sobota, 30 maja 2009

Idąc za przykładem Zielichy, zrobiłam i ja sól lubczykową.

W kolorze lawendy

cukier lawendowy


Posiadam w ogrodzie parę roślin, które zamiast z kwiatów są głównie ozdobne z....... liści. A ponieważ bardzo chciałabym je mieć, więc niczym nie zrażona sadzę dalej i oczekuję, aż w końcu się ulitują i zakwitną. Jak mija kolejne lato i nic, to wtedy staję nad nimi i się odgrażam, że to już ostatnia szansa i, że jak tak dalej będzie, to wykopię, wywalę i nie będę dłużej tego tolerować. Tak też było i z irysami. W akcie desperacji powiedziałam KONIEC.... i proszę! W tym roku, niewdzięcznik w końcu zakwitł, po 8 latach mojego czekania! Co prawda tylko jeden z chyba 15 sztuk, ale to już zawsze coś!
I do tego jak pięknie!

Podejrzewam,że jest to kwestia podłoża i odczynu ph ziemi. Kocham wszystkie wsiowe kwiaty typu rumianki, malwy, floksy, peonie, irysy, hortensje....Wszystkie były ozdobne z liści po czym znikały! Bezczelne! A ja tak bardzo chciałam je mieć! Nie byłabym sobą gdybym odpuściła! Wsiowy ogród bez dzwonków, malw i rumianków?!Co roku dokupuję nowe, a floksy, peonie i irysy przekonałam już do kwitnienia i pozostania w ogrodzie! Hortensja po 12 latach w zeszłym roku wydała na świat jeden rachityczny kwiat! Oczywiście po moich groźbach unicestwienia jej na zawsze! W tym roku niestety nic nie wskazuje na to,żeby miała zakwitnąć:(

Syrop sosnowy został zlany do butelek- z pięciu słoi wyszło ok. 2,5 litra!

W piątek i sobotę miałam sporo zamówień, robiłam przyjęcia 2 razy po 20 osób... Generalnie było wszystko, od przekąsek, poprzez dania ciepłe, aż do ciast i deserów. Połowę potraw robiłam w podwójnej ilości, więc nie było tak źle.
Mięsiwa przeróżnego nie będę pokazywać, a słodkości poniżej.


Babeczki są co prawda malusieńkie, ale musiałam upiec 120 sztuk, więc roboty troszkę było.

Część była z malinami, a druga część z borówką amerykańską.





A teraz technicznie:
Generalnie cały czas jestem właściwie pozbawiona komputera, a do tego coś dziwnego się porobiło, bo zauważyłam braki zdjęciowe na swoim blogu:( Cuda wianki normalnie. Ponieważ niestety muszę Was na troszkę opuścić, więc może, aż tak bardzo jego braku nie odczuję.
W razie pilnej potrzeby kontaktu piszcie maile, a koleżanka mi przekaże co i jak...głównie mam na myśli Kobiego...może ktoś się jednak znajdzie?

Jo-hanah, Ori, Asiu- mam nadzieję, że tu zajrzycie - nie mam jak odpisać na maile, ale jak tylko wrócę, to dam znać:)
Tajemnicza Jolu:)- chwilowo, niestety musisz się zadowolić tylko tym co na blogu- poczta też mi nie działa.

Mam spore zaległości w oglądaniu blogów, które mam nadzieję, że szybciutko nadrobię jak tylko mój komputer "wróci" z naprawy.

Ponieważ Adamek nie zdążył napisać swojego pamiętnika, a sporo osób pyta się co u niego poniżej kilka fotek małego zakapiora:), co to niewiniątko struga!



Po ostatniej ucieczce, Adamek już nie bryka po ogrodowych kanapach ( fotka archiwalna:)

Nowa, ulubiona zabawa- skakanie z oparcia kanapy.


A zielonooki kiler,choć bardzo zazdrosny, okaże się chyba najlepszym przyjacielem Adamka.


I tym miłym akcentem niestety muszę się z Wami pożegnać na jakiś czas:)
Do zobaczenia!

poniedziałek, 25 maja 2009

Kobi szuka nowego domu.

