sobota, 28 listopada 2009

Torcik urodzinowy

Urodziny mojej córki były właściwie 18-go listopada, ale dziecię lubi się gościć , więc dzisiaj wieczorem przychodzi kolejna tura. Ja swoją robotę już odbębniłam, więc teraz mam chwilkę czasu.. Po raz pierwszy bawiłam się masą cukrową, a poniżej efekty mojej pracy, troszkę to jeszcze koślawe i za grube, ale następnym razem mam nadzieję pójdzie lepiej.

IMG_0159-1

Gdyby ktoś miał ochotę spróbować podaję przepis znaleziony gdzieś w sieci :

                 MASA CUKROWA

Składniki:

ok. 80 dag cukru pudru
10 dag glukozy ( w proszku)- kupiłam w aptece 10dkg -5 zł
4 łyżeczki żelatyny
70 ml zimnej wody
3 łyzeczki margaryny ,,Planta,,
olejek migdałowy –wlałam całą buteleczkę

Wykonanie :
zalać żelatynę zimną wodą,odstawić na ok 5 minut
postawić żelatynę nad parą wodną , mieszać aż się ,,rozluźni,,
wsypać glukozę,
Dodać Plantę i zdjąć miskę z ognia zanim tłuszcz całkowicie się roztopi. Uważać ,zeby papka się nie zagotowała!  Ostudzić i wlać olejek migdałowy ,połączyć papkę z cukrem pudrem, wyrabiać aż masa będzie plastyczna .
cukier puder należy dosypywać stopniowo. Gotową masę cukrową wałkowałam podsypując cukrem pudrem .
Można podobno posmarować stolnicę i wałek cienką warstwą planty
Rozwałkowaną masę układając na przedramieniu przeniesć na tort , dopasować rękami i obkroić niepotrzebne boki.

Z tej ilości przykryłam masą duży trzyblatowy tort i po wykonaniu ozdóbek zostało jej jeszcze sporo.Porobiłam troszkę różyczek na zapas ( podobno można je przetrzymać) , a z reszty Dominika ulepiła jabłuszko i samochód.

Robi się błyskawicznie,smakuje jak marcepan- dziewczyny myślały, że to masa marcepanowa:), tylko ozdabianie zajmuje więcej czasu. no i jest jeden problem, ja wszystko robię w gumowych, cieniutkich rękawiczkach, a toto lepi się do nich przy wyrabianiu okrutnie.Później już nie ma problemu.

IMG_0169-1 IMG_0161-1 IMG_0160-1

Różyczki troszkę chyba za grube mają płatki, ale jak tak dalej pójdzie i moje dziecko gości będzie zapraszać do Bożego Narodzenia to dojdę do wprawy:)

