poniedziałek, 9 maja 2011

Lawenda, mlecze i jabłonie



Jak wiecie nie mogłam pisać, problem jakby wraca sukcesywnie i nic nie pomagają żadne,magiczne klawisze, jednak za dobre rady dziękuję, szkoda tylko ,że udało mi sie opublikować tylko trzy komentarze i tyle osób musiało powtarzać to samo, a ja czytałam , wciskałam i …nic. :) Zresztą wiedziałam,że to nic nie da , bo powtarza mi się to juz nasty raz :(..później reperuje się samo. Zaczyna się zawsze od zamiany liter na klawiaturze, następnie pokazuje,że komputer nie rozpoznał urządzenia USB i przestaje działać klawiatura, albo myszka, albo jedno i drugie:D Nic nie daje ponowne uruchamianie komputera..trzeba czekać, czasami parę godzin, a czasami parę dni…ale w końcu, póki co, jakoś sam się reperuje…. na …parę godzin albo dni :D Tak też było i z moim nieszczęsnym pit-em..Pisałam już wcześniej,że ja niereformowalna w tym względzie jestem i zawsze rozliczam się na ostatnią chwilę, tak było oczywiście i tym razem. Dzień przed rozliczeniem, przestał działać internet, to niestety też jest wina komputera , a nie operatora. Ale do rzeczy..internet w końcu zadziałał, więc rozliczyłam pit i szczęśliwa zabrałam się do drukowania…z drukarki korzystałam z godzinkę wcześniej i działała, niestety przy drukowaniu pit-ów..przestała , a napis obwieszczał,że brak papieru :(Dowaliłam jej tam na siłę pół ryzy..dalej “ brak papieru “ , szarpałam się przeszło godzinę, w końcu dałam spokój ( papieru nie posiadam podobno,do dnia dzisiejszego) Wściekła, stwierdziłam ,że wyślę przez internet, bo …zadziałał :))) Wypełniłam wszystko ponownie i wysłałam do US :) odetchnęłam w końcu z ulgą , pozostało tylko do ściągnięcia to potwierdzenie..No więc kliknęłam..i ..błąd…ale w życiu nie zgadniecie gdzie!!! Błąd jak się okazało w imieniu lub nazwisku !!! Kazali mi wysłać maila do tych co program napisali! Imbecyl normalnie jestem i nie wiem jak się nazywam! Myślałam,że krew mnie zaleje, szlag trafi, zawału dostanę,ze złości kogoś pobiję, albo..no juz sama nie wiem co. Bluzgając siarczyście,tym razem autentycznie ze łzami wściekłości w oczach poszłam spać,z postanowieniem,że bladym świtem do Urzędu Gminy się wybiorę, druki wezmę, ręcznie napiszę i pocztą wyślę! Jak postanowiłam tak zrobiłam, punkt ósma do UG weszłam, druków niet…były, i owszem, ale na początku miesiąca. Nowy dzień, nowe siły, nowy zapał ..niedaleko autobus, mówię trudno, co tam dres, nic to,ze na nogach zamiast szpilek , adidasy, szkoda czasu na powrót do domu,.. ..jadę do stolicy, do US..wypełnię na miejscu…Dzieci mi bilety jakiś czas temu dały, więc szczęśliwa, pobiegłam truchcikiem na przystanek. Obywatel porządny jestem, więc bilety przygotować chciałam wcześniej, wyciągam …patrzę..i owszem …dały..tylko skasowane! Na horyzoncie pokazał się już burakowóz , więc czasu żeby nowe nabyć, zdecydowanie brak..pytam ludzi czy może ktoś ma odsprzedać..a gdzie tam, stojący obok młodzian, obwieszcza,że na kartę wiejską wszyscy jeżdżą, bo się nie opłaca inaczej, bo druga strefa…ale u kierowcy pani kupi, dodaje po chwili. Kierowca biletów nie posiadał..więc całą drogę nagabywałam każdą wsiadającą osobę.Chcąc nie chcąc zapoznawałam się z każdym wsiadającym, panikę ogólną w autobusie zasiałam, twierdząc ,że zaraz kanar mnie złapie albo na zawał zejdę. Pasażerowie korzystający z usług MZA codziennie , znają tych , co to pilnują ,aby obywatel praworządny był, więc przed każdym przystankiem wyglądali przez okno i krzyczeli “ NIE MA”, a ja oddychałam z ulgą..W miłej i przyjacielskiej atmosferze, aczkolwiek z duszą na ramieniu, dojechałam w końcu szczęśliwie do Warszawy, oszczędzając 2,40, ale dorabiając się z pewnością co najmniej ze trzech nowych, siwych włosów:(