Dzisiaj dostałam maila z prośbą, po której przeczytaniu łzy stanęły mi w oczach!
Potrzebny jest od zaraz nowy dom dla przeuroczego 8,5 letniego dalmatyńczyka. Opiekująca się nim dotychczas pani zachorowała i już nie może sprawować dalszej opieki. Kobi znalazł się w dramatycznej sytuacji....Po tylu latach przyjdzie mu skończyć swój psi żywot w schronisku.

Zagląda tutaj masę osób, może ktoś z Was ulituje się nad tą biedną psiną i zapewni mu nowy dom. Ja niestety ze względu na Plastra nie jestem w stanie go przygarnąć ( po przyprowadzeniu przesz Dominikę nowego psa, który miał u nas zamieszkać, wylądowałam na ostrym dyżurze. Plaster niestety, nie toleruje innych zwierząt i jest bardzo agresywny).
Bardzo proszę, rozważcie adopcję Kobiego, a odwdzięczy się Wam miłością i sercem do końca swego psiego życia, które jeszcze potrwa długo - mój Pejk ma 12 lat i choć jest głuchy jak pień, cały czas zachowuje się jak szczeniak i pozostaje dla mnie źródłem nieustającej radości.
A ktos kto przygarnie Kobiego, będzie miał o wiele więcej szczęścia , bo on SŁYSZY!!!

Nie wiem gdzie pies obecnie zamieszkuje, ale jestem w stanie dowieźć go w każde miejsce w Polsce o ile tylko znajdzie się jakaś istota o złotym sercu, która pokocha psiego emeryta!

Proszę tylko przed podjęciem decyzji o poważne zastanowienie się. Biorąc psa musimy mu zapewnić dom do końca jego życia. Po raz drugi zmiany miejsca zamieszkania, by nie przeżył.

BŁAGAM POMÓŻCIE!!!

Dodaj obraz

Na samej górze ,po prawe stronie na pasku dodałam banerek, po kliknięciu wejdziecie na stronę
gdzie oprócz Kobiego czekają inne piękne dalmatyńczyki do wzięcia. Niestety po wyemitowaniu filmu 101 dalmatyńczyków ich los to horror, rodzice kupowali masowo dzieciom łaciate pieski do zabawy, ale jak urosły i nie były już takie fajne marnie kończyły...niestety taki los spotkał tysiące dalmatyńczyków.


To tylko pies, tak mówisz, tylko pies...
A ja ci powiem
Że pies to czasem więcej jest niż człowiek
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa...
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek...
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
A kiedy się pożegnać trzeba
I psu czas iść do psiego nieba
To niedaleko pies wyrusza
Przecież przy tobie jest psie niebo
Z tobą zostaje jego dusza...

niedziela, 24 maja 2009

Myszką trąci

...Ze starej płyty wraca muzyka,
Wibruje w smykach, jak w oczach łzy.
A świat się kręci , jak stara płyta,
Kreśli w pamięci, obraz tych dni.
Ze starej płyty, melodia płynie,
jak w niemym kinie, ktoś na pianinie gra,
Utopmy troski, w czerwonym winie
Bo raz się żyje i kocha raz...

Stałam się w końcu szczęśliwą posiadaczką gramofonu rodziców, mojego teścia, który pochodzi jeszcze z okresu międzywojennego i co najważniejsze gra! Wydobywa z siebie tak urocze dźwięki, iż człowiek ma wrażenie jakby się przeniósł całe lata wstecz.
Dlaczego "w końcu", ano dlatego, że mój teść uważa , iż przyjemności trzeba mi serwować w małych dawkach, bo później nie będzie miał mi co dawać. I chyba słusznie, bo ten gramofon śnił mi się od paru lat, wiedziałam, że go dostanę, cały czas pozostawało tylko pytanie "kiedy"?
Jak wreszcie trafił w moje ręce, moje szczęście było wprost niewyobrażalne:)

Oprócz gramofonu, jest jeszcze cała kolekcja przeróżnych płyt!
Wszystko zaraz trafiło do kącika pamiątek:)
Skrzynie pełne skarbów:)
Są wypełnione co prawda nie srebrnymi monetami, ale takimi sprzed denominacji, które przez lata zbierał mój Ojciec i już w chwili obecnej są warte dużo więcej.