IMG_0164-3

piątek, 27 listopada 2009

Mikołaj przyszedł wcześniej

Mam, mam, mam !!!!!  Wydziadowany, wyjęczany, wyproszony, upragniony super aparat:))))))))))) Oglądałam i oglądałam, a później wzdychałam i jęczałam,od pewnego czasu rodzina jakby dosyć mnie już miała,więc wpadłam na pomysł genialny, że gdyby mi kupili aparat na raty takie malutkie, to nie musieliby mi już żadnych innych prezentów kupować przez całe 30 miesięcy! No to chyba okazja jest, no nie? I trzeba z niej skorzystać i co to w ogóle jest żeby mężu, aparatu człowiekowi najdroższemu po 20 latach kupić nie mógł?! Że ja przecież nie chcę na upragnione Bora Bora , że z pokorą od tylu lat znoszę brak wakacji, że za takie pieniądze diamentami mnie nie obsypie, więc chyba wymagająca to ja za bardzo nie jestem i że  coś mi się należy od życia no i od niego oczywiście i że gdyby tak się w parę osób skrzyknęli, to wtedy po taniości by im wyszło !!!! I taniej, bo w ratach, a ja mam takie nieoprocentowane, toć to przecież czysty zysk !!!! No, a ja kupić i tak nie mogę, bo synowi pokój zrobić muszę, a to kosztuje nie mało..Mężu jakby wody z mózgu zrobić sobie nie dał, powiedział żeby syna zjeść, aparatu nie kupować i to dopiero będzie zysk! Więc jęczałam dalej…. W końcu powiedział,że poprzedni aparat mi kupił i od trzech lat słyszy codziennie, że  on jest do dupy , a tani też nie był! To tłumaczę,że teraz ja sobie wybiorę,a on tylko zapłaci, więc do dupy nie będzie i ja jakbym musiała od trzech lat słuchać, to chyba bym już dawno kupiła dla świętego spokoju! Sama kupić sobie nie mogę, bo spłacam telewizor od paru lat, a teraz kryzys jest i nie dam rady kolejnej raty, a telewizor też im Mikołaj przyniósł i pomocników nie miał! A mógł sobie aparat przecież kupić, bo Mikołaj i tak mało ogląda, a Ty z dziećmi to i owszem!!! Mężu gustuje we wszystkich bajeczkach, ogląda jakiegoś Pinky i Mózg ( Magda jest Pinky on jest niby Mózg), Pana Kota (ostatnio bardzo na topie) wespół zespół z Fretką…a są jeszcze jacyś chrzestni wróżkowie…to nawet bardzo ładnie śpiewa,o Hanie Montanie to nawet nie wspomnę, aż podejrzeń nabrałam dziwnych, czy z nim aby wszystko ok! Walą jakimiś grypsami, a jak mężu krzyknie KORNISZON, to dzieci się zrywają sprzed telewizora i pędzą sprzątać, więc może te kreskówki nie są do końca takie złe?! Nie wiem, czy macie pojęcie o czym oni gadają, bo ja niestety nie .Ale wracając do tematu, perswadowałam dalej, że jak aparat będę posiadać, to tylko z korzyścią dla rodziny, bo czasu mniej mi to wszystko zajmie, nie będę musiała połowy domu wynosić do ogrodu,żeby fotki cyknąć, nie trzeba będzie tego zrzucać, żeby obejrzeć i później prawie wszystko wyrzucić, za to będą lepsze obiadki…i deserki…bo i czasu więcej..że człowiek musi się rozwijać i że bardzo dobrze jest jakies hobby w życiu posiadać! Pierwsze pękło moje dziecko, bo serce dobre ma bardzo, mówi: Mamuś, ja ci ten aparat kupię…W pierwszej chwili radość dzika mną wstrząsnęła dogłębnie, niestety później przyszło opamiętanie…no bo jak to tak , prawie, że nieletnią jeszcze, wykorzystywać?! I to matka własna, rodzona…no nijak nie wypada. Z krwawiącym sercem, dzielnie odmówiłam…po paru dniach westchnień, pękł Misiek, no bo chyba każdemu facetowi zmiękło by serce patrząc na rozpacz wielką malującą się w oczach jego żony wślipiającej się bezustannie w zdjęcie i opisy techniczne upragnionego sprzętu, klasy bądź co bądź średniej!! W każdym razie wolę myśleć, że o rozpacz moją, a nie o te jęki chodziło.Zresztą co za różnica, grunt ,że jest:))) Do świąt oczywiście czekać nawet nie myślałam, w końcu do dobrych ludzi Mikołaj może wpaść wcześniej, więc następnego dnia byliśmy juz w sklepie, a teraz…. latam , cykam, pstrykam…jest piękny, obłędny i robi najpiękniejsze zdjęcia pod słońcem! Wymarzony, wyśniony, wyczekany, wydziadowany!!! I po co komu dużo pieniędzy? Czy ktoś kto ma wszystko, cieszy się,aż tak bardzo? Na pewno nie!
Ja pieniędzy w nadmiarze nigdy nie posiadam, za to mam wspaniałą rodzinę, dzieci o wielkich , dobrych serduszkach (dzięki Bogu,że jedno już pracujące:), męża dzielnie znoszącego moje wybryki i zachcianki przez tyle długich lat i mnóstwo planów, marzeń…
IMG_0126-1
Jak już dziadowałam, to przy okazji ptaszynki cudne kupiłam ( znaczy Misiek kupił, a ja wybrałam), ptaszynka 1,99 całe kosztowała, więc nawet nie powiedział… po co ci znowu ten kolejny badziew? Obok był jeszcze jelonek urody wielkiej, ale chyba przegiełąm, bo spojrzał juz spode łba , więc szybciutko się wycofałam, a jak kasę dostanę , to sobie sama kupię. Mam aparat co cudne zdjęcia robi, mam śliczne ptaszki, pierniczki upieczone,w domu porządek, bydło wszelkie nakarmione,koty na zdjęciach posiadają już łapy i fałdki różne i nie są tylko czarną plamą,a Madzia zaprosiła mnie dzisiaj na Upiora w operze, więc zaraz idę z uśmiechem przyklejonym do pyska ,się pacykować, bo do stolicy jadę:) Jutro, ponieważ jęczeć już nie mam powodów,z poranną kawką nadrobię wszystkie zaległe posty i znowu będzie miło i sympatycznie, bo z pewnością przez te parę dni stworzyłyście już niejedną cudowną rzecz i napisałyście niejeden post.
A na dzisiaj żegnam się z Wami, aparatem cudnym i komputerem, buziaki wielkie wszystkim odwiedzającym przesyłam!
Życie jest piękne, a ja nieustannie szczęśliwa!

PARĘ SŁÓW WYJAŚNIENIA
Przeczytałam właśnie Wasze komentarze i doszłam do wniosku, że jak coś napiszę, to tak zamotam,że ciężko mnie zrozumieć:(
Otóż chciałam wyjaśnić ,że:
Po pierwsze: Mikołajowy Misiek sponsoruje zakup połowy aparatu, natomiast  drugie pół spłacać będzie Magda (dziecko moje ukochane) i gdyby nie jej pół , to pewnie Misiek by się nie ugiął tak szybko!!!