Zdyszana dopadłam do okienka w US, druki były, o dziwo długopis pisał, nie pomyliłam się …i pognałam do kolejki..o mamuniu…nie ja jedna niereformowalna jestem…godzina 9 rano, a tam chyba ze sto osób…Trudno myślę, twarda jestem, tyle już przeszłam, to się nie dam…po 15 minutach nie przesunęłam się nawet o krok do przodu…myślę, nie wytrzymam…to nie na moje nerwy…idę na pocztę i wyślę…i wtedy…stał się cud !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Podszedł jakiś miły Pan i mówi,że ostatnie 10 osób może przejść do drugiego pokoju i tam przyjmą:)))))))))))))))))). Ludzie, druga byłam !!! Zły los się odwrócił, po powrocie ze skasowanym biletem w kieszeni, z nadzieją, dopadłam do drukarki …niestety…co za dużo , to i świnia nie chce:)))

No i się rozpisałam, korzystając chyba z okazji ,że klawiatura mi chwilowo działa…chciałam tylko wyjaśnić i proszę…ja po prostu nie powinnam zaczynać mówić!

A laptopa chyba jednak kupię, w kolejce czekał teraz teleobiektyw..no ale chyba siła wyższa..trza komputer nabyć , bo resztki zdrowia stracę, bo dla tych co nie wiedzą, to ja nerwowa jestem :) Ogólnie to może nie tyczy się wszystkich sfer życia, ale wybiórczo…niekiedy jestem bardzo spokojna, choć powinnam ziać ogniem, a niekiedy najdrobniejsze rzeczy potrafią wywołać u mnie ślepą furię. A ponieważ komputer, bardzo ,ale to bardzo zalazł mi za skórę…więc chyba jednak….

No ale ogólnie to o mleczach miało być i o lawendzie:)

Parę dni temu, Anne pokazywała u siebie na blogu lawendowe ciasteczka ( bo musicie wiedzieć, że ja tu pilnie śledziłam co się działo, tylko pisać nie mogłam :), też już je kiedyś oglądałam u Ili( tutaj przepis ), ale wtedy nie byłam głodna, a w piątek i owszem…więc upiekłam. Pyszne są..kruche i delikatne i akurat w sam raz , na takie chwile gdzie to człowiek coś by zjadł, a nie bardzo wie co:) W całym domu unosił się wspaniały, cudowny zapach lawendy , bo przy pieczeniu niesamowicie pachną, więc w sumie ciężko nie zajarzyć co to takiego. Ale dzieci me nie zajarzyły! Że kolorów jedna nie rozróżnia- pisałam, ale okazuje się,że pozbawiona jest kolejnych zmysłów, a mianowicie smaku i powonienia :( Ja nie wiem skąd one się wzięły, gdybym była facetem, to pomyślałabym,że to nie moje normalnie, a sąsiada! Wpadła ze szkoły Nurka, zwabiona zapachem, pierwsze kroki skierowała do kuchni:

- Ooooo…coś innego upiekłaś?! Co to?

- Ciasteczka – odpowiadam, bo jak wól w słoju stoją, a ta, ponoć ślepa nie jest!

- A co to za badziew w tym siedzi? A fuuu!!!! Z grzybami?!!!!!

- O ludzie , z jakimi grzybami , to lawenda!

- A fuuuuu !!!!! Przecież mydło z tym robisz!!!! A fuuuu!!!!

IMG_1818-1IMG_1822-1IMG_1820-1IMG_1812-1

Fu nie fu – zeżarła prawie cały słoik. Biedny blondyn wróci z pracy i nie dostanie ciasteczek, sumienie mnie ruszyło,co prawda Nurka rezolutnie stwierdziła, że czego oczy nie widzą….itd., ale jakoś to niesprawiedliwe mi się wydawało , więc upiekłam drugą porcję, tym razem z podwójnej ilości składników.

Weszła Madzia:

- Cześć mamuś! Co tak pachnie?

- A ciasteczka!

- A z czym?

- A spróbuj.