Część koronek jest bardzo stara

Moje lalusie: Jasiek i Małgosia

Weekend był niestety raczej dosyć pochmurny i deszczowy,

chociaż w tej chwili zaczyna wyglądać nieśmiało słońce, więc pora ruszyć malować skrzynię po prababci!

W ogrodzie bzy jeszcze cały czas kwitną, a już zaczęły rozwijać się pąki powojników.


wajgela , pięknie obsypana pachnącymi kwiatkami.

Serdecznie wszystkich pozdrawiam i życzę miłej niedzieli!

piątek, 22 maja 2009

Ogrodowe historie cz.II - czyli metamorfozy oczka wodnego

Po posadzeniu żywopłotu, wyrysowałam sobie plan ogrodu, jak to na prawdziwego, dobrze się zapowiadającego, architekta zieleni przystało i ochoczo zabrałam się do dzieła. Wytyczyłam rabatki....gdzie? Oczywiście, że pod płotem wszystko bardzo skrupulatnie upchnęłam! Wbiłam pierwszy szpadel w ziemię, jakoś poszło...przekopałam, ale oczywiście trzeba się było schylić, żeby jakieś zielone paskudztwa z ziemi wydobyć. Jak już pisałam ogrodnikiem nigdy nie byłam, więc z braku rękawic, musiałam owe zielsko łapami gołymi z ziemi wydobywać. Z obrzydzeniem zaczęłam gmerać w glebie, aż w pewnym momencie coś się poruszyło w mojej dłoni. Patrzę i oczom własnym nie wierzę! W moim ręku, na grudce ziemi siedzi jakieś obrzydliwe, szkaradne, wielkie paskudztwo ze szczypcami!
Zaczęłam wrzeszczeć jak szalona, monster spadł na ziemię, ale nie mogłam pozwolić, żeby szkarada została w moim ogrodzie, więc biegiem po szpadel, robala na łopatę i cały czas wrzeszcząc w niebogłosy, pędem przez pół ulicy, aż do kawałka wolnego pola, gdzie to się ohydy owej pozbyłam!
Lato, upał...wszyscy sąsiedzi wywabieni krzykiem wylecieli na ulicę, w celu ratowania wrzeszczącej istoty! Do dziś mają ubaw i wspominają przy każdej nadarzającej się okazji, jak to myśleli, że mnie gwałcą lub mordują, a ja TYLKO turkucia znalazłam!!!
TYLKO TURKUCIA!!!!
Dla tych co nie mieli przyjemności owego osobnika na własne oczy podziwiać, nie mówiąc już o trzymaniu w rękach,urocze fotki poniżej.

Owe cudo polskiej fauny sfotografował niejaki Kazimierz (1 zdjęcie) z.....

http://foto.moon.pl/uzytkownik/1531/nick/Kazimierz#catalogue_1481


zdjęcie 2- http://www.fmix.pl/zdjecie/487007/turkuc-podjadek-1


Robali nie znoszę po dziś dzień (ale tylko takiego robactwa w chitynowych pancerzykach), niemniej jednak, w życiu żadnego stworzenia nie skrzywdziłam, więc i owe paskudztwo, które ludzie łopatami zabijają, ja przerzucam do sąsiada-( tego od koparki i gnoju :)- niech sobie robal tam poużywa!
No i tajemnica chińskich wzorków na trawniku została rozwiązana...posiadałam na placu całe stado turkuci,które drążą pod ziemią malutkie korytarz. Robale mają ok. 6,5 cm długości i potrafią przekopać się nawet przez cement!
Od razu uprzedzam wszystkich początkujących ogrodników, żeby wiedzieli z czym mogą mieć już niedługo wątpliwą przyjemność.
Na pewien czas przeszła mi zupełnie ochota na zajmowanie się ogrodem, ale w końcu nie wytrzymałam. Zaopatrzona tym razem w grube, skórzane , góralskie rękawice z jednym palcem postanowiłam się nie poddawać i znowu wyruszyłam do boju!
Skończyłam kopanie ziemi pod przyszłe rabatki i coś tam nawet posadziłam. Minął kolejny rok, a ja, jak większość obecnych właścicieli ogrodów, zapragnęłam posiadać oczko wodne.
Łopatą machałam już jak małorolna , więc z całą pracą uporałam się w dwa dni!