Po drugie: Napisała do mnie przerażona Pani Hania obawiając się o stan umysłu mojego męża i o zdrowie moich dzieci. Pani Haniu, chciałam podkreślić,że Misiek dzieci na pewno nie skonsumuje, a Synek jest ZAJĄCEM !!! ( którego zresztą też nigdy by nie zjadł) .Uczciwie przyznaje,że kogoś kto odwiedził mnie po raz pierwszy, moje słowa mogły wprowadzić w błąd, jakoś tak z góry założyłam, że odwiedzają mnie tylko osoby, które już tu kiedyś były i trochę mnie znają:) W związku z powyższym proszę spać spokojnie, nigdzie nie donosić, bo Misiek kanibalem w 100% nie jest, głową własną za to ręczę, gdyż to ja z reguły przyrządzam mu posiłki.

Po trzecie: Mój nowy super sprzęcior:)))) to CANON EOS 450D. z obiektywem 18-55 mm- też canona, bo ma stabilizator obrazu w obiektywie.Zastanawiałam się pomiędzy 450, a 500 ale różnica jest tylko w nakręcaniu filmów ( 450 - nie posiada tej opcji) a ja i tak nie kręcę nic aparatem, i w matrycy ...tamta jest większa, ale dla nieprofesjonalisty, czyli mnie w tym wypadku, nie ma to znaczenia ( różnicę widać ponoć tylko na dużych wydrukach.), a przy większej matrycy, zdjęcia są jeszcze większe i zajmują więcej miejsca na komputerze, więc zdecydowałam się na 450.I chciałam zaznaczyć,że ja się na sprzętach fotograficznych w ogóle nie wyznaję:))) Czytałam i czytałam, żeby badziewia kolejnego nie kupić. Ja tam prosta kobieta jestem i chcę tylko żeby kolory były naturalne, a zdjęcia nie rozmazane...poprzedni aparat , małpa nikona, był tragiczny w pomieszczeniach, bo na zewnątrz to zdjęcia ładne robił, ale wewnątrz...to był rentgen , a nie aparat !!Jak człowiek stał w pomieszczeniu, to na zdjęciu wychodził przezroczysty i wszystko co za nim, było przez niego widać! Jak oglądam programy o duchach w których pokazują zdjęcia, to okazuje się,że mogłabym im dostarczać takie zdjęcia tonami, bo u mnie najwyraźniej same duchy pomieszkują! Lampy, to były rozmazane ,żółte placki, a teraz...świeczka ma płomień, lampa klosz, dziecko oczy, a ściana w kolorze orchidei, a nie wściekłego kanarkowego!...no cudny jest! A jak jeszcze uda mi się włosy na pszczelej brodzie sfotografować, to osiągnę pełnię szczęścia !!! Bo te włosy na brodzie i czapla co zamieszkuje na rozlewisku, były jednym z wyznaczników zakupu aparatu:)) Można tego canona kupić z innym obiektywem Tamron (wychodzi trochę taniej i zdjęcia można z bliższej odległości robić) , ale on z kolei nie ma wbudowanego stabilizatora obrazu, a mnie się ręce trzęsą, to wolałam nie ryzykować. Ale nie bierzcie ze mnie przykładu jeśli chodzi o zakup aparatu, bo ja się naprawdę na tym nie znam, a potrzeby mam chyba niewielkie, myślałam,że żeby zrobić wyraźne zdjęcie będę musiała ręcznie ustawiać, a tu proszę, automat wciskam i  sam robi!!! W razie jakiś pytań służę pomocą:)



 

Po czwarte: oczywiście,że się nie krępujcie i pokazujcie, przeklejajcie czy co tam chcecie róbcie z tym postem! Każdy chwyt dozwolony, jeśli w ten sposób uda się Wam zdobyć wymarzony aparat! Moja przyjaciółka mówi mężowi: "przykro mi kochanie, ja nie jestem byle kim, tylko kobietą kosztowną i jak Cię nie stać, to Ty masz problem skoro się ze mną ożeniłeś! Musisz się lepiej postarać..."
A mówi to tak naturalnie i takim tonem jakby to było oczywiste! Mądra jest!

Pozdrawiam wszystkich serdecznie :)))

PS . Upiór w operze był rewelacyjny!

sobota, 21 listopada 2009

Sreber czyszczenie, firanek pranie, czyli sprzątanie.

Powolutku zaczynam przygotowywać się do świąt, powolutku ponieważ strasznie nie lubię robienia wszystkiego na ostatnią chwilę i latania z obłędem w oczach przed samym przyjściem gości. W Wigilię rano, przeważnie jest już wszystko gotowe, a do zrobienia zostają tylko grzybki w cieście, no bo one muszą być obowiązkowo podane prosto z patelni. Do perfekcji w rozplanowywaniu czasu doszłam, pracując zawodowo, jak wyrobnik na etacie  (czytaj :od rana do nocy). Ponieważ gości u mnie zawsze pod dostatkiem, w związku z tym musiałam jakoś pogodzić chodzenie do pracy z zakupami, prezentami i wyprawieniem przyjęcia.