Zjadła jedno, drugie, trzecie…patrzę z niecierpliwością co powie…

- Z kminkiem !

O ludziki, ręce mi normalnie opadły! Widząc, moją niezbyt chyba mądrą minę, zreflektowała się i od razu sprostowała:

- Nie, nie…kminek ma ostrzejszy smak…to jest oregano! Zdurniałam doszczętnie co musiało być po mnie widać, bo Madzia dopadła do szuflady z przyprawami i się zaczęło:

- z bazylią! …..i luk , w moją stronę

- nie…., nie bazylia …goździki!

- hmmm….szafran?!

- o rany, no powiedz co to jest!

- Melisa! ?

- Lawenda – odpowiedziałam w końcu zrezygnowana.

Yhyy…dobre są …w końcu bym sama na to wpadła!

A ponieważ tak lawendowo się zrobiło , więc poszłam o krok dalej i do części miodku z mleczy , dodałam lawendę. Na początku miałam zamiar przecedzić, ale później stwierdziłam,że skoro w ciasteczkach jest, to może być i w miodku i zostawiłam i wiecie co? PYCHOTA! :))))

Więc dzisiaj, po pracy, korzystając z pięknej pogody, usiadłam w ogrodzie pod moją ulubioną jabłonką i opychając się lawendowymi ciasteczkami z lawendowym miodkiem, czytałam książkę :)

IMG_1944-1 IMG_1956-1 IMG_1943-1 IMG_1934-1

I tak sobie myślę,że chyba warto by przygotować taką mieszankę na ciasteczka w słoju, wtedy z pewnością będą jeszcze bardziej lawendowe!

IMG_1938-1 IMG_1949-1 IMG_1954-1 IMG_1932-1

35 komentarzy:

Ineska pisze...

Uwielbiam odwiedzać Twój blog, oglądać te wszystkie cudne zdjęcia zrobione ze smakiem i artystycznym
wyczuciem. Czytać i wczuwać się w to o czym mówisz :)
Sprawia mi to wiele przyjemności, dziękuję .
Zapraszam również na moje candy, jeśli Ci sie spodoba.
jewellerybyagnieszka.blogspot.com
Pozdrawiam
Ineska

monique pisze...

hihihihihihi uśmiałam się jak norka :)))) ciasteczka są na mojej liście do zrobienia :) komputer kupuj koniecznie bo nie zniosę dłuższej przerwy w czytaniu :)))zdjęcia piękne i taki cudny ogród .. ściskam cieplutko ....

Ivona Bałdyga pisze...

Uśmiałam się z tych rozmów, ale jakie pomysły.. nigdy nie jadłam ciastek z lawendą. Brzmi intrygująco:) Za każdym razem wchodze na bloga poczytać i się zachwycam, do tego ta muza uspokaja.. mm pozdrawiam:)

www.iwonabaldyga.pl
:)

Sielskie Klimaty pisze...

Rozbawiłaś mnie tym postem... Czemu dla mnie nikt takich ciasteczek nie piecze...???

lambi pisze...

Jak zawsze oczy jak pięć złoty i ukłony ale zdziwiło mnie jedno - nie masz tam much ani innych bzykaczy-zapylaczy, że te drzwi tak szeroko otwierasz? Ja mam prawie w każdym oknie moskitierę i drzwi zamkniętych pilnuję jak fortecy, no ale u nas wieś dziwna...gnojno-brudna:(
Pozdrawiam serdecznie:)

Anabel pisze...

Nie zazdroszczę takich przejść z urzędem. Ciasteczka i miodek wyglądają niezwykle apetycznie :)

Anonimowy pisze...

no arcydzieła normalnie:) Elisse opublikuj natychmiast / bo i tak Cię zaleje potok próśb:)/jak się robi lewendowy miód, co "wyrabiasz" z mleczami i jak tego potem używać;)Pozdrawiam słodko z Olsztyna.

JOASIA pisze...

ja wiem, że to makabryczne przeżycia były ale usmiałam sie do łez :)

Angel pisze...

wspaniale po prostu ma się ochotę wskoczyć w ekran komputera i znaleźć się na herbatce w twoim ogrodzie :0 cudownie, podziwiam cię !!!

ula pisze...

Jak zwykle się wyrechotałam do bólu brzucha ;), ot i samo życie, jak mawia moja mama :), myślę, że wiele osób mogłoby się podpisać pod Twoim postem obiema rekami, że maja podobnie i w tym cały urok :) w takich chwilach, wydarzeniach itp.
pozdrawiam Cie ciepło

Anonimowy pisze...