Patrzyłam na to moje dzieło życia i jakoś płakać mi się chciało:( Cały czas coś było nie tak!
Niby oczko, ale bardziej wyglądało jak kałuża....łopata poszła znowu w ruch, a sąsiedzi z przerażeniem patrzyli jak kopię wielki dół i całą tą wydobytą breję ( niski poziom wód gruntowych) wywożę za ogrodzenie. Zamiast sadzić warzywa, to ona doły głupia kopie! Stawu jej się zachciewa! A w tamtych czasach, (mieszkałam właściwie w otoczeniu samych działek), modne były ogródki użytkowe, co to spiżarnie i piwnice na zimę zaopatrują w ziemniaki, buraki, marchew tudzież inne płody ziemne! Ale kto by chciał mieć staw w ogrodzie i tak marnować ziemię pod zasiewy!!! Słyszałam to na okrągło, od wszystkich w około. No więc ja chciałam! Chciałam bardzo mieć ten swój romantyczno- wsiowy ogród i żadni doświadczeni, mądrzy i dużo starsi sąsiedzi nie byli w stanie mi swoich mądrości życiowych wtłoczyć do głowy!
Mężu w tym czasie pracował zarobkowo od świtu do nocy, więc ze swoimi marzeniami zostałam sama. Ale ,że zawzięta bestia jestem, więc wykopałam w końcu ten dół,na środku głęboki na 1,70, po bokach półki na rośliny wodne i długi na ile szerokość placu pozwalała!
No i okazało się,że jest zdecydowanie lepiej!

Tylko wszędzie ta czarna folia....przydałyby się jakieś kamienie do wyłożenia, żeby bardziej naturalnie wyglądało. Od zwożenia ich z okolicznych pól i łąk, wózek dziecka się niestety zarwał, a ja zostałam pozbawiona w ten sposób jedynego wówczas środka transportu.
W Warszawie zrywali stary bruk z cegły ( zastępując go paskudną ,szarą, betonową kostką), pod spodem były otoczaki!!! A i cegła po bliższym przyjrzeniu się jej niczego sobie, stara , dobra robota- cegła podjazdowa! Trochę brudna, trochę krzywa- ale za pół darmo! I tak oto, z braku finansów zrodziła się moja miłość do przedmiotów nadgryzionych zębem czasu.
Zamówiłam dwie ciężarówki otoczaków i niestety tylko jedną cegły, bo chłopaki się trochę wycwanili....skoro jakaś jedna, rąbnięta baba chciała kupić coś, co miało pojechać na zwałkę, to może jeszcze komuś da radę opchnąć?! No i cenę podwyższyli:(
Przez dwa dni od świtu do nocy taszczyłam kamulce, a było tego ładnych parę ton, ale w końcu całe oczko zostało nimi wyłożone!


Było lepiej, ale cały czas , to nie było to co zamierzałam osiągnąć:( Miał być tajemniczy ogród, a wszystko było widoczne jak na dłoni, ogród wydawał mi się dużo mniejszy, niż poprzednio.
I wtedy doznałam olśnienia!!! No właśnie, skoro jeśli był zarośnięty chwastami, wydawał się większy, to znaczy, że trzeba nasadzić jakiś krzaczorów po środku placu!!! Teraz w fachowych poradnikach nazywa się to kulisowaniem widoków, wtedy chyba nie było takich książek, a może tylko ja nie miałam, bo nigdy nie interesowałam się ogrodami?
Zapomniałam dodać,że na środku placu miałam taki niby sad, równo posadzone jabłonie, śliwki i czereśnie...nijak to się miało do mojego "angielskiego trawnika" więc szarpiąc się okropnie, przesadziłam je..... pod płot oczywiście:)
Dwa drzewa musieliśmy wyciągać samochodem, bo były naprawdę duże, ale większość z nich się przyjęła. Sąsiedzi pukali się w głowy...
Ot, miastowa wariatka!