DSCN0389-1

DSCN0387-1

DSCN0413-1

W celu ułatwienia sobie pracy, zabrałam się  już za czyszczenie sztućców, jest to moja jedna z wielu słabości…sztućce znaczy, nie czyszczenie.Mam ich naprawdę dużo więc czyszczenie wymaga trochę czasu, tym bardziej,że nie trzymam ich od święta, lecz używam na co dzień, popełniając do tego grzech okropny i zmywając je w zmywarce.Z tymi srebrami to przesada, część jest tylko srebrna, a reszta to platery…ale tak ładnie się rymowało:) Już dawno doszłam do wniosku,że skoro coś mi się podoba, to będę z tego korzystać, bo w końcu czego szkoda? Zniszczą się, trudno- nic nie jest wieczne, a poza tym pomimo tak intensywnego użytkowania i zmywania od 13 lat w zmywarce, mają się całkiem nieźle, może są trochę bardziej schabby  chic :). Jeśli zaś chodzi o czyszczenie, chciałam Was namówić na zupełnie inny sposób czyszczenia sreber, platerów i innych metali( z wyjątkiem miedzi), niż pastą do zębów, drogimi chemicznymi środkami czy też popiołem. W komentarzDSCN0429-1ach na Blogu niedzielnym Pchełka wspomina o płytkach,otóż płytki takowe faktycznie są i czyszczą…:) Zachodzi tam proces chemiczny zwany reakcją redoks. Płytki są drogie i nie ma sensu ich kupować, tym bardziej,że później trzeba czyścić płytki:) wystarczy dno plastikowego naczynia wyłożyć folią aluminiową i przygotować roztwór soli kuchennej i wody (5 łyżek soli, na 1 litr wody).Jest to najmniej inwazyjna metoda czyszczenia, gdyż nie zdzieramy szlachetnej powłoki. W zależności od stadium czernienia przedmioty należy zostawić w roztworze od kilkudziesięciu sekund, aż po kilka godzin. Proces jest błyskawiczny,więc możemy zobaczyć efekty od razu.

Obok zdjęcie, które przedstawia dosyć dokładnie do jakiej wysokości koszyczek był zanurzony w roztworze.

Później oczywiście należy wszystko dokładnie umyć i wysuszyć, można się pokusić o wytarcie ściereczką nawilżoną sokiem z cytryny,dłużej zachowują nieskazitelny wygląd. I to cała filozofia, czyści najbardziej skomplikowane przedmioty we wszystkich zakamarkach i przede wszystkim: SAMO SIĘ ROBI ! Jeśli nie korzystamy ze sztućców na co dzień warto jest je zapakować w folię aluminiową, co też i ja uczyniłam z częścią, poczekają sobie w metalowych ubrankach na świątecznych gości.

Moja kolejna słabość, to koronki…uwielbiam je wszystkie i w każdej ilości byleby były białe albo ecru. Firanek nie lubię o czym już kiedyś wspominałam, natomiast za takimi łysymi oknami tez nie przepadam, więc w każdym oknie powiesiłam zazdrostki, takie malutkie , żeby przytulniej było. Najbardziej lubię połączenie delikatnego batyściku z przaśnym, grubym kordonkiem…Jest mi wszystko jedno kto to wydziergał, ja, maszyna, czy też ktoś zupełnie mi nieznany…nabywam wszystko, co tylko wpadnie mi w ręce i jest w zasięgu mojego portfela. Ponieważ kiedyś cuda takie były nie do zdobycia, więc nauczyłam się sama dziergać. Najbardziej chyba lubię robić koronki na metry:))) Poniżej kolejne dzieła mego życia, z deka nadszarpnięte już zębem czasu…i serweta, która się robi i robi:)

DSCN0445-1  DSCN0433-1  DSCN0435-1DSCN0442-1

  DSCN0446-2

Pozdrawiam Wszystkich serdecznie ,życząc udanej soboty.

wtorek, 17 listopada 2009

Ja znowu szyję!

Postępy robię,a to wszystko przez jakąś defragmentację dysku, do komputera mi się dotknąć nie dali! Więc uszyłam sobie,,nie jest może idealna, ale jest…moja własna, prywatna i osobiście uszyta,wyściółka do koszyka! Pikowana, a jakże i do tego obszyta koronką bawełnianą i wstążeczkę ma i serduszko lawendą pachnące…i jak się ją dobrze uklepie to nawet pasuje:)

DSCN0265-1  Taki wyściełany koszyk był mi bardzo potrzebny do robótek szydełkowych, które zawsze zalegają niewykończone czekając ,aż wena na mnie spłynie, bez ubranka często zahaczały się i niestety pruły, a teraz  problem z głowy.

 DSCN0281-1   DSCN0277-1

A poniżej pierwsze w tym roku świąteczne ozdoby. Reniferki z masy solnej, które zawisną na żyrandolach.