Och ,dziewczyno jak Ty pięknie piszesz,że człowiek czytając to sam do siebie się uśmiecha.A to szkło jest wprost wspaniałe :prześliczne ,urocze,bajkowe i gdzie je można kupić bo zaczynam na nie chorować.A ciasteczka wyglądają apetycznie.

Jaga pisze...

oj ciasteczka lawendowe kuszą.
Miodek robiłam w ubiegłym roku,jest pyszny.Nie wiem czy uda mi się w tym roku, bo nogę mi zagipsowali.
Zdjęcia są piękne, czuję pachnąca wiosnę

słodko- słony blog pisze...

witaj ciasteczka wyglądają przepysznie , a miód z mleczy kojarzy mi się z dzieciństwem kiedy moja mama takowy robiła , zdjęcia piękne tylko pozazdrościć czasu na relaks , ja wiecznie zabiegana wokół ostatnio mojej zbuntowanej dwulatki , czekam z niecierpliwością kiedy ten etap minie , pozdrawiam i usciski zostawiam

Jolanna pisze...

To ja się wpraszam na ciasteczka i miodek z nutą lawendy :)))do ogródka.
Cudownie potrafisz pisać.
Ściskam.

Ana pisze...

Az tutaj czuję tę lawendę...no i mobilizujesz mnie do upieczenia ciasteczek, może w weekend...i do zrobienia miodku, tylko dziecię moje jak biedroneczka ospowo posypane i z domu wyjść nie dam rady co by kwiecia nazbierać:(
Podziwiam za cierpliwość, ja bym mordowała mając takie przygody:)

Kamila pisze...

Jako ,że eksperymentować lubię to ciasteczka lawendowe z pewnością kiedyś upiekę. Miodek z mniszka miałam zrobić ale niestety po śniegowej burzy w mojej okolicy nawet dmuchawców brak ;)
Pozdrawiam Ciebie i Grymaśnice ;)

katrin.deco pisze...

Ciasteczka z lawendą - muszą być pyszne bo wyglądają wspaniale. Pięknie wygląda ten stoliczek w ogrodzie. A ta porcelana jest urocza.
Pozdrawiam

Malgoska pisze...

Ojej slinka cieknie na sam widok...:)Kiedy sie czyta tego posta to-przynajmniej ja tak mam-nie wiem jak inni :),ale mam wrazenie ze czuje zapach lawendy :)pozdrawiam cieplutko :)

ABily pisze...

Kobieto ale mialas przejścia:)Nie powiem, przyjemnie się Ciebie czyta, więc jak dla mnie mozesz tak częsciej, tylko kup wreszcie jakiś godziwy sprzęt.Strasznie apetyczne te zdjecia ciastek z syropem:)PS.kupilam sobie taki podłużny fajowy ozdobny słoj podobny do Twoich i trzymam w nim musli:)A co:)

Anonimowy pisze...

Elisse! U Ciebie przecudnie i bajkowo jak zawsze. A co tam czytalas ciekawego? Strasznie lubie podgladac lekturki innych czytajacych...
Pozdrawiam!
Iwona z Bremen

Ola_83 pisze...

Ale u Ciebie domowo,przyjemnie!Jesteś mistrzynią klimatu!

pozdrawiam!

Anonimowy pisze...

Elizko kochana cieszę się że jesteś.Zaglądałam codziennie i czekałam.Pozdrawiam serdecznie.Ela.

Anonimowy pisze...

Z tej radości zapomniałam dodać że powinnaś swoje opowiadania wydać w formie książki-ustawiam się w kolejce.Niech się nobliści schowają.Ta sama Ela.

Jomo pisze...

nic mi nie przeszkadza brak komentarzy, bo i tak dość rzadko je czytam, gdy podejrzewam, że napisane wyżej jest to, co akurat ja chcę napisać :)
Okropnie ciebie serdecznie pozdrawiam!
Dzielna jesteś, jak mało kto :))

Dag-eSz pisze...

"Przecież Ty tego do mydła dodajesz" - rozwaliło mnie ;) choć muszę przyznać ze kąpałam się w lawendzie ale jeść to jeszcze jej nie jadłam choć o tych ciasteczkach słyszałam nie raz ;) tylko lawendy jadalnej nie mam, bo na tych kupnych z reguły pisze, że nie nadaje się do konsumpcji :\
sciskam spod norweskiego nieba :*

pasjasylwi pisze...