Ale to nie koniec wodnej metamorfozy:)
Parę lat temu "staw" dostał znowu nową odnogę z przejściem na drugą stronę po kamieniach.
Na mostek jest cały czas za mały, a kamienie wyglądają zdecydowanie bardziej naturalnie.
Doszły pomosty wiszące nad wodą....Jest też wodospad, który płynie przez taras ( a właściwie płynął, dokąd Dominiki kolega nie przebił go kamieniem)
W tym roku planujemy wybudować ziemiankę ze szczytu której będzie wypływał strumyk doprowadzający wodę do oczka...ale to na razie plany. Mam co chwila nowe pomysły, więc jeszcze wszystko może się zmienić.

Druga odnoga stawu, w której w lato mieszka żółwica Helena



Jeśli chodzi o utrzymanie wody w czystości, to odpowiednia ilość roślin zapewnia jej dobre natlenienie i czystość. Mamy mnóstwo ryb, traszek i żab...nie dodajemy żadnej chemii, a woda jest klarowna i czysta...jedyny problem to osad na dnie i ścianach zbiornika. Odstępstwo - lampa na ultrafiolet zabijająca glony, ponoć miała wyjaławiać wodę, co wcale nie jest dobre, ale ponieważ wszystko zyje , rozrasta się i kwitnie- chyba nie jest za skuteczna! Pewnie musiałam kupić w promocji:)


Komary....to głupota co ludzie mówią, że jak się ma wodę w ogrodzie , to jest ich więcej. Owszem jak są , to są i u nas...ale pożytek z posiadania wody w ogrodzie jest taki, że komary zbierają się nad zbiornikiem, tam składają swoje larwy, które są przysmakiem ryb, co w efekcie prowadzi do mniejszego ich występowania ,niż u sąsiada :)
A propos sąsiadów, którzy mieli ubaw patrząc na moje zmagania ze stawem....
Sąsiad od południa( niespełniony dendrolog) - postawił sobie ławeczkę za moim ogrodzeniem z widokiem na nasz staw, na której bardzo lubi przesiadywać razem z żoną:)
Sąsiad od koparki, osławiony Pan Z. wszystko ma olbrzymie...dom, ogród ...patrząc się na nasz "staw" zrezygnował z uprawy żyta na rzecz...olbrzymiego stawu!!! nad którym stoi....oczywiście CYTRYNOWA KOPARKA uroczo odbijając się w tafli wody! Niektórzy nad wodą trzymają leżaki i meble ogrodowe, a inni koparki i nyski ( stoi po drugiej stronie stawu).
Są to jedyne znane mi pojazdy, posadowione na stałe w tak urokliwym miejscu!
Dla niedowiarków, nocne ujęcia podświetlonej koparki:)
Zdjęcie trochę niewyraźne, zrobione z okien mojej sypialni w środku nocy... co bardziej spostrzegawczy zauważą otwarte drzwi! ON tam siedzi!!!:))))


Prosicie mnie w mailach o rady jak urządzić taki ogród?
No cóż, nie jestem w tej dziedzinie żadnym fachowcem, mogę się więc jedynie podeprzeć własnym doświadczeniem:) i pomóc Wam uniknąć błędów jakie ja już niestety popełniłam!


1. Nigdy nie róbcie niczego w miniaturze, jeśli decydujecie się na oczko- niech będzie od razu duże i z rozmachem- tylko takie przyciąga wzrok.
2. Starajcie się nadać naturalny, nieregularny kształt- unikajcie owali i kół - w naturze takie cuda nie występują.
3. Nie róbcie wodospadów w formie mogiłek " a'la grota Matki Boskiej" - chyba nie ma nic bardziej szpetnego.
4. Nie stawiajcie plastikowych czapli, pływających kaczek ani sztucznych lilii wodnych....za to bardzo ładnie komponują się ceramiczne, gliniane i żeliwne przedmioty.
5. Jeśli ogród i staw ma być naturalny, nie umieszczajcie na środku fontanny (pasuje do ogrodów klasycznych- prostokątnych i geometrycznych założeń wodnych).
6. Oczko powinno być w cieniu przez większą część dnia (słońce powoduje szybsze rozwijanie się glonów)


Oczywiście to wszystko kwestia gustu, który jak wiadomo u każdego inaczej się kształtuje:)
I to by było chyba na tyle jeśli chodzi o oczko wodne, a'la naturalny biotop, a przynajmniej o jego zakładanie, bo pielęgnacja ,to już zupełnie odrębny temat.