 DSCN0187-1  DSCN0192 DSCN0201-1

Ponieważ z aparatu nici ,więc staram się wykrzesać ile mogę z tego, który obecnie posiadam. Chociaż pozapalałam wszystkie możliwe światła i jeszcze doświetliłam świeczką, cudne te zdjęcia nie są, ale i tak wybrałam najlepsze i najbardziej ostre z 78 sztuk!  Pokusiłam się nawet o policzenie…

A na koniec chciałam serdecznie podziękować za przyznane mi kolejne wyróżnienia, obiecuję ,że lada moment się tym zajmę:)

sobota, 14 listopada 2009

Pomóżmy

Dzisiaj nie będzie niestety już tak wesoło:(  Pośrednio, poproszono mnie o pomoc w bardzo ważnej sprawie, pośrednio ponieważ nasza kochana koleżanka o wielkim sercu, której to imienia nie zdradzę, boi się ,że już pluć niedługo na nią będziecie jak o jeżach jeszcze napisze. Nie ukrywam,że ja też się trochę boję, ale no cóż, takie życie…kto nie ryzykuje ten nie ma! Właściwie nie chodzi mi o to,żebym ja miała, tylko jeże…nie moje jeże, ale jeże Pana Andrzeja Kuziomskiego, człowieka o wielkim sercu, który swoje życie poświęcił tym iglastym kuleczkom zakładając jedyne w Polsce jeżowe pogotowie.Jedyne w Pogotowie, które lada moment będzie zlikwidowane, gdyż Pan Andrzej ma zostać wyrzucony na bruk razem ze swoimi podopiecznymi w ilości sztuk 63! Leczenie jeży jest bardzo kosztowne, zapewnienie im odpowiedniej karmy, w sposób dość znaczny uszczupla budżet domowy,
Niekiedy przychodzi taki dzień,że musimy podjąć wyzwanie, choć absolutnie nie mamy wiedzy jak to zrobić , nie jesteśmy na to przygotowani , nie mamy pojęcia, jak się do tego zabrać…w moim przypadku tak było właśnie z jeżami…których nie chciał nikt, tak było i z Adamkiem, bardzo chciałam,żeby zajęli się nim profesjonaliści pomagając wrócić na łono natury.Kłopot polega na tym,że wiemy jaki świat jest okrutny, że bolejemy nad tym bardzo i bardzo współczujemy…ale to wszystko jest tak daleko od nas i od naszych codziennych problemów….że dość szybko o tym zapominamy Ale co zrobimy , gdy na naszej drodze stanie ranne zwierze?Czy można przejść obojętnie wobec cierpienia ? Co zrobimy, jak nikt nie będzie chciał pomóc???Doświadczyłam już tej bezsilności parokrotnie.. Dlatego takie miejsca, tacy ludzie jak pan Andrzej są tak ważni, ktoś kto pomoże, ktoś kto doradzi, ktoś kto bez mrugnięcia okiem zdejmie nam problem z głowy, po prostu go zabierając do siebie!
Na dworze robi się co raz chłodniej, jesiennych, jeżowych sierot przybywa…nie dajmy im zginąć…proszę….poświęćcie parę minut na obejrzenie reportażu, popatrzcie, posłuchajcie w jak dramatycznej sytuacji znalazł się ten człowiek wraz z gromadą swoich podopiecznych.

Poniżej link z reportażem:


Paczek z żywnością ze względu na niepewną sytuację mieszkaniową nie ma gdzie wysłać, więc proszę…tylu wspaniałych ludzi do mnie zagląda,więc gdyby tak każdy z nas wysłał choć 5zł,to myślę,że pomożemy choć troszkę zmienić ten świat na lepsze.
Andrzej Kuziomski
ul.Stradomska 27/23
31-068 Kraków
nr konta:   41 1090 1665 0000 0001 0823 0718