Niezła przeprawa z Pit-em ;) Fajnie napisany post, dzieciaki słodkie :D Zdjęcia przepiękne.
Pozdrawiam serdecznie. Sylwia.

Nettika pisze...

:))))) Uśmiałam się do łez ..Buziaki ślę

Anonimowy pisze...

Ojeju ale się uśmiałam, do łez. Podczytuję Pani bloga od bardzo dawna, ale dzisiaj musiałam napisać. Wyprawa do US niesamowita, świetna komedia w mega skrócie i ten kminek:). Pozdrawiam.

Elisse pisze...

Bardzo, bardzo przepraszam,że ja dopiero teraz, ale dokąd nie nabędę nowego sprzęciorka , będziecie mi to musieli wybaczyć..teraz nie miałam w ogóle internetu, ale dzisiaj się pojawił...padł nam podobno ruter, a właściwie się psuje, więc czasami internet się pokazuje na chwilkę .

Witam Panie Marcinie :) Świat jest mały:))))
A ja..no cóż...kobieta zmienną jest :D

Lambi- mam tego od groma :( najgorzej w kuchni wczesną wiosną, nad wyspą krąży tego mnóstwo , ale niestety nie jestem w stanie zamknąć się za moskitierami..kiedys próbowałam, nic z tego...czuję się jak w klatce, kocham wyjście z domu bezpośrednio do ogrodu, a w nocy, w sypialni, uwielbiam w lato stać w otwartym oknie i gapić się na księżyc i słuchać rechotania żab:)

Dziękuję za odwiedziny i zaproszenie na candy..obawiam się,że teraz jednak nie dam rady brać udziału...net ledwo chodzi i a to bardzo rzadko:( Ale mam nadzieję,że niedługo wszystko się rozwiąże , na chwilę obecną nie jestem właściwie w stanie nawet zaglądać na inne blogi, bo zaraz się wiesza..nawet nie wiem czy dam radę opublikować własny post :(

Pozdrawiam Was cieplutko, buziaki przesyłam i dziękuję za cierpliwość :)))

anne pisze...

z grzybami, kminkiem... rozśmieszyłaś mnie :))) uwielbiam Twoje stylizacje :)))
pozdrawiam serdecznie :))
i jak jeszcze zdążę (czyt. znajdę fajne mlecze) to zrobię miodu z lawendą bo kusisz :))
pozdrawiam serdecznie i trzymam kciuki, by jednak ruter był w dobrej kondycji ;)))
Ania

Qra Domowa pisze...

kocior na stole przesłodki...a ja mam teraz dziwnego kota....w ogóle nie łazi po stole,ani po szafkach...nawet jak zostawię jedzenie....taki cosik wstydliwy jest....jak żyję a kotów troche miałam-pierwszy taki dziwoląg..kochany:))

Karina pisze...

bosko...jak w raju...:)))kocham twoje sesje zdjęciowe, kazda jest niepowtarzalna i swoim rodzaju;)))pozdrawiam ciepło;)))miłego weekendu;))

Karina pisze...

a ciasteczka lawendowe i lawenda w miodzie sama jestem ciekawa smaku-pewnie niebo w gebie, skoro tak szybko znikla pierwsza porcja;))

daydreamermeggy pisze...

Witam, niesamowite przejścia z tymi pitami:o a mówią że 13 jest pechowy;) ja też z tych spóźnialskich co ostatniego dnia pita składali:/ ale w KRK obyło się bez kolejek i wszystko poszło szybko:) Ciasteczka wyglądają niesamowicie! O miodek z mleczy brzmi ciekawie, jeszcze takiego nie jadłam.
Serdecznie pozdrawiam:)
ps. piękny domek:)))

Dendrobium pisze...

Uwielbiam Twoje posty!!!! Ciasteczka Ili też piekłam. Bardzo smaczne. Moje dzieciaki za to też do tematu podeszły "inaczej". Jeden stwierdzi, że dobre, ale lepsze byłyby bez tych śmieci. Drugi za to (i mąż też, wrrr) stwierdził, że składniki to chyba z mydłem trzymałam w jednej szafce, bo mydlane jakieś te ciastka ...