A na zakończenie:

WIELKA PROŚBA DO WSZYSTKICH ODWIEDZAJĄCYCH

Już dawno miałam o tym napisać. Jest śliczna pogoda i pewnie większość z nas będzie teraz więcej czasu spędzać na powietrzu, a nie przed komputerem...będzie się liczyć każda chwilka, więc może choć parę osób zdecyduje się na zlikwidowanie przy komentarzach tej weryfikacji słownej? Ja to już ślepa normalnie jestem i te pokrętne "niby" słowa przyprawiają mnie o zawrót głowy i zgrzytanie zębów:( Zajmuje mi to czas, bo muszę niekiedy klepać parę razy, nie wspominając już o tym, że parę komentarzy po prostu mi wcięło....okazało się, że źle wpisałam te cholerne literki:(
Pięknie Was proszę, prosta kobieta jestem, więc nie wiem do czego to może służyć, oprócz utrudniania życia, chyba jakieś zabezpieczenie, ale przecież i tak każdy napisze co będzie chciał po wklepaniu tych liter...
Poniżej tegoroczne powojniki dla Wszystkich, którzy będą mogli i chcieli spełnić pobożne życzenie i ulitować się nad ślepnącą kobietą:)

środa, 20 maja 2009

Pamiętnik Adamka

Witam ponownie po długiej nieobecności, tyle rzeczy się wydarzyło w moim krótkim, zajęczym życiu. Z pewnością byście już mnie nie poznali. Jestem baaardzo dużym zajączkiem i ważę aż 780 gram! Mama i tata cały czas główkują gdzie mam zamieszkać, bo nie wiedzą jaki będę gdy dorosnę. Tatuś mówi, że jak mama będzie mnie tak pasła, to będę zającem gigantem. A ja uwielbiam swoje mleczko i plastikowego cycusia z którego mnie karmi! Tata mówi, że to przesada i że taki duży zając to już w ogóle nie je mleka, a jeśli już, to powinien pić z miseczki, no ale mama twierdzi, że to on przesadza i że jeśli tak lubię mleczko, to będę je pić i basta, a jak on chce zostać wegetarianinem i jeść same mlecze, to nic nie stoi na przeszkodzie i że wtedy zobaczy jak to jest fajnie!


Ostatnio mama zmieniła mi pokarm, bo mówi, że to dla kociąt kosztuje aż 47 zł i jest za drogie bo jem bardzo dużo. Pojechała więc kupić mleko dla dzieci i wybrała takie z kaszką ryżową, bo ja rosnę i potrzebuję jakiegoś bardziej treściwego pokarmu. Spytała się pani w sklepie jakiej to jest konsystencji, a pani powiedziała,że trzeba kupić smoczek z większą dziurką, na to mama:" ale ja karmię pipetką" pani spoglądając dziwnie i z nieskrywanym niepokojem: " ale dzieci karmi się smoczkiem" , a mama: " dzieci to ja już dawno wykarmiłam, a teraz karmię zająca". Wszyscy ludzie się na nią spojrzeli i pewnie uznali za wariatkę, ale dzielnie to zniosła i do domu wróciła z nową kaszką Nestle, która bardzo mi smakuje! Po jedzonku, jak zwykle dbam o higienę osobistą i bardzo starannie się myję.


