwoni, ludzie na ulicy zaczynają się nam przyglądać !!!! Kuźwa…nie wytrzymam! Znowu zdechł…i znowu wszystkie na zewnątrz, pikamy autoalarmem. Po czwartym razie odpinania pasów i wywalaniu całej rodziny z powrotem z samochodu na asfalt, czułam się gorzej , niż ten przygłup co to umie automatem jeździć, a do tego jak złodziej własnego samochodu! W końcu cudem jakimś dotknęłam wszystkiego w odwrotnej kolejności i przestał piszczeć! Jedziemy…Magda torebką blokuje mi dostęp do dźwigni zmiany biegów, ja torebkę uparcie odpycham, usiłując zmienić biegi, których nie ma, Magda wali mnie po rękach, wrzeszczę,żeby se gnój nie pozwalał, a ona mi na to,że nawet Anka potrafi automatem jeździć…ja kurde nie Anka i jak się nie podoba to wypad, albo won..do bagażnika! Ale powoli zaczynam kumać o co w tym chodzi, łapkę trzymam przy sobie i trochę się rozluźniam…wszystko pomalutku wraca do normy ,pedał gazu przyciskam coraz śmielej, aż tu…ZAKRĘT! No więc co? Redukcja biegów! A na dźwigni torebka! Walczę z torebką- Magda odpycha. O ludzie- zabiję nas jak z tą prędkością wejdę w zakręt, co robić?! EUREKA! Sprzęgło! Nie ma sprzęgła! Jest hamulec! Lądujemy z pyskami na szybie……. Drogi na szczęście puściutkie- bo święto. Jeszcze tylko parę razy pomyliłam hamulec ze sprzęgłem, a teraz śmigam, aż miło. W sobotę byłyśmy w Ikei, a tam taki wiadukt upiorny jest, co to się rondem na samej górze kończy, kolejka z kilometr jeszcze przed wiaduktem, a wiadukt w pionie prawie, wszyscy się szarpią, pamiętam jak było…jedynka, noga z hamulca, sprzęgło, gaz… i znowu hamulec, żeby komuś nie przywalić…ani z tyłu , ani z przodu! A teraz …pyk nóżka z hamulca…i sam się toczy…od razu pod górkę! Hamulec..i stoi! Cudo normalnie! Wspaniały jest! Jak samochód- to tylko automat! Nie wiem jak mogłam tyle lat jeździć z manualna skrzynią biegów! :)

I tak mogłabym pisać i pisać, bo długo mnie nie było i mnóstwo się wydarzyło, ale jutro do pracy rano trzeba i jeszcze nieletniej obiad muszę ugotować i pranie zrobić i posprzątać, więc czas się z Wami pożegnać.A nawet zdjęć jeszcze nie mam , więc jakieś stare fotki, jeszcze ze świątecznymi słodyczami, muszę Wam zaserwować- ale poprawę obiecuję , choć trudno będzie, bo prawie mnie nie ma:)

IMG_9203-1 IMG_8859-1