W imieniu jeży i Pana Andrzeja , którego niestety nie miałam przyjemności poznać…bardzo dziękuję
Z jeżami łatwo nie jest o czym przekonałam się osobiście. Byłyśmy na działce i moje młodsze dziecko z płaczem przybiegło, że jeż biedny leży ,bo taki chłopak piłką go kopnął i on się nie rusza. Jeża oczywiście nie chciałam i oczywiście wzięłam…tak jak stałam , w krótkich spodenkach wsiadłam do samochodu i popędziłyśmy do pobliskiego miasteczka do weterynarza, weterynarz kijem dotknąć nie chciał, bo powiedział,że wściekły i żeby pod płotem go zostawić…Wkurzona pędząc dalej samochodem zadzwoniłam,że na działkę,że nie wrócimy, bo tu nikt nam nie może pomóc…pędziłyśmy do Warszawy po drodze wydzwaniając do weterynarzy…nikt nas nie chciał przyjąć, nikt na jeżach się nie znał i wszędzie mówili,żebym go wypuściła , bo wścieklizna wśród jeży panuje..Więc pytam się, jak mam niby jeża, który do tego jest pewnie wściekły, na pastwę losu wypuścić, przecież wtedy będzie latać stado wściekłych jeży ! Znieczulica w tym kraju jest ogromna..aż słów brakuje. Ktoś powiedział w końcu do zoo, dotarłyśmy,ale tutaj tez nikt nie chciał jeża zbadać, powiedzieli,że straż miejską zawołają, a oni się nim zajmą, bo mają wyspecjalizowane służby…W strumieniach deszczu, w krótkich spodenkach na straż miejską czekałyśmy już dwie godziny, więc pytam się skąd oni jadą ?..z Gdańska?!! Nie z Młota!  W międzyczasie dowiedziałam się,że wyspecjalizowane służby wypuszczają jeże do parków…i wtedy zabrałyśmy jeża, rzucając im na odchodne, że Młoty to oni są i tyle nas widzieli. Nie mogłam zrozumieć, że nikt nie chce pomóc cierpiącemu zwierzęciu, które już ledwo oddychało. W końcu płacząc w słuchawkę udało mi się ubłagać jednego weterynarza,żeby go przyjął…po paru godzinach cierpień zwierzaka został prześwietlony i podłączony pod kroplówkę. Okazało się,że ma oderwany rdzeń kręgowy od miednicy i raczej nie będzie chodził , bo nic z tym nie można zrobić. No to zabrałam kalekę do domu z zaleceniami przyjeżdżania na zastrzyki przez dwa tygodnie…tym sposobem pod nasz dach trafił Jerzy. Po dwóch tygodniach leczenia, okazało się,że właściwie nic się nie zmienia. Na pyszczku miał wielkie ranyDSCN1849-1, które pomimo antybiotyków nie zmniejszały się i wtedy trafiłam do swojego weterynarza, który to prawie,że się na mnie obraził jak okazało się,że w jego umiejętności to ja nie wierzyłam i specjalisty od jeży szukałam. Przyszliśmy z Jurkiem na wizytę, wzięli wycinek i wysłali do laboratorium, okazało się, że Jurek ma jakieś bakterie i że leczenie będzie bardzo kosztowne. Przez dwa miesiące dostawał zastrzyki, codziennie smarowaliśmy mu mordkę specjalną maścią I tym oto sposobem Jurek stał się najdroższym jeżem pod słońcem i nauczył się co raz lepiej chodzić! Co prawda przewracał się co parę kroków, ale wiedzieliśmy ,że juz da sobie radę. Zbliżała się jesień, a na dworze było co raz zimniej, któregoś dnia, patrzę, a pod naszymi drzwiami leży maciupeńka kuleczka…Misiek, wrzeszczę…zobacz… kuleczka po podniesieniu prychała, fukała, więc Miś powiedział…wypuść ją , zdrowa jest! O jeżach to ja już wiedziałam wszystko,mioty późno jesienne są pozbawione szans na przeżycie, jeżątko musi ważyć więcej niż 500 g. inaczej zimy niestety nie przetrwa i trzeba mu pomóc. Jeżątko spod drzwi ważyło 200 gram  i w ten sposób trafiła pod nasz dach Jerzyna- jesienna sierota.DSCN2140
Jeże zamieszkały nad garażem…Jurek był codziennie rehabilitowany w celu nauki chodzenia, ściskany i całowany już bez określonego celu…do Jerzyny nie zbliżaliśmy się, jako,że po osiągnięciu odpowiedniej wagi, na wiosnę miała powrócić na łono natury.Była słodziutka i całkowicie zdrowa.Koszty utrzymania przerosły moje najśmielsze oczekiwania, Jurek stał się chyba najdroższym jeżem pod słońcem, jego leczenie kosztowało fortunę…nie powiem jaką, bo aż wstyd, zdradzę tylko,że na swoje leczenie nigdy tyle nie wydałam:)  Zapewnienie jedzenia i to nie byle jakiego, sianka w ilościach szokujących…zubożyło moje zasoby finansowe w dość drastyczny sposób. Jerzyna rosła jak na drożdżach…podnoszona była jedynie w celu cotygodniowego ważenia, poza tym dalej na mnie prychała. Jurek robił postępy, chodził dużo lepiej, a z mordki znikały rany
DSCN2191-1 DSCN2212  DSCN2197
Przyszła wiosna i czas pożegnania z Jerzyną, wagę osiągnęła odpowiednią, wypuszczona na trawnik,nawet się nie obejrzała za nami…DSCN2141  Misiek w ogrodzie wybudował Jurkowi willę, myśleliśmy,że zostanie z nami na zawsze, bo choć popylał juz nieźle , to jednak jak natrafił na dziurę  potrafił się przewrócić. Willa miała tunele specjalne, i dwa wejścia…budowa jeżowego domku to jest sztuka! Obił go pięknie rattanem, tak, że wyglądał jak bungalow na plaży, więc zyskał miano “Havana Jeż”.Wszystko pięknie ogrodził siatką,żeby Jurek schronienie miał przed psami..Jerzyna przychodziła wieczorami i latała pod żywopłotem i chyba pokochały się bardzo i jednak nie mogły bez siebie żyć, bo po nocy Jurek zniknął…pomimo szczelnego ogrodzenia…naszych nawoływań i poszukiwań , już nigdy więcej ich nie zobaczyliśmy..
 DSCN2218-2Powyżej ostatnia fotka Jerzyny, zaś poniżej Jerzego.
Płakaliśmy po jego odejściu bardzo, no, dla uściślenia…płakałyśmy,  Mam nadzieję,że żyją sobie szczęśliwie na skraju puszczy i że Jurek sobie poradził, był już wyleczony, a po przewróceniu umiał się bez problemu podnosić na łapki. Po jeżach została nam jedynie“Havana Jeż”(którą to w młodości eksploatował Adamek) i wspomnienie pięknych, uroczych mordek i oczek jak koraliki. Czy warto w takim razie pomagać?Skoro i tak odejdą? Warto! Dobro powraca do nas ze zdwojoną siłą! Któregoś dnia to my możemy potrzebować pomocy, któregoś dnia sami możemy stanąć w obliczu zwierzęcego cierpienia, co wtedy? Nie zawsze mamy możliwość pomóc w bezpośredni sposób, nie zawsze mamy warunki na to…pomóżmy więc ludziom,którzy swoje życie poświęcili opiece i ratowaniu zwierząt. Idzie zima…Pan Andrzej i jego jeże lada moment znajdą się bez dachu nad głową…nie pozostańmy obojętni.
Mam nadzieję, że teraz będę miała chwilkę,że by zajrzeć na Wasze blogi, bo przyznam uczciwie,że odkąd dowiedziałam się o tych biedactwach, nie byłam w stanie o niczym innym myśleć. Serdecznie Wszystkim, którzy wytrwali do końca tych wywodów dziękuję, za poświęcony czas i zrozumienie:)