A teraz opowiem Wam jaki horror przeżyłem, szczegółów nie ujawnię, bo tak jak już pisałem wcześniej moja mama to okropna histeryczka, więc lepiej żeby o wszystkim co się stało nie wiedziała. Był piękny, sobotni wieczór i po całym dniu pracy w ogrodzie, rodzice postanowili odpocząć i obejrzeć jakiś ciekawy film. Ja poszedłem sobie kicać do pokoju siostry, mama zamknęła mnie tam na zasuwkę, żebym czuł się bezpiecznie i żeby pies Pejk do mnie przypadkiem nie wszedł. Nastawiłem soje wielkie uszy i nasłuchiwałem, bo jakoś tak podejrzanie coś się w tym pokoju ruszało!


Film jak to film, trwał ze dwie godzinki i moja siostra mówi " a gdzie jest Vinga" na dworze lało, kot nosa by nie wyściubił, więc zaczęły się poszukiwania. Mama, z duszą na ramieniu i ze łzami w oczach, mało nóg sobie na schodach nie łamiąc wpadła do pokoju mojej siostry z takim impetem, że aż drzwi w ścianę uderzyły, a ja podskoczyłem ze strachu do góry! A Vinga ...leżał na łózku łypiąc na mnie zmrużonymi oczami. Co się tam działo przez ten czas, nie będę opowiadał, żeby mamusia na serce się nie wykończyła, bo i tak była ledwie żywa ze strachu! Reasumując : kocio-zajęcza integracja jest już za nami :) Ja mam ciałko w jednym , nienaruszonym kawałku, a i Vindze nic złego się nie stało.


W domu mamy ostatnio problemy wychowawcze. Otóż moje siostry są o mnie strasznie zazdrosne!!! Nurka mówi do mamy "...nic , tylko Adamek i Adamek...mnie tak nie całujesz i nie przytulasz cały czas..." , mama się broni i mówi, że jak ją przytula to Nurka mówi tylko...oj mamo, chyba za duża już jestem!...". No ale to młodsze dziecko! Ale któż by się spodziewał po kobiecie lat 20,5 , że będzie zazdrosna o zająca?!


Mówi, że mama nie nic nie ma czasu, bo albo jej nie ma, albo siedzi ze swoim zajęczym synem i, że chyba napisze do Drzyzgi z "Rozmów w toku", że czuje się nie kochana, bo ojciec bardziej lubi fretki , a mama zająca!


No i mama nie ma wyjścia, musi mnie czasami odstawiać, a całować i przytulać swoje zazdrosne, dorosłe dzieci! Mówi, że musimy stwarzać pozory i że to taki kamuflaż, a że ja i tak jestem najpiękniejszym zającem!
No proszę, tylko popatrzcie jak cudnie wyglądam z profilu!
Żadna z moich siostrzyczek nie ma takich dużych oczu, aksamitnego noska i miłego futerka!


Dzisiaj w ogrodzie spędziliśmy bardzo leniwe popołudnie. Skakałem obok mamy na fotelach, a nieopodal wylegiwały się psy.


Jak mama dalej będzie taka nieostrożna, to jeszcze niedługo zintegruję się i z nimi!

Ogród jest teraz piękny, kwitną rododendrony i azalie, kocimiętka i bzy. Mamusia wypuszcza mnie nieraz na trawkę z kojca, ale cały czas lata za mną spanikowana, że gdzieś ucieknę, bo przecież jest jeszcze dziura w ogrodzeniu dla kaczek!
A mówi, że do najmądrzejszych to ja też nie należę, bo nie reaguję jak mnie woła!
Poniżej na zdjęciach możecie zobaczyć, jak teraz wygląda mój nowy, większy wybieg...










Nawet do kuchni mamusia mnie ze sobą zabiera, bo kocha mnie bardzo!
A jak już zrobimy kolację ....


...to wtedy jak zwykle wieczorem, chodzę do niej skakać po łóżeczku i to są chwile które lubię najbardziej z całego dnia. Głaszcze mnie wtedy i przytula, a ja jej daję całą masę buziaków i pokazuję nowe, przeróżne sztuczki. Mama mówi, że w tym internecie to są idioci i że jakieś imbecyle tylko piszą, że zająca nie da się oswoić!

No, nie zawsze jestem taki słodki! Mamusia mówi,że wygląda przeze mnie jakby była masochistką, taka jest podrapana...no ale o tym napiszę innym razem.