czwartek, 12 listopada 2009

Czy jestem próżna?

Idąc raniutko do sklepu, wyszło mi na to,że niestety jestem…a wszystko to za sprawką paru robotników, świecących prężnymi, gołymi torsami, pomimo padającego deszczu. Będąc dzieckiem młodym, połowa chłopców ze szkoły za mną latała po korytarzach krzycząc:… Elizka, daj lizka…-nienawidziłam tego całym sercem! Będąc nastolatką dostawałam furii w momencie kiedy ktoś za mną gwizdał, cmokał lub też rzucał jakieś seksistowskie teksty, będąc młodą kobietą, chodzącą z dzieckiem na spacery wkurzało mnie to okropnie. Kobietą dojrzałą jestem, mam trzydzieści lat z hakiem, no …z dużym hakiem, właściwie ten hak to już większy być nie może…niestety…,z dzieckiem na spacery dalej chodzę, a oni dalej gwiżdżą…. i teksty rzucają, i dalej wkurza mnie to okropnie, a dla uściślenia wkurzało ! Któregoś dnia o mały włos już miałam się odwrócić i nawsadzać takiemu, jak za plecami usłyszałam…Ty, niezła dupa co???!!! Noooo….I w tym momencie nabrałam podejrzenia graniczącego nieomal z pewnością, że to o dziecko moje malutkie chodzi, a nie o mnie…szarpnęło mną okrutnie, no nie żebym dziecku zazdrościła czy też dupą chciała być nazywana, ale uświadomiłam sobie, że jakiś kawał życia przeleciał niepostrzeżenie….a po świecie inne dupy już chodzą! Któregoś dnia szłyśmy sobie obie no i znowu słyszę gwizdy…Madzia, anielska piękność z blond włosem rozwianym, głową wdzięcznie machnęła udając ,że to nie jej się tyczy... Ponieważ męskie , robotnicze grono, z gwizdów pod moim adresem się wycofało, postanowiłam któregoś dnia w domu sprawdzić,czy dalej kobietą ponętną i godną uwagi jestem:) Madzia dziecko słodkie, mówi mi codziennie…Mamuś, jak Ty dzisiaj pięknie, wyglądasz…Mamuś, czy mówiłam ci już ,że promieniejesz…ale dziecku wierzyć nie można, bo jest nieobiektywne, albo czegoś chce…mój urok objawia się przeważnie jak w zlewie gary się piętrzą, a dziecko z domu chce wyjść. Postanowiłam więc męża przetestować i sprawdzić, czy może pamięta jeszcze,że bądź co bądź kobietą jestem! Mówię…Miiiisieeek….jak tak mówię, to on nauczony doświadczeniem, od razu odpowiada:…tak Ptysiu, kocham Cię…, ale mi nie o to Misiek chodzi, ja chciałabym się dowiedzieć, czy piękna dalej jestem:)))? Taaa…Ptysiu , jesteś….( co bardziej zaawansowane stażem mężatki z pewnością wiedzą jakim to tonem jest powiedziane), …To dlaczego mi o tym nigdy nie mówisz?! …No bo przecież, to oczywiste!….Jakby było takie oczywiste, to bym się chyba nie pytała, powinieneś mówić takie rzeczy! Wstaję następnego dnia, Misiek smacznie przewraca sie na drugi bok, pochrapując, a ja na blacie w kuchni znajduję karteczkę :” Ptysiu…jak Ty pięknie dzisiaj wyglądasz!” Ja nie wiem, czy faceci to są tylko romantyczni na początku, czy tylko mój typ ( Misiek) tak ma:( … Ale wracając do dzisiejszego poranka… idę, deszcz leje, makijażu nie zrobiłam, co by z deszczem nie spłynął, bo ja parasolek nie lubię,więc zmokłą kurę przypominam i myślę sobie, że dzień taki brzydki i ponury, aż tu słyszę …..olala !!!! Uszom własnym nie wierzę, niepostrzeżenie rozglądam się dookoła, patrząc czy ktoś aby koło mnie  nie kroczy, żywej duszy w koło, a tu znowu…olala !!! Desperat jakiś …myślę sobie i po raz chyba pierwszy w życiu, zerkam na osobnika co to owe olala…co chwila z siebie wydaje. Chłopak przystojny, a do tego, na widok twarzy mej bez tapety, wzroku nie odwrócił tylko oczkiem mrugnął…dziób mój zobaczył również kolega tego “olala” i powiedział: nooo…niezła dupencja!
DSCN0156-1DSCN0157-1 DSCN0160-1 DSCN9913
Życie nabrało od razu jaśniejszych barw, a moje kobiecość została podbudowana, no bo skoro taki uroczy młodzieniec, olala, na mój widok krzyczy, to znaczy, że nie jest ze mną jeszcze tak źle!
DSCN9914 DSCN0158DSCN0154-1
Wróciłam do domu z uśmiechem na ustach, którego i Wam życzę !

sobota, 7 listopada 2009

Przenosimy ….. czyli projekt “Adamek”. cz. I

Projekt ruszył, zaczęliśmy oczywiście od uprzątnięcia przyszłej życiowej przestrzeni Adamka i przeniesienia komputera na dół, do mojej…gotowalni:) to taka malutka wnęka …jeszcze mniejsza niż pokój Adamka, z jednej strony stoi toaletka, z drugiej miał być szezlong, którego na szczęście nie zdążyłam zakupić, bo w jego miejscu stanęło biurko z naszym super wypasionym sprzętem komputerowym:))).Stołeczek jest wspólny, dla gotowalni i biura:) stoi po środku, bo krzesło by się już tam nie zmieściło, Misiek narzeka, bo nie przyzwyczajony…do tej pory fotel był…a teraz zydel taki!  Kącik jest typowo babski, zaś mój mąż …patrzy się na mnie z politowaniem, jak ustawiam kolejne duperele i bez mrugnięcia oka mocuje haczyki do półek, żebym mogła więcej badziewia powiesić…Po różanej sypialni przestał już w ogóle dyskusje na temat wystroju wnętrz przeprowadzać, no ale niech mi ktoś powie, jak  wygląda dom w męskim stylu, no albo chociażby w mieszanym??? Śrubokręty i siekiery mam wieszać zamiast serduszek ?! Tak więc na półeczkach stanęły przeróżne szpargały, świeczniki, klateczki , ptaszki, jest też lusterko ceramiczne i obowiązkowo kwiecie żywe i martwe.
DSCN9974-1
Cały parter jest utrzymany w tonacji czerwono-białej, bo ja patriota wielki jestem:) Ściany w hollu, są w kolorze dojrzałej jarzębiny, jak przywiozłam farbę do domu i zaczęliśmy malować, to wszyscy mówili tylko……o matko…koszmarne… tylko ja się nie poddawałam, aczkolwiek przyznam uczciwie,że przez te ich gdakanie i ja przeżyłam moment zwątpienia, jednak nie dałam po sobie nic poznać. Po wstawieniu mebli jakoś się spodobało…moja rodzina nie ma wyobraźni! Generalnie ujednolicona kolorystyka ma wiele zalet, meble w naszym domu dosyć często wędrują i nie ma problemu ,że coś nie pasuje.
DSCN9970-1  DSCN9985-1 DSCN9979-1
 DSCN9997-1 DSCN9983 DSCN9960
Ogólnie jestem zadowolona,zrobił się taki przytulny kącik, to tutaj od dzisiaj przesiaduję pisząc posty i czytając Wasze blogi:) Demonowi też od razu przypadł do gustu.
biuro 2009
Przy okazji od razu pochwalę sie pięknymi butkami jakie mi Madzia z Krymu przywiozła…miały być do chodzenia, ale są tak cudne,ze skórki, wyszywane złotą nitką i tak pięknie zdobione,że wkładając je na nogi czułabym się fatalnie, więc stoją od roku i są ozdobą mojego buduaru:)), a teraz i biura.
Posiadanie wielkiej stopy, takiej jak moja, też ma swoje zalety, na małych bucikach z pewnością zmieściłoby się mniej hafcików, a tak przynajmniej jest co podziwiać. Prawda,że piękne są?
DSCN9984-1  
No to teraz przyszła pora na zaprezentowanie drugiej strony wielofunkcyjnego pomieszczenia…tadammmmm…
DSCN9982-1


DSCN9988DSCN9981  DSCN9992
I to już wszystko…nic więcej nie dało rady upchnąć:)
A tak na zakończenie, bo o jakiejś strasznej cierpliwości mojego męża w komentarzach piszecie:)
Dominika wstała rano i mówi: …wiecie jaki miałam piękny sen?
A Misiek na to:…zjedliśmy Adamka?…
No i kto tu jest cierpliwy? Oczywiście, że ja!!! Bo z nim wytrzymałam 20 lat !!!
Pozdrawiam Wszystkich serdecznie